Streszczenie bohatera

Dzisiaj będzie o jednej piosence, którą poznajemy w pierwszych minutach historii i kilku rozdziałach, które ją kończą.

Ścieżka dźwiękowa do „Paranoi” nie zachwyciła mnie, więc kiedy usłyszałam, że Junkie XL komponuje do „Divergent” jakoś specjalnie nie wyczekiwałam. Za to ciekawił mnie udział Ellie Goulding w całym przedsięwzięciu. Tymczasem okazało się, że temat przewodni całego soundtracku, udał się bardziej niż dobrze. Inspirowany jest postacią głównej bohaterki i po raz pierwszy możemy usłyszeń go w utworze „Tris”.

Porównanie „Tris” do ognia, który szybko się spala, bo płonie dwa razy jaśniej, jest dość banalne, ale w tym wypadku po prostu pasuje.

Zaczyna się bardzo delikatnie, dziewczęco i niepewnie. Tak, że od razu na myśl przychodzi pierwsza scena z „Niezgodnej”, kiedy mama Tris rozczesuje jej włosy, a ta stara się, mimo ciekawości, nie patrzeć zbyt długo w lustro.

Po około dwóch minutach długiego intro wchodzi wokal Ellie Goulding (tak, tej od „Burn”, hitu zeszłorocznych wakacji, który już do końca życia będzie mi się kojarzył z wieczorami spędzonymi na praktykach w radiowej redakcji programowej; wtedy nawet nie podejrzewałam, że potrafi zaśpiewać tak, jak śpiewa na „Divergent”). Towarzysząca jej gitara elektryczna gra tak, jakby chciała dodać jej odwagi. Po chwili własnie tak się dzieje: „Tris” nabiera śmiałości, najpierw śpiewa pełnym głosem, a później biegnie, do rytmu z perkusjonaliami i kilkoma gitarami. W tym momencie odzywają się skoczne smyczki, tylko po to, żeby zarysować okoliczności: pełne słońca i przestrzeni. Na pierwszy plan wysuwają się dopiero w części następnej, kiedy „Tris” nieco się zmęczy i przystanie na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza.

Po tym następuje fragment, w którym słyszymy bardzo niepokojącą wokalizę, a skrzypce załamują swoją skoczną manierę, żeby przejąć nas długimi pociągnięciami smyczków. Outro jest bardzo długie. Mieszanka sennego wokalu i sekcja smyczkowa z sekundy na sekundę oddalają się co raz bardziej. Do samego końca zostaje z nami tylko pianino, które niesie echem temat przewodni.

Ciekawa jestem, czy Junkie XL znał już zakończenie „Wiernej”, kiedy komponował „Tris”. Bo utwór brzmi tak, jakby Veronica Roth wszystko mu wygadała.

Autorzy literatury młodzieżowej poczynają sobie co raz śmielej, trzeba przyznać. „Igrzyska śmierci” pozostawiły mnie w stanie apatii ogólnej, a „Wierna” zasmuciła mnie tak mocno, że jeszcze na drugi dzień czułam się, jakby ktoś oderwał mi lewą komorę serca. A dawno nie miałam takiego kaca post-książkowego. I pomyśleć, że to tylko (?) jakieś (??) youth adult.

W zasadzie nawet nie do końca umiem to wyjaśnić, bo w trzeciej części „Niezgodniej” Veronica nadal nie miała dobrych argumentów, które przekonałyby mnie do jej wizji świata. Ani do wątku romansowego. Ani do swojego stylu pisarskiego. Nawet jakoś specjalnie nie lubiłam bohaterów jej książki. Ale te ostatnie rozdziały pod względem czysto emocjonalnym rozegrała tak szczerze i przejmująco, że nie byłam w stanie się uspokoić przez następne 36 godzin.

Ale może to wszystko dlatego, że poznałam wcześniej „Tris” Junkie XL. Może dlatego, że utwór szumiał mi w uszach przez ostatnie 50 stron książki. I bardzo długo potem.

„Tris” to streszczenie całej Tris.

Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Malita, która czyta jest niezmiernie wyczulona na słowną egzaltację i banał.

Wiem, bo daję jej do czytania swoje teksty (wypełnione jednym i drugim), w których zakreśla ostrą fuksją fragmenty napompowane emocjonalnym uniesieniem tej części mojej duszy, która kiedyś mogłaby stawać w zawodach (Wannabe-)Poetów Cierpiących na Wletschmerz (kategoria: teen, styl: wolny i z namysłem). Wszystkim grafomanom życzę takiej Mality.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Malicie (i mnie też) można wcisnąć historię prostą, miłosną, a nawet tak bardzo jednowątkową, że wręcz ociera się o banał. Ot, wystarczy ją niebanalnie napisać. Co zazwyczaj jest największym problemem.

[Tymczasem w przeszłości:]

Obracam w rękach książeczkę niedużą, lichą wręcz. Okładka raczej nieciekawa, na niej włosko brzmiące nazwisko. Tytuł: „Złomiarz”. I że to niby autora „Nakręcanej dziewczyny”, której nigdy się nie przeczytało, ale nasłuchało się przy okazji o nowym nurcie „eko-fantastyki” (z jakiegoś powodu wszystko, co przywłaszcza sobie przedrostek „eko-” wywołuje u mnie podejrzliwość).

– Polubię? – pytam Mality, bom nieprzekonana.

– Zakochasz się! – mówi ona z pewnością, która entuzjazmem zabija wszystkie moje wątpliwości. No, powiedzmy, że wszystkie, bo do przeczytania tej książki zbierałam się prawie rok.

Paolo Bacigalupi, jak na syna hipisów przystało, służy eko-idei, którą promuje w swoich eko-fantastycznych książkach. Mamy więc apokalipsę, oczywiście eko-, bez głębszych wyjaśnień (które akurat nie wszystkim książkom są potrzebne), morza pokryte maślana ropą, slumsy nadmorskie i porzucone wraki statków, które biedni mieszkańcy wybrzeża obierają do szkieletu z wartościowych odpadków. Proszę się jednak nie przestraszyć, w swojej służbie eko-idei autor nie jest natarczywy i nie będzie pukał do naszych drzwi z pytaniem „Czy mamy czas porozmawiać o ekologii?” (i tu parę cytatów z objawienia ojca Greenpeaca). Nie, nie. To tylko tło.

Bardzo niekonwencjonalne, klimatyczne, dobrze opisane, pachnące ropą naftową i rdzą tło dla… powszechnie znanej historii  z gatunku tych romantycznych.

Oto żebrak ratuje księżniczkę w przypływie (irracjonalnego?) współczucia dla bliźniego. Przedkłada ją ponad (jej) bogactwo (które mógłby spokojnie zwinąć), ratuje z opresji (licząc na to, że rodzina wyrazi wdzięczność pieniędzmi) i w końcu zakochuje się (tak troszkę, bez niekontrolowanego wykrzykiwania jej imienia w sytuacjach o podwyższonym ryzyku). Jest tu nawet zły wujek (wujowie i stryjowie to czarne charaktery prawie każdej z bliskowschodnich baśni, jestem bardzo na ten motyw wyczulona), jeszcze gorszy ojciec i jeden wątek, bez jakiejś politycznej, skomplikowanej obudówki (do której przyzwyczaiła nas fantastyka).

Nie pisze tego, żeby zedrzeć autorowi maskę z twarzy i krzyknąć „Aha! Mam cię!”. Tak naprawdę chciałam mu maskę pochwalić, bo jest wartością samą w sobie. Paolo Bacigalupi wymalował ją tak ładnie i tak klimatycznie, że tylko pozazdrościć pióra i wyobraźni. W czasie czytania „Złomiarza” można się utopić. W ropie naftowej. Jej ostry zapach drażni nos, tak samo z resztą jak pity przez bohaterów alkohol, jedzenie na ich talerzach i patroszone przez nich ryby. Warto zaznaczyć, że książka jest książką zwyczajną, nie pachnącą, jak niektóre wydania dzieł Cejrowskiego.

Serio. Kreacja tego mikro-świata jest tak intensywna, że człowiek czyta „Złomiarza” i odkrywa, że fabuła to czysta historia miłosna dopiero jak się głębiej nad tym zastanowi („No, dobra. Miłość. Coś jeszcze? Polityka? Nie. Eko? Bardzo trochę. Komentarz do problemów społecznych? Śladowy. Coś innego? Nie bardzo…”). Jakby ktoś chciał napisać coś takiego na poważnie i uniknąć egzaltacji, klisz, dotykania opuszkami palców, to powinien zapisać się do Pana Bacigalupiego na kurs korespondencyjny.

To było tak kontrastowe uniwersum, że dopasowanie do niego muzyki, bez konieczności komponowania jej samemu, było wyzwaniem. Najpierw szukałam u Japończyków, żeby było bardzo s-f apokaliptycznie, ale brakowało w tym otwartego morza i wiatru. Jak znalazłam błękitne morze i fale, to brakło rdzy i żelastwa. Wtedy zaczęłam tropić soundtracki po dzieciach w s-f, ale (genialne!) wiolonczele wojenne w „Ender’s Game” to byłby przerost. Ale Ender przypomniał mi o innej ścieżce dźwiekowej Steve’a Jablonsky’ego, którą męczyłam w wieku gimnazjalnym (czytając „Travelera” o ile dobrze pamiętam).

„Island” nie jest dopasowaniem idealnym. W swoich „jasnych” momentach („My name is Lincoln„) jest zbyt przestrzenna, co nie do końca pasuje do mikro-świata „Złomiarza” (nawet jeśli rzecz się dzieje na otwartym morzu). Mamy tu jednak wystarczająco „industrialne” (jak dla mnie) „Starkweather” i „Mass Vehicular Carnage„, choć brakuje w nich rdzy. W tej muzyce słychać, że „Island” to głównie pomieszczenia sterylne, niczym oddział położniczy w szwajcarskim szpitalu. Na szczęście, trochę przestrzeni i smaru pojawia się w jednym utworze z tej ścieżki dźwiękowej – „Renovatio„. Kto oglądał film, ten nie będzie widział w tym nic dziwnego.

Książka na mentalny jet lag

Mój problem polega na tym, że wcale nie wróciłam.

Kiedy wyjeżdżam zawsze mam przy sobie odtwarzacz z moim kawałkiem muzyki, ale tak naprawdę rzadko go słucham. Nawet, jeśli mam założone słuchawki na uszy (świetny sposób na to, żeby w TLV móc nadal podsłuchiwać miasto i spokojnie przechodzić jego ulicami bez odpowiadania tysiąc razy na pytanie „skąd jesteś?”, które podszyte jest nadzieją na romans z turystką z Ejropy). Za to staram się zawsze jakąś muzykę  przywieźć sobie na pamiątkę. Tym razem mój Izraelski Przyjaciel podzielił się ze mną Panem Avishaiem Cohenem. Jazzmanem. Proszę bardzo, oto dowód: powyższa piosenka w wersji podstawowej.

Muzyka i spotkania z miejscowymi to dla mnie najcenniejsze pamiątki, jakie mogę sobie przywieźć z podróży. Nawet nie widoki wyryte w pamięci, czy zdjęcia. Chyba rzadko potrzebuję turystyki: zwiedzania kościołów, wypisywania pocztówek, odpoczynku na plaży i robienia sobie zdjęć „na tle”. Z resztą tego ostatniego nie uskuteczniam wcale. Często śni mi się pustynia, rozmowy przy mocnej herbacie z miętą i łazęga. Taka, o jakiej pisze Raja Shehadeh w „Palestyńskich wędrówkach”, którymi leczyłam swój mentalny jet lag po powrocie.

Nie da się zrozumieć (ani tym bardziej osądzić – gdyby ktoś miał tak irracjonalne ambicje) tego skrawka Palestyny, na którym w 1948 roku powstało Państwo Izrael, po przeczytaniu najgrubszej nawet książki, najdokładniejszego przewodnika (którymi raczej gardzę), po zaczytaniu wszystkich możliwych reportaży. Jest to zjawisko tak złożone, osobiste, wrażliwe i zapalne, a logika tego miejsca jest dla „zachodniej” mentalności tak orientalna, że chyba należy przyznać rację Panu Smoleńskiemu – że jesteśmy w stanie tylko rozmawiać z konkretnymi ludźmi i opowiadać ich historie. Indywidualnie polerować każdy kamyczek tej mozaiki, nie ważąc się na jakieś uogólnienia. A przynajmniej ja na chwilę obecną nie jestem na to gotowa.

Mentalny jet lag zapija się koszerną kawą z kardamonem.

Zanim Raja Shehadeh porozmawiał z Pawłem Smoleńskim (obacz: „Oczy zasypane piaskiem”), sam opisał swoją historię na tle tej większej, o której czytamy w podręcznikach. „Palestyńskie wędrówki” to pierwsza książka tego autora, która wpadła mi pod oko, za to w idealnym czasie. Kiedy ciałem i główką musiałam być w 100% w okołokinowej pracy, a serduszko z myślą, korzystając z chwili wolnego, często uciekały na szczyt Masady, stary szuk i dachy Jerozolimy. Zatem dobrze było mi chodzić sobie z Panem Shahadehem, oprowadził mnie tu i ówdzie, opowiedział jak parę Ważnych Spraw wygląda z jego perspektywy (palestyńskiego prawnika) i z wyrozumiałością dla mojego mentalnego jet laga ugościł mnie u siebie. Dzięki jego wrażliwości na krajobraz i umiejętność jego opisywania łagodniej przeżyłam zderzenie z nawałem roboty, codzienności i zimnego deszczu.

Dwa tygodnie po powrocie spotkałam się z moją Przygodną Towarzyszką Podróży. Okazało się, że leczyła mentalny jet lag tą samą książką.

P.S. A Mark Twain, czego Shahadeh nie omieszkał mu wytknąć, pisał tak:

10296650_1476527432581879_1425851474_n

O ile z opisem Morza Martwego się zgodzę połowicznie (ostrość, kontrasty, jaskrawość, która zaskakuje człowieka tak, że pyta Boga, czy przypadkiem nie przesadził z retuszem koloru w tym miejscu) o tyle Jezioro Galilejskie, wzgórza, doliny widziałam zupełnie inne niż Pan Twain.

Niespokojni / „Yekeleni” i „The Journey”

Najpierw czynimy klik:

Każdy z nas kiedyś kochał się w Hansie Zimmerze. Prawdopodobnie 50% ludzkości zaczynało słuchać muzyki filmowej właśnie od jego partytur (druga połowa od ścieżki dźwiękowej Hornera do „Titanica”). Jedni pokochali „Gladiatora”, drudzy „Black Hawk Dawn”, a starcy jeszcze „Rain Mana”. Ja sama, kiedy w gimnazjum i liceum miałam zwyczaj bunkrowania się w kinie Katovitzkim na cały dzień, po jakimś czasie już się przyzwyczaiłam, że jeśli podoba mi się w filmie muzyka, to na pewno napisał ją albo Oakenfold, albo Zimmer właśnie.

A dobrze pamiętam, że wszystko zaczęło się od „Teras of the Sun”, w którym Bruce Willis dla odmiany nie ratuje świata, tylko skromny kawałek Afryki. Dzisiaj wiem, że nie jest to najlepszy film wojenny w historii kinematografii (ale prawdopodobnie od niego zaczęła się moja niezdrowa fascynacja tym gatunkiem). Wiem też, że nie jest to najwybitniejsza ścieżka dźwiękowa tego kompozytora i pewnie gdybym wcześniej usłyszała „Black Hawk Dawn”, to właśnie o tej partyturze bym teraz pisała. Ale czasami wszystko zależy od przypadku.

I, przede wszystkim, od pierwszego wrażenia.

Widzicie, w przedziale wiekowym 14-18 wydawało mi się, że jestem domatorem, którego środowiskiem naturalnym jest przestrzeń międzygłośnikowa, a najlepiej rozwijam się w warunkach inkubatoryjnych: pod kocykiem i z książeczką w łapce. Tylko serduszko mi niespokojnie drgało co jakiś czas: pierwszy raz, kiedy wlazłam na Smerek i kolejny, kiedy słuchałam sobie właśnie ścieżki dźwiękowej do „Tears of the Sun”. Konkretnie „Yekeleni Part 1 / Nigeria Crisis” i „The Journey / Kopano Part 3” (powyżej), w której słyszmy delikatne, Zimmerowe smyczki, mocne, afrykańskie bębny, gitarę Heitora Pereiry i głos pana Lebo M (tudzież pani Lisy Gerrard, Zimmer się bez niej nigdzie nie rusza). Człowiek zamyka wtedy oczy i wyobraża sobie, że wstaje i wychodzi. Na nogach by do tej Afryki doszedł.

W tej sentymentalne historii musi brać też udział książka, a jakże. Na osiemnastkę dostałam „Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej od mojej siostry, a później już poleciało. To był rok, w którym nadrobiłam (niezwykle wtedy modną z resztą) lekką literaturę podróżniczą, a jak mi zabrakło Cejrowskiego i Pawlikowskiej to się przerzuciłam na reportaże. Generalnie nie było już co ukrywać, że siedzi we mnie jakiś obrzydliwy, narwany włóczykij powsinoga, bo naprawdę trudno ukryć spazmatyczny szloch i zawodzenie, że „Ja chcę tam jechać”. Jeśli interesują was happy endy, to trzeba napisać, że Gandalfowi trochę to zajęło, ale w końcu stawił się w mojej norce (bez krasnoludów) i wysłał mnie na przygodę.

Czasami przed wyjazdem czytam sobie kompendium wiedzy o podróżowaniu autorstwa naszego, polskiego Indiany Dżołnsa – Jacka Pałkiewicza. Kupiłam je w zamierzchłych czasach na jakimś spotkaniu autorskim, na które poszłam po przeczytaniu dwóch jego książek, po których jawił mi się jako człowiek-głaz, który spokojnie mógłby się zmierzyć z Marvelowskim The Thing. Wiecie, jeden z tych bohaterów, który w amerykańskich filmach nie odzywa się zbyt często, zapatrzony jest dal, a wokół niego unosi się ta aura „widziałem już w życiu wszystko”.

Cóż. Nigdy nie oceniaj autora po jego książce. Ani przez pryzmat stereotypów utrwalanych przez kinematografię.

„Sztuka podróżowania” to czysta teoria na temat podróżowania w każdych warunkach z anegdotami. Głównie dla tych, którzy wyjeżdżają gdzieś w najbliższym czasie i potrzebują informacji o konkretnym miejscu. Pałkiewicz pisze zarówno o survivalu, jak i o turystyce, o dżungli i o pustyni, o przygotowaniach do podróży i o samoobronie. Przede wszystkim jednak o tym, jak się zachować, kiedy jesteśmy gościnnie w jakimś kraju. Bo myślę, że właśnie tego nam wszystkim bardzo brakuje – wiedzy o „innych” i szacunku dla „innego”. Zarówno człowieka, kultury, jak i środowiska (często nam nieprzyjaznego).

No. A teraz wstaję i wychodzę.

Niezgodna. Książka, w której stres zajada się muffinami

Dobra muffinka nigdy nie jest zła.

Z całej książki Veroniki Roth najbardziej podobał mi się film.

Czasami tak jest.

Warto chyba zacząć od Enuma Elisz tej historii, kiedy to kilka miesięcy temu z czystej ciekawości klikam na trailer „Divergent” i słyszę ciężką elektronikę wzbogaconą nerwowymi pociągnięciami smyczków. Position Music raczej tak nie miało. Pan Trammell ma jakiś mocno dubstepowy kryz… fazę.

Ach, właśnie. Intymny fakt z mojego życia: mam niesamowita słabość do muzyki z trailerów: chórów, pompatycznej orkiestry wyrzucającej z trampek i mocnych uderzeń dźwiękowych wbijających w kinowy fotel (wszystko zaczęło się od Mansellowskiego „Lux Aeterna” w wersji epickiej). Moją ulubioną zabawą w kinie jest „Jaki to katalog?”, podczas której odgaduję, która firma wyprodukowała dany utwór pobrzękujący w zapowiedzi przed filmem. Swojego czasu zmuszałam do współzawodnictwa znajomych, aż ci w końcu przestali chodzić ze mną do kina.

(…bo kogo obchodzą kompozytorzy muzyki do zapowiedzi kinowych, c’mon)

W trailerze do „Niezgodnej” słyszymy utwór „Supercollider”, który do ucha nie każdemu wejdzie. Z zasadzie trudno jest przy czymś takim oddychać, bo człowiek czuje się, jakby ktoś go cały czas kopał w mostek. Bo napompowana epickością orkiestra nikogo już nie dziwi i co raz rzadziej rusza. Dodajmy do niej uderzenia dźwiękowe o wadze ciężarówki. A co.

Nie wiem jak wy, ale ja zawsze byłam za mieszaniem czystej krwi z mugolską dlatego gitara elektryczna i orkiestra to dla mnie połączenie idealne. Z mezaliansem elektronika – orkiestra też nie mam problemów, tym bardziej, że wychowałam się na muzyce do Matrixa: Robie Douganie („Clubbed 2 Death” – ciary do dzisiaj) i Donie Davisie w połączeniu z panem Juno (Reactorem). Nawet jeśli jest tak agresywnie, jak u Trammella na „Pillars of Creation”, z którego pochodzi „Supercollider” właśnie.

Bo „Supercollider” to nic. Spróbujcie sobie przesłuchać „Obsydian Butterfly” na słuchawkach. Albo „Filthy”. Doprawdy, nie wiem w jakich momentach życia można słuchać takiej muzyki. Ja raczę się nią bardzo często przy pisaniu. I pewnie będzie to mój album do rodzenia drugiej magisterki, jeśli kiedykolwiek zdecyduję się zacząć ją pisać.

W każdym razie, kiedy obejrzałam trailer „Divergent” pomyślałam sobie, że machnęłabym książkę. Ostatnio zaskoczyły mnie „Igrzyska śmierci”, które okazały się być historią niezwykle mądrą (żeby nie powiedzieć, że dzięki Collins odzyskałam wiarę w literaturę młodzieżową po moim zderzeniu z pierwszym tomem powszechnie znanej sagi wampirzej). Dałam szansę „Niegodnej”, mimo że już po zapoznaniu się z opisem uniwersum wiedziałam, że autorka będzie się musiała zdrowo napracować, żebym uwierzyła w jej wizję dystopii.

Więcej muffinków.

Generalnie cały pomysł chwieje się już w posadach. Nawet nie chodzi o to, że spędzanie ludzkości w stada według cechy (JEDNEJ) ich charakteru jest pomysłem niedorzecznym. Chodzi o to, że geneza takiego układu społecznego została wyjaśniona na tyle mętnie, że nie jest w stanie mnie przekonać (nie czepiam się tutaj szansy na zaistnienie czegoś takiego w prawdziwym świecie, bo III Rzesza tez nie miała prawa zaistnieć, a jednak jakoś tak wyszło, że).

Dystopijność tego świata wcale nie polega na tym, że bohaterowie sowicie obijają sobie mordki i mają naprawdę poważne siniaki. „Niezgodna” pokazuje rzeczywistość, w której system nas szufladkuje i zawęża naszą osobowość do jednego przymiotnika. Więcej! My sami tego przymiotnika pragniemy, bo inaczej przyjdzie nam żyć w skrajnej nędzy. To bardzo dobra nauka umoralniająca. Tylko trudno ją wyciągnąć spomiędzy tej krwi, niepokojąco częstego wstrzykiwania sobie serum w szyję, romantycznego dotykania się opuszkami palców tudzież jedzenia muffin.

Film Burgera poprawił książkę. Wydestylował współczynnik romansu dla nastolatek, ładnie wyznaczył mu granice i wtedy przesłanie stało się jakby bardziej przejrzyste.

Zrezygnował też z muffin (i od razu współczynnik dystopijności podskoczył). Świat, w którym ciągle je się muffiny nie może być taki zły.

Babski odwieczny konflikt wewnętrzny

Wchodzę do domu rodzinnego, wzrokiem sięgam do piramidki książek, które moja Mum łowi w miejscowej bibliotece. I co widzę? Michalak. No, to musi być przeznaczenie. Jedna z tych autorek, która zalazła za powiekę całemu Internetowi (relacja na żywo z czytania „Gry o Ferrin” via Zombie Samurai na przykład, czy Notka Usiana Facepalmami Zwierza). 320 stron, czcionka jak w „Poczytaj mi, mamo”. Myślę: machnę. A co. Co prawda to tylko „Poczekajka”, a nie osławione romas-fantasy, ale, jak to mówi moja babcia: „Starcy!”.

Na całe życie.

Literatura w spódnicy, wielkich wymagań nie mam. Nurkuję więc w lekkich dialogach, przymykając oko na kompletnie irracjonalne sytuacje, w których się toczą i od czasu do czasu pojawiający się czerstwy dowcip (słowo daję, to był pierwszy raz, kiedy nie rozśmieszył mnie błąd ortograficzny). Przymykam oko do póki, do póty nie stwierdzam, że bohaterka Pipi wcale nie jest uroczo trzepnięta, tylko po prostu głupia w najgorszy z możliwych sposobów – jest żałośnie głupia.

A później rzucam okiem na informacje o autorce i robi mi się nieswojo tudzież brzydko w serduszku, bo czuję, że nie obraziłam Pipi, tylko żywego człowieka. Niechcący. Bo z zasady zastanawiam się pięć razy, zanim nazwę kogoś żałośnie głupim.

Jedna z blogerek zadała Pani Michalak genialne pytanie: „Czy bohaterki z twoich powieści mają coś wspólnego z Kasią Michalak?(…)”. Nie wiem, jak na nie wpadła. Może zasugerowała się kilkoma wskazówkami w notce biograficznej na skrzydełku (znajdź pięć różnic w porównaniu z opisem Paprycji)?… Nie wiem. W każdym razie odpowiedź była równie zaskakująca:

Najbardziej utożsamiam się z Patrycją z Poczekajki, ale każda postać jest mi bliska. Kiedyś rzeczywiście czułam potrzebę umieszczania choć odrobiny siebie w książkach, teraz uważam, że istnieją ciekawsi bohaterowie, niż ja. :-)

„Odrobiny”.

Chęć umieszczania siebie samej w książkach, w roli heroiny idealnej, bez wosku + w świecie wymarzonym (czy to chatka, czy to elfie królestwo) + oczywiście, obok perfekcyjnego mężczyzny zabiegającego o nasze względy, jest tak odwieczna, jak najstarsi Indianie i legenda miejska o tym, że koka kola była kiedyś zielona. Jestem prawie pewna, że kiedy w ogrodzie Eden Bóg grzmiał „I będziesz dzieci rodzić, a mężczyzna będzie nad tobą panował” dodał jeszcze: „a bohaterka każdej książki, którą napiszesz będzie niebezpiecznie podobna do ciebie, na twój wzór i podobieństwo będzie stworzona”.

Bo myślicie, że niby skąd na świecie wzięło się tyle fanfickow. Wizja sprzątnięcia Pottera sprzed nosa Ginny jest niezmiernie kusząca. Pytanie tylko, skąd wzięła się w nas potrzeba dzielenia się tymi osobistymi fantazjami z szeroką publicznością (Ja tam nie wiem, bo nie dość, że nigdy nie napisałam żadnego fanficka, to jeszcze dwa tygodnie się zastanawiałam, zanim posłałam swoje opowiadanie na licealny konkurs literacki). I, przede wszystkim – dlaczego inni chcą to czytać (bo chcą).

Znajdź pięć różnic.

Przez pierwsze paręnaście stron „Poczekajki” byłam pewna, że to całkiem niezły pastisz, autoironia i satyra-na. Utwierdzał mnie w  tym przekonaniu dość przaśny (w sensie cepeliowym) motyw romansowy. Później się okazało, że ten Amre to tak na poważnie. W głowie zaświtała mi myśl, że może to jest powieść moralizatorska na zasadzie: jeśli jesteś 25-letnią dziewicą i nadal szukasz swojego idealnego ukochanego z wbudowaną elfią gracją (tak, tak, tam wszyscy faceci zeskakiwali z konia niczym Glorfindel himself), z którym zamieszkacie w leśnej chatce, to przestań, bo świat jest ZŁY (i ja ci ten mrok świata jeszcze przerysuję dwa razy w tasiemcowym rycie i manierze „Dlaczego ja?!”, żeby dotarło do tego naiwnego łebka). To by było nawet spoko. Choć cholernie niesprawiedliwe.

Ale nie. Bo następują dwie, ostatnie strony. Gdzie po tych wszystkich pożarach, ukrytych żonach, gwałtach, zwrotach akcji, palpitacjach, emocjach w deszczu, intryGACH (przez duże GACH) i pięknych-ale-złych mężczyznach następuje, a jakże, happy end.

Mój kolega Janek znalazł kiedyś w czeluściach internetów gifa idealnego na podobne okoliczności.

Tak więc zmagamy się ze sobą. Bo skłonności do happy endów mają w nas, kobietach, równie głębokie korzenie, co chęć stania się Heroiną Równie Epicką, co Historia, w której się Uczestniczy. Jedne z nas wygrały parę bitew (bo wojna nie dość, że odwieczna to jeszcze wieczna – co by podbić poziom jej epickości, rozmachu, chórów w tle). Inne przegrały. Po czym ktoś je wydał. I szczerze mówiąc, nie wiem, komu bardziej zazdrościć, bo te wydane wcale na tym tak źle nie wyszły. W sensie finansowym. Pisałam już, że nie skreślam na wstępie autorek, których zdjęcie na okładce mylę z ilustracją ich powieści przedstawiającą główną bohaterkę bo, trzeba przyznać, że niektórym udało się napisać o sobie dość jawnie, ale bez jakiejś większej żenady. Np. Jane Austen. Tak, Jane była w tym całkiem niezła.

Ale niektórym się nie udało. Więcej, z tego, co mi donieśli męczennicy „Gry o Ferrin” – motyw jest powtarzany, ciśnięty, recyklingowany i z uporem mielony na nowo, nawet bez zadania sobie trudu, żeby wymyślić sobie nowe, wymarzone imię. Pani Anaelo. W dodatku godząc w dobre imię fantasy, gatunku literackiego, który w dobrych, pisarskich rękach, potrafi zrobić z ludźmi i ich spojrzeniem na świat cuda.

Są rzeczy, które można sobie napisać, ale naprawdę nie godzi się ich wydawać. Dla własnego dobra.

[I dobra innych, bo przecież słowa to odpowiedzialność – jadąc prawdziwym banałem]

A wiem co mówię, bo sama nie wydałam jeszcze nic.

____

P.S. Taką „Poczekajkę” dla gimnazjalistek (choć emocje bohaterów były szargane w o wiele mniejszym stopniu) napisałam, kiedy miałam 14 lat i dostarczałam ją koleżankom z klasy w odcinkach NA DYSKIETKACH (same chciały). Często zastanawiam się, ostatnio nawet na poważnie, czy przypadkiem tego nie wydać pod pseudonimem. Żeby mieć na chlebek.

Smutne to czasy jednak.

Z cyklu „Jak czytać, żeby przeczytać?”: 100/XX Antologia polskiego reportażu dwudziestego wieku, cz.1

To ważna książka. Wszyscy to wiemy.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że przeczytanie tego tomiszcza może stanowić pewien problem. Ba! Co tam czytanie! Już przyniesienie go do domu to zaawansowana logistycznie wyprawa. Pomyślałam, że warto stworzyć platformę wymiany doświadczeń. Dla potomnych. Dla przyszłych nabywców i czytelników. Co by żyło się łatwiej i, przede wszystkim, żeby się czytało. A nie tylko zakupiło i postawiło na półce obok trzydziestotomowej encyklopedii w neutralnym kolorze grafitu.

A więc.

Zebranie funduszy

159 złotych to, jak wiadomo, 548 kajzerek albo pierwsze cztery części sagi o Harrym Potterze w twardych okładkach. Piechotą nie chodzą. Kiedy jest się studentem, trudno sobie taką kwotę nawet wyobrazić (jak każda kwotą powyżej czternastu złotych dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy). Proponuję zatem przetrząsnąć wszystkie torebki, stare portfele i zimowe płaszcze, a w porywie desperacji – konta w programach lojalnościowych. Ja swoje szczęście odnalazłam na karcie payback, gdzie znajdowały się niewykorzystane punkty z czterech lat, które zbierałam bez fanatyzmu.

Ale zbierałam.

O, jak dobrze, że zbierałam.

Zamówienie

Pani sklepowa: (rzuca zamówienie na ladę) Uouch!… Co to jest, że takie ciężkie?

Moja skromna osoba: Miłość życia. Nie mają państwo mini-taczek jakichś na sklepie?

Pani sklepowa: Nie.

Moja skromna osoba: …a tragarzy do wynajęcia?

Pani sklepowa: Nie. Ale współczuję. Mamy czekoladki Lindt w promocji.

To ponad trzy kilo żywej wagi, więc jeśli jesteście samotna kobietą pełną goryczy do XXI wieku, w którym nikt nie chce wam drzwi otworzyć, nie mówiąc już o złożeniu spontanicznej propozycji poniesienia ciężkich pakunków, to „Antologia” tylko z dostawą do domu.

[!] Swoją drogą nie o takie równouprawnienie walczyłam.

W zasadzie nigdy nie walczyłam o równouprawnienie.

A, i jeśli już upieracie się przy swojej samowystarczalności, to chociaż zadbajcie o to, żeby wyprawa po „100/XX” była wyprawą TYLKO po „100/XX”. Nie „również po zakupy/ inne książki / złote runo”. Nie „przy okazji po uczelni, z której niosę również laptopa, podręczniki i kubek termiczny”. Nie. TYLKO po „100/XX”.

Uczcie się na moich błędach.

…i zrobić artystyczne zdjęcia instagramem, udając że rozumie się zabawę cieniami i półcieniami…

Lans i podjarka

Na Facebooku powstała grupa „Nie wrzuciłem Antologii Reportażu Szczygła na walla, choć to ważna książka”.

A przecież warto się posiadaniem tego tomiszcza pochwalić. Raz, bo jest drogie, a nas stać (ludzie nie muszą wiedzieć, że płaciliśmy walutą payback). Dwa, bo nasze podjaranie to zawsze jakiś dowód na obycie z literaturą ambitną. Trzy, niech zazdroszczą. A co. Chociażby tego, że udało nam się to przytachać do domu bez mini-taczki.

Ale ja się jaram. Jaram się tak bardzo, że z rozpędu, zaraz po wrzuceniu zdjęcia na twitta zaczęłam tomiszcze czytać. Zazdrośćcie. A co.

Czytanie

To dość gruba książeczka. Ale warto ją przeczytać, skoro już tyle za nią zapłaciliśmy. I naderwaliśmy tyle mięśni przy jej transporcie.

Słyszałam już różne rzeczy. Na Twitterze ktoś biadolił, że „Kiedy ja to przeczytam?”. A moja koleżanka baletnica (niezwykle zarobione dziewczę, ale z wielką miłością do reportażu w serduszku) powiedziała szczerze: „Ja wiem, że to kupię, ale nigdy tego nie przeczytam”. Wprost, ale z wielkim żalem i strachem, że faktycznie tak się może stać.

Ależ błagam was. Kto chce, ten przeczyta.

Tym bardziej, że to jest naprawdę świetna książka do czytania przy okazji, na boku, do podusi.

Ja obrałam system „Jeden reportaż dziennie”, aczkolwiek rzadko się z niego wywiązuję, bo jak czytam jeden, to zaraz chce mi się z rozpędu wciągnąć następny. A jak krótki, to i trzeci. Więcej na raz chyba i tak bym nie dała rady, bo to jednak coś, nad czym trzeba się pochylić i zaangażować nie tylko oko, ucho, móżdżek, ale też siły i cała naszą wrażliwość.

I tak oto, bez większego wysiłku, jestem już w połowie pierwszego tomu.

Bo czytam w kolejności.

Gdyby jednak ktoś wolał czytać na wyrywki (też można, czemu nie), potrzebował wskazówek i z jakiegoś powodu uznał, że jestem odpowiednią osobą do owych udzielania, przyda mu się dalsza część notki.

~ * ~

Pomyślałam sobie, że trudno napisać jest coś o reportażach zawartych w „100/XX”, bo Pan redaktor Szczygieł zrobił to lepiej (łatwo jest napisać o nich zbiorczo, a słowem-wytrychem w tym wypadku jest „monumentalna”). Zamieszczam jednak listę tych tekstów z pierwszej połowy pierwszego tomu, które poruszyły mnie najbardziej. Razem z komentarzami – tymi głupiutkimi i tymi mądrzejszymi.

Ciąg dalszy nastąpi.

~ * ~

Janusz Korczak

Znałam Korczaka głównie z jego tekstów na temat dzieci (czytanych po hebrajsku z resztą). To on. Ta sama wrażliwość i empatia dla ludzi, których nikomu nie chciało się zrozumieć.

Wacław Sieroszewski

„Kartka z podróży” tak sugestywnie napisana, że w pokoju rozpętała mi się burza śnieżna (połowa marca). TAKIE opisy czynić. Marzenie każdego grafomana.

Władysław Stanisław Reymont

„Uciekł do Niemiec z przygodnie poznanym spirytystą” – może bym jednak przeczytała jakąś jego powieść?

Juliusz Kanen-Bandrowski

Jeden z moich ulubionych reportaży z tego zbioru. Felek, wannabe-żołnierz, gimbaza wzruszająca. Aż mi się przypomniało opowiadanie Piekary ze zbioru „Księga wojny”, o którym już pisałam: „Artur Potter Lwie Serce”.

Stefan Bryła

Bardzo aktualny reportaż. Jedziemy zagranico i dziwimy się temu, co tam znajdziemy. Choć wydaje mi się, że częściej dziwujemy sie temu, co znajdziemy w swojej własnej ojczyźnie. I często dajemy temu wyraz na kwejku.

Tadeusz Staniewski

Superciekawy reportaż historyczny o strajku dzieci we Wrześni. Przynajmniej dla mnie, historyka.

Józef Moszyński

Motto Skalskiego we wstępie: „Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. I ja się z tym zgadzam.

Jan Parandowski

Który pojechał do Grecji dopiero po napisaniu swoich „Mitologii”. Czytałam z wielkim zrozumieniem i empatią, bo sama w podobnych okolicznościach pojechałam po raz pierwszy do Izraela – po latach wyczekiwania, tęsknoty i zaczytywania jej kolejnymi książkami.

Zofia Nałkowska

Z wstępu: „po przeczytaniu pointy czytelnik powinien być już trochę innym człowiekiem”. Plus, muszę przyznać, że opis spotkania Pani Liskiej i porucznika Oniewieckiego zmiękczył mi nogi jak prawdziwej babie.

Ewa Szelburg-Zarembina

Zawsze myślałam, że wsparcie lajkowe i wklejanie w opisy emotkowych zniczy to problem naszych czasów. Okazuje się jednak, że wirtualne zaangażowanie połowiczne istniało już wcześniej. Ostatnie linijki reportażu – bardzo mocne.

Myjcie owoce. Myjcie.

Zbigniew Uniłowski

Już na drugiej stronie tego reportażu byłam nieszczęśliwie zakochana w autorze. I zazdrościłam mu. Sytuacji, w której się znalazł, pióra, percepcji, reakcji. Po przeczytaniu całości zmieniło się tylko tyle, że pozazdrościłam mu jeszcze pointy.

Nie wiem, czy to moja słabość do munduru się tutaj odzywa, czy słabość do przezdolnych ludzi pióra. Ukochałam bardzo i idę wygrzebać spod ziemi inne dzieła Uniłowskiego.

Konrad Wrzos

Tego nie można pominąć. Po pierwsze: dla historii z obradami Rady Ministrów. Po drugie: dla mocnego wstępu. Po trzecie: dla samego reportażu – bo jak się już wstęp przeczyta, to i tekst należy. A później idziemy do kąta i robimy rewizję zachowań własnych.

W dodatku to reportaż o moim rodzinnym Zawierciu (którego „serce bić nie przestało” chyba tylko z uporu i przewrotności), które nadal nazywane jest „zagłębiem bezrobocia”. Tylko Argentyna jest już inna. Wieżowce zdążyły tam wyrosnąć. W jednym z nich kiedyś mieszkałam.

Antoni Słonimski

Znać Słonimskiego. Pisać recenzje jak Słonimski. Szczególnie to drugie.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, co do iluminacyjnego charakteru tej książki… Czy wersje na czytniki mają podobne bonusy?

Mój tydzień z Kańtoch

W oczekiwaniu na tom trzeci „Przedksiężycowych” przypomniałam sobie, że Anneke napisała przecież parę innych książek. W tym „Czarne”, którego towarzystwo zajdlowe nachwalić się nie może, a ja byłam go niezmiernie ciekawa, bo wydawnictwo wydało je z metką „nie do zaszufladkowania”. Lubię książki nie do zaszufladkowania. Udałam się zatem do Internetów, na tereny łowieckie mojej ulubionej taniej księgarni a tam…

…promocja na (prawie) wszystkie książki Kańtoch. Oczywiście. Bo przecież żyjemy w świecie w pełni interaktywnym i wyczulonym na potrzeby konsumenta. Zdaję sobie sprawę z tego, owa empatia handlowa ma na celu tylko wciśnięcie mi większej ilości towaru bezczelne żerując na mojej słabości.

Bo ja naprawdę jestem bardzo asertywnym klientem. Ale przecież każdy ma swój kryptonit.

Tym sposobem zamiast jednej książki kupiłam cztery, a moje zamówienie wyglądało jak lista zakupów początkującego satanisty.

A później jeszcze do tej wieżyczki doszło grande finale „Przedksiężycowych”. I tak spędziłam dwa tygodnie z Anneke.

„Czarne”

Anneke poznałam i zapamiętałam z tego, że potrafi kreować niesamowicie interesujące uniwersa. I zawsze w myśl zasady „nothing is really as it seems”. W “Czarym”, drażniąc się ze mną, dręczy główną bohaterkę wciskając ją w świat dobrze znany (ale nadal „nothing is really as it seems”). Sama mierzy się z pisarskim wyzwaniem budowania czegoś, co z braku lepszego słowa, zwykło nazywać się klimatem.

Zaczęłam czytać w tramwaju, który wiózł mnie do domu z rytuału odbioru zamówienia. Jechałam i nawet nie przeszkadzało mi, że nie siedzę i nie mam trzeciej ręki, którą mogłabym się przytrzymać czegokolwiek.

W kwestiach udźwiękowienia proponuję wrzucić w wyszukiwarkę swojego odtwarzacza The XX. W większości ciężkawe dźwięki z lekkim wokalem. „Czarne” jest podobne: mocne, ciężkie, a mimo wszystko bardzo kobiece.

„Diabeł na wieży”

Jeśli chodzi o Domenica Jordana. Trudno mnie przekonać do wynurzeń detektywistycznych, nawet jeśli autor chwyta się tak nieczystych zagrań jak próba przekupienia mnie inspiracjami osiemnastowieczną Francją. Książka to kompilacja sześciu procedurali i muszę przyznać, że kilka z nich zapamiętałam. To dużo w moim przypadku. Nawet bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie pałam sympatią do głównego bohatera.

Jest w świecie muzycznym ktoś, kto z łatwością potrafi wydłubać złote okruszki barokowej maniery, użyć ich, i nie przedobrzyć. Oczywiście, jest Japończykiem, który z definicji nie powinien mieć kulturowego wyczucia w kwestii czegoś tak obrzydliwie europejskiego jak barok. Nazywa się Oshima Michiru i znamy go m.in. ze ścieżek dźwiękowych do „Fullmetal Achemist”. Jako tło do Jordana polecam jego o wiele mniej znane dzieło: „Le Chevalier d’Eon” (na tym albumie znaleźć można jedną z najcudowniejszych piosenek tzw. endingowych).

„Tajemnica diabelskiego kręgu”

Kańtoch dla dzieci. Tego świat się nie spodziewał.

Raczej nie dałabym tej książki do czytania mojemu siedmioletniemu siostrzeńcowi. A dla trzynastolatek za mało tam uganiania się za chłopakami. 510 stron, z których pierwsze 200 przyjęłam dożylnie na jedno mlaśnięcie. Później, z jakiegoś powodu straciłam zainteresowanie i czytało się co raz mozolniej. Ale, jak już wspomniałam, dla mnie detektywistyczne rozkminy zawsze mogą być o połowę krótsze. Aczkolwiek muszę przyznać, że te w wykonaniu trzynastoletniej Niny były wyjątkowo urocze.

Kiedy czytałam „Tajemnicę diabelskiego kręgu” byłam na etapie komentowania nominacji muzycznych do Oscarów i uczyłam się na pamięć ścieżki dźwiękowej do „Tajemnicy Filomeny” Alexandre Desplata. Coś pomiędzy Potterem Williamsa, a „Stokerem” Mansella. Nie wiadomo, czy się wyluzować, czy bać. Idealnie dopasowało i się do przygody Niny.

„Przedksiężycowi” tom 3

Naprawdę byłam ciekawa, jak Anneke wybrnie z tej całej kabały. I nawet podobało mi się, jak to zrobiła. Podziwiam jej zdolność balansowania na granicy zgrzytu przy mieszaniu elementów z kilku zupełnie różnych bajek. No i, nieodmiennie, podziwiam uniwersa które stworzyła.

O pierwszych dwóch tomach już pisałam. Z okazji trzeciego wróciłam do ścieżki dźwiękowej z „Ghost In the Shell: Stand Alone Complex”. Tym razem część pierwsza. Ta z genialnym „Inner Universe”, o którym pisałam w notce poprzedniej.

Po tym wszystkim mam do Anneke miliony pytań. Muszę się z nią umówić na kawę, czy coś.