Streszczenie bohatera

Dzisiaj będzie o jednej piosence, którą poznajemy w pierwszych minutach historii i kilku rozdziałach, które ją kończą.

Ścieżka dźwiękowa do „Paranoi” nie zachwyciła mnie, więc kiedy usłyszałam, że Junkie XL komponuje do „Divergent” jakoś specjalnie nie wyczekiwałam. Za to ciekawił mnie udział Ellie Goulding w całym przedsięwzięciu. Tymczasem okazało się, że temat przewodni całego soundtracku, udał się bardziej niż dobrze. Inspirowany jest postacią głównej bohaterki i po raz pierwszy możemy usłyszeń go w utworze „Tris”.

Porównanie „Tris” do ognia, który szybko się spala, bo płonie dwa razy jaśniej, jest dość banalne, ale w tym wypadku po prostu pasuje.

Zaczyna się bardzo delikatnie, dziewczęco i niepewnie. Tak, że od razu na myśl przychodzi pierwsza scena z „Niezgodnej”, kiedy mama Tris rozczesuje jej włosy, a ta stara się, mimo ciekawości, nie patrzeć zbyt długo w lustro.

Po około dwóch minutach długiego intro wchodzi wokal Ellie Goulding (tak, tej od „Burn”, hitu zeszłorocznych wakacji, który już do końca życia będzie mi się kojarzył z wieczorami spędzonymi na praktykach w radiowej redakcji programowej; wtedy nawet nie podejrzewałam, że potrafi zaśpiewać tak, jak śpiewa na „Divergent”). Towarzysząca jej gitara elektryczna gra tak, jakby chciała dodać jej odwagi. Po chwili własnie tak się dzieje: „Tris” nabiera śmiałości, najpierw śpiewa pełnym głosem, a później biegnie, do rytmu z perkusjonaliami i kilkoma gitarami. W tym momencie odzywają się skoczne smyczki, tylko po to, żeby zarysować okoliczności: pełne słońca i przestrzeni. Na pierwszy plan wysuwają się dopiero w części następnej, kiedy „Tris” nieco się zmęczy i przystanie na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza.

Po tym następuje fragment, w którym słyszymy bardzo niepokojącą wokalizę, a skrzypce załamują swoją skoczną manierę, żeby przejąć nas długimi pociągnięciami smyczków. Outro jest bardzo długie. Mieszanka sennego wokalu i sekcja smyczkowa z sekundy na sekundę oddalają się co raz bardziej. Do samego końca zostaje z nami tylko pianino, które niesie echem temat przewodni.

Ciekawa jestem, czy Junkie XL znał już zakończenie „Wiernej”, kiedy komponował „Tris”. Bo utwór brzmi tak, jakby Veronica Roth wszystko mu wygadała.

Autorzy literatury młodzieżowej poczynają sobie co raz śmielej, trzeba przyznać. „Igrzyska śmierci” pozostawiły mnie w stanie apatii ogólnej, a „Wierna” zasmuciła mnie tak mocno, że jeszcze na drugi dzień czułam się, jakby ktoś oderwał mi lewą komorę serca. A dawno nie miałam takiego kaca post-książkowego. I pomyśleć, że to tylko (?) jakieś (??) youth adult.

W zasadzie nawet nie do końca umiem to wyjaśnić, bo w trzeciej części „Niezgodniej” Veronica nadal nie miała dobrych argumentów, które przekonałyby mnie do jej wizji świata. Ani do wątku romansowego. Ani do swojego stylu pisarskiego. Nawet jakoś specjalnie nie lubiłam bohaterów jej książki. Ale te ostatnie rozdziały pod względem czysto emocjonalnym rozegrała tak szczerze i przejmująco, że nie byłam w stanie się uspokoić przez następne 36 godzin.

Ale może to wszystko dlatego, że poznałam wcześniej „Tris” Junkie XL. Może dlatego, że utwór szumiał mi w uszach przez ostatnie 50 stron książki. I bardzo długo potem.

„Tris” to streszczenie całej Tris.

Mój tydzień z Kańtoch

W oczekiwaniu na tom trzeci „Przedksiężycowych” przypomniałam sobie, że Anneke napisała przecież parę innych książek. W tym „Czarne”, którego towarzystwo zajdlowe nachwalić się nie może, a ja byłam go niezmiernie ciekawa, bo wydawnictwo wydało je z metką „nie do zaszufladkowania”. Lubię książki nie do zaszufladkowania. Udałam się zatem do Internetów, na tereny łowieckie mojej ulubionej taniej księgarni a tam…

…promocja na (prawie) wszystkie książki Kańtoch. Oczywiście. Bo przecież żyjemy w świecie w pełni interaktywnym i wyczulonym na potrzeby konsumenta. Zdaję sobie sprawę z tego, owa empatia handlowa ma na celu tylko wciśnięcie mi większej ilości towaru bezczelne żerując na mojej słabości.

Bo ja naprawdę jestem bardzo asertywnym klientem. Ale przecież każdy ma swój kryptonit.

Tym sposobem zamiast jednej książki kupiłam cztery, a moje zamówienie wyglądało jak lista zakupów początkującego satanisty.

A później jeszcze do tej wieżyczki doszło grande finale „Przedksiężycowych”. I tak spędziłam dwa tygodnie z Anneke.

„Czarne”

Anneke poznałam i zapamiętałam z tego, że potrafi kreować niesamowicie interesujące uniwersa. I zawsze w myśl zasady „nothing is really as it seems”. W “Czarym”, drażniąc się ze mną, dręczy główną bohaterkę wciskając ją w świat dobrze znany (ale nadal „nothing is really as it seems”). Sama mierzy się z pisarskim wyzwaniem budowania czegoś, co z braku lepszego słowa, zwykło nazywać się klimatem.

Zaczęłam czytać w tramwaju, który wiózł mnie do domu z rytuału odbioru zamówienia. Jechałam i nawet nie przeszkadzało mi, że nie siedzę i nie mam trzeciej ręki, którą mogłabym się przytrzymać czegokolwiek.

W kwestiach udźwiękowienia proponuję wrzucić w wyszukiwarkę swojego odtwarzacza The XX. W większości ciężkawe dźwięki z lekkim wokalem. „Czarne” jest podobne: mocne, ciężkie, a mimo wszystko bardzo kobiece.

„Diabeł na wieży”

Jeśli chodzi o Domenica Jordana. Trudno mnie przekonać do wynurzeń detektywistycznych, nawet jeśli autor chwyta się tak nieczystych zagrań jak próba przekupienia mnie inspiracjami osiemnastowieczną Francją. Książka to kompilacja sześciu procedurali i muszę przyznać, że kilka z nich zapamiętałam. To dużo w moim przypadku. Nawet bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie pałam sympatią do głównego bohatera.

Jest w świecie muzycznym ktoś, kto z łatwością potrafi wydłubać złote okruszki barokowej maniery, użyć ich, i nie przedobrzyć. Oczywiście, jest Japończykiem, który z definicji nie powinien mieć kulturowego wyczucia w kwestii czegoś tak obrzydliwie europejskiego jak barok. Nazywa się Oshima Michiru i znamy go m.in. ze ścieżek dźwiękowych do „Fullmetal Achemist”. Jako tło do Jordana polecam jego o wiele mniej znane dzieło: „Le Chevalier d’Eon” (na tym albumie znaleźć można jedną z najcudowniejszych piosenek tzw. endingowych).

„Tajemnica diabelskiego kręgu”

Kańtoch dla dzieci. Tego świat się nie spodziewał.

Raczej nie dałabym tej książki do czytania mojemu siedmioletniemu siostrzeńcowi. A dla trzynastolatek za mało tam uganiania się za chłopakami. 510 stron, z których pierwsze 200 przyjęłam dożylnie na jedno mlaśnięcie. Później, z jakiegoś powodu straciłam zainteresowanie i czytało się co raz mozolniej. Ale, jak już wspomniałam, dla mnie detektywistyczne rozkminy zawsze mogą być o połowę krótsze. Aczkolwiek muszę przyznać, że te w wykonaniu trzynastoletniej Niny były wyjątkowo urocze.

Kiedy czytałam „Tajemnicę diabelskiego kręgu” byłam na etapie komentowania nominacji muzycznych do Oscarów i uczyłam się na pamięć ścieżki dźwiękowej do „Tajemnicy Filomeny” Alexandre Desplata. Coś pomiędzy Potterem Williamsa, a „Stokerem” Mansella. Nie wiadomo, czy się wyluzować, czy bać. Idealnie dopasowało i się do przygody Niny.

„Przedksiężycowi” tom 3

Naprawdę byłam ciekawa, jak Anneke wybrnie z tej całej kabały. I nawet podobało mi się, jak to zrobiła. Podziwiam jej zdolność balansowania na granicy zgrzytu przy mieszaniu elementów z kilku zupełnie różnych bajek. No i, nieodmiennie, podziwiam uniwersa które stworzyła.

O pierwszych dwóch tomach już pisałam. Z okazji trzeciego wróciłam do ścieżki dźwiękowej z „Ghost In the Shell: Stand Alone Complex”. Tym razem część pierwsza. Ta z genialnym „Inner Universe”, o którym pisałam w notce poprzedniej.

Po tym wszystkim mam do Anneke miliony pytań. Muszę się z nią umówić na kawę, czy coś.

Wszystkie strony kartki z Gatsby’ego

Podtytuł: wpis w trzech aktach, do kupy się składający i traktujący o jednym, choć pozbawiony zdań-łączników.

Pierwsza strona

Można też dopisać swoje komentarze – ale grzecznie, na post-icie.

Mam koleżankę baletnicę. Kiedy się na nią spojrzy po raz pierwszy, nie dostrzeże się w niej nic z tych rzeczy, które wiesz o baletnicach z filmów i książek. Jest w niej ta przysłowiowa baletowa delikatność, ale przybiera niezwykle wyjątkowa formę i nie rzuci się nam w oczy przy pierwszej rozmowie.

W zasadzie chyba nic nie jest w stanie zdradzić jej pasji do baletu (a nie jest to baletnica początkująca, o nie) i żeby się o niej dowiedzieć trzeba po prostu pogadać. Nawiedzić jej pokój, który ozdabia przywieszony na szafie pęk baletowego tiulu. Prześledzić wzrokiem jej książki i spomiędzy tłumnie obecnej literatury faktu wygrzebać „Wielkiego Gatsby’ego”. Przeczytać, zwracając uwagę na fragmenty, które podkreśliła.

Śródstronie

Oczy doktora Eckleburga wcale nie są opisanie jakoś wyjątkowo wzniośle – homerowski opis tarczy Achillesa, z którego wylewa się starożytna epickość może się nie czuć zagrożony. Jak się okazało, jest to billboard czasowników, a nie przymiotników, a już na pewno nie jest to reklama dygresyjna.

Fitzgerald i jego Gatsby nie są przesiąknięci słowną/tematyczną dekadencją ani deszczem. A już na pewno nie w sposób oczywisty. Choć tego właśnie się spodziewałam.

Oczywiste jest za to przesłanie – i pewnie wiele osób będzie ta banalność drażnić, aż do momentu, w którym sami się będą musieli z nią zmierzyć w tak zwanym realu.

Druga strona

Lubię koncepcje Baza Luhrmanna, choć musiałam się do nich przekonywać (nie polubiłam „Moulin Rouge!” od razu). Lubię jego duety z Craigiem Armstrongiem (bo nie ma to jak spojrzenie na kulturę wysoką przez pryzmat kultury pop). Konwencja ścieżki dźwiękowej do „Wielkiego Gatsby’ego” była naprawdę świetna (na ten temat rozpisałam się już kiedyś na Hatak.pl w tekście „Retro techno liryka„).

Spodobała mi się na tyle, że w trakcie czytania zamiast klasyki, poszukiwałam dźwięków elektronicznych, z bitem wyraźnym, lekko transowym, a jednocześnie kompletnie do klubów niepasujących. Takich, których słuchałam podczas letnich wieczorów pachnących ambientem, na wspomnianych przez Fitzgeralta „dużych przyjęciach” w momentach „intymnego nastroju”. Dźwięków patrzących na tłum z bezpiecznego dystansu – nie ze względu na pogardę, czy wyniosłość, ale wyjątkowa pokorę, życzliwość i wrażliwość.

Wiecie, jest taka płyta Schillera… „Leben” się nazywa i ma już ponad 10 lat. Wyobrażam sobie, że tak brzmi Berlin, kiedy nikt na niego nie patrzy.

Pocztówki ze Śródziemia (z podziękowaniami dla Eda Sheerana)

Fale widzów zalewają kina, a obsługa zasypywana jest pudełkami po popcornie zostawianym przez tłumy. Tak. Kolejna część „Hobbita” na ekranach.

Jako Tolkienowa konserwa z jednej strony mam marudne nastawienie do niektórych elementów, które pokazał nam Jackson w tym filmie, z drugiej zaś jestem w stanie skupić się na pozytywach. Przegiął z wątkiem romantycznym? Owszem, ale za to wygrzebał skądś Pace’a, który chyba jako jedyny aktor skumał, o co Tolkienowi chodziło z tymi całymi Elfami.

O! Ten moment! Ten!
O! Ten moment! Ten!

Tolkien chyba już czeka na niego w zaświatach z nabitą fajką i podziękowaniami.

[!] Naprawdę, wszyscy Ci, którzy przyczynili się do utrwalenia w popkulturze wizerunku Elfa jako zniewieściałego chłopca z bonusami do magii albo skocznej maszyny do zabijania z dystansu powinni iść na karnego jeżyka. Na wieczność.

Równie marudne nastawienie mam do ścieżki dźwiękowej, czego pełny wyraz dałam TUTAJ. Mnóstwo powtórzonych motywów, mnóstwo kalek i wszytko to, co już słyszeliśmy (aczkolwiek momentami całkiem urodziwe, jak na przykład w urzekającym „Feast of Starlight”, które udowadnia, że Shore nadal potrafi robić cuda z obojami i rożkami angielskimi). Marudzenia jednak powtarzać nie będę. Skupmy się na tym, co nie jest kalką z żadnej strony. Nie jest tak bardzo, że według niektórych w ogóle nie pasuje do konwencji.

Skupmy się na Edzie Sheeranie.

Sheeranie, który napisał „I See Fire” w kilka godzin. Sheeranie, który sam sobie nagrał chórki i zagrał na wszystkim, wyłączając wiolonczelę, włączając skrzypce, na których grać nie umiał. Ale potrzebował sobie zagrać, więc się dokształcił szybciutko („It’s similar to a guitar, I guess.” – powiedział w jednym z wywiadów). Sheeranie, który tekstem odwołał się do dzieła, ale tak osobiście, intymnie i indywidualnie, że trudno dopatrywać się w tym utworze choćby śladu legendarnej pieśni (jak to było w „Song of the Lonely Mountain” Neila Finna). Sheeranie, który nie potrzebował pełnej orkiestry, żeby słuchaczy po prostu, najzwyczajniej w świecie dotknąć. A warto dodać, że on pierwszy ze wszystkich artystów nagrywających piosenki promujące do tolkienowej sagi Jacksona się na to odważył. Bardzo dobrze, że ta piosenka powstała.

Generalnie gdyby ktoś mnie zesłał na dożywotnią banicję na pustynię Gobi i pozwolił zabrać ze sobą tylko trzy książki, to jedną z nich na pewno byłby „Silmarillion” Tolkiena.

Uważam i często to powtarzam, że Tolkien zaczyna się po „Władcy Pierścieni” i właśnie na tych ciężkich do przebycia rubieżach należy szukać sedna jego geniuszu. Rozumiem jednak, że łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. Z reguły człowiek żywi (niezrozumiałą dla mnie, historyka) awersję do podręczników, kronik, mitologii oraz legend. Wiem, że nie każdy potrafi przebrnąć przez tak gęste tomiszcza, nie mówiąc już o czerpaniu z tego przyjemności. „Silmarillion” czytałam po pierwszym roku studiów i może właśnie dlatego, że miałam jeszcze świeże rany po walce z sesją, zatopiłam się w to tomiszczę z  zachwytem i skupieniem. Toć to nic innego, jak podręcznik od historii mojego kochanego Śródziemia. Do tego doszedł jeszcze podziw gryzipiórka dla Pisarza.

Cudownie było zajrzeć Mistrzowi do głowy dzięki „Listom”. Z rozbawieniem porównać moje nawyki z jego procesem twórczym. Zagłębić się w pełne pasji wyjaśnienia dotyczące najdrobniejszych szczegółów uniwersum i jego niezwykłą korespondencję z C.S. Lewisem.  Poczytać marudne uwagi skierowane do wydawcy, złośliwe do filmowców i serdeczne do czytelników. A także takie, radosne, krótkie notki:

79134578752911e3b11312f22a685db9_8

Rozczuliłam i uśmiałam się nad tym tomiszczem nie raz. Tolkiena chyba do końca życia traktować będę z wielkim sentymentem. Bo Śródziemie zawsze przedkładałam ponad Narnię, a nawet ponad Hogwart.

[Scena Po Napisach:] Aha. Ed Sheeran niegdyś pisał piosenki dla One Direction.

Niecny Scott Lynch i crossover z Kydem

U mnie Lynch stoi błogosławiony między Tolkienami.

Blogerstwo odkryło Scotta Lyncha. Miło na to patrzeć. Na ten zachwyt, oczarowanie i entuzjazm. Miło jest w końcu spotkać kogoś, kto wie, o kim mówię. I miło, że wydawnictwo zrobiło tej książce W KOŃCU promocję, na jaką zasługiwała już od tomu pierwszego. Przynajmniej nie muszę już ludziom Lyncha wciskać z (wyćwiczoną) iskrą groźby w oczach („Jak mi oddasz bez przeczytania, to przyjdę do Twojego domu i pozaginam rogi we wszystkich Twoich książkach”). Lyncha, na reszcie! przeczytało pół internetu, nie marudząc na opasłość tomiska i brak ekranizacji (prawa wykupione, scenariusz się pisze).

Nie chcę tu podkreślić swojego (wątpliwego) hipstertwa, ani tego, że znałam Lyncha wcześniej niż Ty (choć prawdopodobnie tak było, HA!). Chcę podkreślić swoje cierpienie z Lynchem związane (albowiem o wiele bardziej lubię się nad sobą użalać niźli szpanować czymkolwiek). A samotność w przeżywaniu geniuszu jego dialogów i ciekawie skrojonych bohaterów była przez te pięć lat (słownie: PIĘĆ) problemem najmniejszym.

Odkryłam go już po wydaniu „Na szkarłatnych morzach”, więc oba tomy przeczytałam za jednym zamachem (co nie jest jakimś wyczynem, w przypadku prozy Lyncha odbywa się to naturalnie). Przypomnijcie sobie cliffhanger z jakim zostawił nas autor w drugiej części.

I teraz wyobraźcie sobie, że musicie czekać pięć (słownie: PIĘĆ!!) lat na ciąg dalszy.

Jestem prawie pewna, że Lynch w ten sposób stanął w kontrze do praw człowieka, konwencji genewskich i paru innych , wzniosłych ideologicznie dokumentów zakładających, żeby nie krzywdzić nikogo nadaremno.

Zapowiadało się, że „Republikę złodziei” będę musiała z żalem odłożyć jeszcze na dwa tygodnie, bo dostałam ją do recenzji na krótko (trzy dni) przed wyjazdem do Izraela. Poza tym miałam już napoczętą inną książeczkę, którą koniecznie chciałam dokończyć. Ale trzeba się było spiąć, zarwać noc, wyłączyć kompa i większość funkcji życiowych, bo z czymś takim się nie walczy. A recenzję, gdyby to kogokolwiek interesowało, napisałam po powrocie: [Tu jestem!].

Generalnie i w skrócie: uwielbiam przeintelektualizowane szermierki słowne bohaterów. Bardzo lubię też sposób, w jaki Lynch szpanuje swoją błyskotliwością. W każdej sytuacji.

scott
Noc 31.12.2013 / 1.01.2014.

Jego niecność nie drażni mnie w ogóle, wręcz buńczucznie śmiem twierdzić, że polubiłabym Go (a może i nawet vice versa), gdyby przyszło nam się ze sobą zetknąć na tym ziemskim padole. Jednakowoż czerwona lampka zapala się, kiedy w świecie przez niego kreowanym każdy (parobek, urzędnik, ochroniarz), ale to absolutnie każdy (karczmiarz, sierota z ulicy, staruszka) jest w stanie przeprowadzić z rozmówcą (piekarzem, szefem mafii, stajennym) zgrabną szermierkę słowną na wysokim poziomie intelektualnym. I jeszcze za sam koniec docisnąć jakąś ciętą ripostą.

To jest moja utopia. W myśl zasady, że „mój ograniczony mózg podświadomie odrzuca istnienie świata idealnego” (Agent Smith / „Matrix”) – nie wierzę. Ale nie marudzę tak znowu głośno, bo ogólnie Niecnego Lyncha, za niecność Jego, lubię i będę kontynuować moją krucjatę wciskania Go każdemu.

Podobnie terroryzuję ludzi w sprawie Jespera Kyda. Jest to kompozytor, który kiedyś tworzył muzykę do gier z pojedynczych piknięć na Commodorze, a dzisiaj ma do dyspozycji całą orkiestrę (albo bogate biblioteki sampli). Kto zna serię „Assassin’s Creed” ten zna Kyda: napisał muzykę do pierwszej i drugiej części gry, a także dodatków „Brotherhood” i „Revelations” (w duecie z uczniem Hansa Zimmera – Lorne Balfe). Szczególnie ochoczo wciskam ludziom muzykę z dwójki, do której z niezmierną radością wróciłam z okazji „Republiki złodziei”.

To, jaki przeskok zrobił Kyd pomiędzy pierwszą częścią AC, tworzoną raczej w starym duchu ścieżek dźwiękowych do gier (przypadkiem nie oderwij gracza od ekranu), jest fascynujące. Historia Ezia ma już wyraźny temat przewodni, bardzo złożony i, tutaj kryje się rewolucyjne podejście, kuszący do przerwania rozgrywki, żeby tylko móc się nim napawać.

Bardzo lubię Kyda za szacunek do historii i to, że nie ma oporów przed zagłębieniem się w podręczniki w celu wygrzebywania z nich jakichś fajnych instrumentów czy form muzycznych charakterystycznych dla miejsca i okresu, w którym dzieje się akcja gry. W tym przypadku są to renesansowe Włochy, zatem usłyszymy tamburyna, wszelkiego rodzaju piszczałki i prawdziwe włoską tarantellę („Florence Tarantella„). Poza tym jest piękny wokal, chóralne kołysanie i jest gitara. Niesamowita gitara. Przede wszystkim w tym, co lubię nazywać „tryptykiem Auditore”, czyli trzech pierwszych utworach ścieżki „Earth/Heart„, „Venice Rooftops” i „Ezio’s Family„. Jest tam zadziorność, upór i wytrwałość, ale również pewna wrażliwość i… słabość.

Tak sobie myślę, że zawodowy crossover Lyncha i Kyda mógłby się skończyć czymś bardzo ładnym. Czy ja już pisałam, że prawa do ekranizacji „Kłamstw Locke’a Lamory” zostały wykupione przez Warner Bros?

Jak zabić asasyna w 400 stron

Zawsze mam na komputerze zainstalowane (przynajmniej) trzy gry: pierwszą przechodzę, w drugiej strzelam z łuku/ snajperki w ramach resetu po ciężkim dniu, trzecia to „Arcanum”. Generalnie jestem fanką pada i wsadu od lat najmłodszych i zazwyczaj daję szansę książkom na podstawie moich ulubionych gier.

No, i zawsze się srogo zawodzę. Nie trafiłam jeszcze na taką, która byłaby napisana na poziomie wyższym niż przeciętny. Nie to, że często za nie chwytam, ale jednak.

Ostatnio wymogły to na mnie okoliczności. Jako że jestem człowiekiem, który musi przeznaczyć część swoich wakacji na przyzwanie pracy magisterskiej z innego wymiaru (w tym jej nie ma, zatem musi być w innym, to oczywiste), więc dni upływają mi na klapaniu w klawisz w tempie panicznym. W efekcie wieczorem mój pociąg do komputera jest żaden, nawet „Assassin’s Creed” nie kusi. A tęsknota za uganianiem się po dachach jest. No, i jak tu pogodzić dwie półkule mózgowe kobiety? W roli deus ex machina: półka z książkami.

Z serii AC czytałam już „Ostatnią krucjatę” (książkowa wersja historii Altaira) i byłam szczerze zaskoczona, z jaką łatwością Bowdenowi udało się za pomocą pióra zamordować tak genialną fabułę gry. W „Porzuconych” było dużo lepiej, ale i tym razem autor nie zawiódł mnie i mnie zawiódł. Tak. Dokładnie tak powinno brzmieć to zdanie.
1] Książka pisana jest w formie dziennika ojca Connora, głównego bohatera trzeciej części gry. Przy dacie 1757 czytamy: „świat toczył wojnę siedmioletnią”. Hm. Może się czepiam, ale jest bardzo mało prawdopodobne, że w trzecim roku (albo pierwszym, zależy z którym historykiem się zgadzamy) tego konfliktu ludzie potrafili przewidzieć, ile jeszcze potrwa.
2] Patrz: zdjęcie numero duo.

(po większą ilość marudzenia należy kliknąć tu: TU)
No, ale. Po co się starać, żeby napisać porządnie książkę, którą „fani i tak kupią”. Bowden mógł zabić, więc zabił. Po raz kolejny. Nikt nie morduje asasynów tak, jak Bowden.
…i pomimo całej mojej miłości do Jespera Kyda, który udźwięcznił kilka części „Assassin’s Creed”. Pomimo mojej miłości do soundtracku z części trzeciej, stworzonego przez Lorne Balfe, ulubionego miniona Hansa Zimmera… słuchałam czegoś zupełnie innego.
Historię Connora oraz rodzin Hatfieldów i McCoy’ów dzieli ładny wiek. Mimo to, ścieżka dźwiękowa do mini serialu o kółku wzajemnej nienawiści pomiędzy nimi bardzo ładnie mi się wpasowała w lekturę. John Debney zrobił bardzo klimatyczny kawałek dobrej roboty: folkowe skrzypce, świetna gitara, a orkiestra wchodzi dokładnie wtedy, kiedy wejść powinna. No, i bardzo ładne „I Know These Hills” z Sarą Beck na wokalu.

Książka może niekoniecznie, ale score z „Hatfields & McCoys” jak najbardziej.

Papierowy Vader z nieba spadł

Mam wakacje, więc czytam poważną literaturę. I robię konstruktywne rzeczy. Z papieru.

Naprawdę cudnie było połknąć książeczkę dla dzieci w przerwie pomiędzy jedną stroną pracy magisterskiej, a drugą. A jako że jestem „born and raised” Star Wars fan – było tym fajniej.

Geneza książeczki Toma Anglebergera jest dość prosta: wyznawca Gwiezdnych Wojen z 33-letnim stażem postanawia połączyć dwie swoje pasje i zaczyna składać z papieru postacie z sagi. A później pisze książkę o dzieciaku, który robi to samo. Yodę z origami nosi na paluchu, pacynka z wdzięczności sprawuje funkcje doradcze, a każda jego rada dobra jest, hmmm…

Pomysł dostał błogosławieństwo LucasArts, ale zebrał również fanowski hejt za szarganie świętościami i infantylizację [sarkazm] superdorosłej, skrajnie poważnej i misternie ułożonej mrocznej fabuły GW [/sarkazm]. A szkoda, bo Angleberger obchodzi się z sagą z czystą, fanowską miłością i nie czyni jej krzywdy. Pisze zabawnie, z wdziękiem i uroczym dziecięcym entuzjazmem. W książce znajdziemy miliony aluzji do sagi, miliony symboli, miliony cytatów z filmów Lucasa. Na jakimś geek party można spokojnie stawać w szranki, kto znajdzie więcej – niektóre są na poziomie bardzo wrednie hard.

„Darth Paper” natychmiast powędrował do moich siostrzeńców (podczas tego eksperymentu nie cierpią żadne dzieci). Również „born and raised” Star Wars fan. Już ja o to zadbałam (poza tym ich ojcem jest człowiek, któremu niegdyś nadano ksywkę [Kosmiczny] Dywan – tak, inspiracją były GW, aluzja na poziomie bardzo wrednie hard). 
Z papierowym Yodą i Vaderem, uczynionymi przeze mnie, nie chwaląc, nie rozstają się. Cóż, jak to napisałam w recenzji na Hataku – kiedyś dzieciaki nosiły do szkoły Plastusia. Dzisiaj noszą co innego.


Jako że książeczka objętościowo raczej nie miałaby szans w starciu z Encyklopedią Brytannicą i niewiele czasu nad nią spędziłam (dłużej składałam wyżej objawione origami) toteż w słuchawkach grał utwór. Jeden. Za to zapętlony.

Nie bardzo porywa mnie to, co zrobił Beltrami przy okazji „World War Z”, ale za to bardzo podobał mi się soundtrack do „Warm Bodies”, który uczynił wespół z Buckiem Sandersem. A przynajmniej jego początek: „Music for Airport Zombies”. Taka skoczna muzyczka na przewrotny wzór i podobieństwo muzyczek granych w supermarketach.

Taki chichot kompozytora.

Książka drogi

W podróży każda książka staje się lekturą obowiązkową. W sensie, że obowiązkiem każdego obywatela jest wziąć książkę w podróż. Ideałem byłoby, gdyby była lekka (wagowo), przy tym względnie obszerna (żeby nam się, broń Boże, w połowie drogi nie skończyła) i wciągająca jak (tu wstaw błyskotliwe porównanie na poziomie Pratchettowskim).

Tuż przed dziewięciogodzinną podróżą, w tak zwany „tę i nazad” otrzymałam w darach od HatakPeeL nowiutką, świeżutką, drugą część pierwszej części (ha, a wydawca się śmieje, bo rozbijając tom na atomy zarabia dwa razy więcej) „Przebudzenia lewiatana”. Na okładce dumnie wisi cytat z (TEGO) Martina, który przyznaje, że „ta space opera skopała mu dupę”. Jako że jestem konsumentem przewrotnym, widząc takie hasła automatycznie lekko się uprzedzam i obiecuję sobie po cichutku, że ja niczego sobie skopać nie dam.

I stało się tak, że pierwsza część pierwszego tomu może nie rzuciła mną o ścianę, ale urzekła mnie wystarczającą ilością elementów, żeby uznać ją za wstęp do nadchodzącej kocówki. Żeby przeczytać więcej na ten temat, trzeba się wkliknąć w recenzję na Hataku. W skrócie, zachwyciło mnie dobrze uargumentowane uniwersum i postacie, którym daleko do sztampy i płaskostopia osobowości.

No, i te bezbłędne dialogi.

Autor fantastyki, któremu chce się podjąć trud wsłuchania się w swojego bohatera zawsze ma u mnie +10 na starcie. Jeśli dodatkowo podpala wszystkie wytarte schematy na postać, bądź też z nich kpi, dostaje moje czytelnicze serduszko. I moje pieniądze, bo gotowa jestem kupować wszystkie jego następne książki w ciemno. I z pisarskim tandemem Franck-Abraham ukrywającym się pod szyldem „James S.A. Corey” dokładnie tak będzie. Bo drugą częścią pierwszego tomu sagi „Ekspansja”, faktycznie, skopano mi to i owo.

Skojarzenie muzyczne z „Przebudzeniem Lewiatana” było dość oczywiste. O ile inwazję Żniwiarzy odparłam dopiero niecałe dwa tygodnie temu, o tyle ścieżki dźwiękowej do „Mass Effect 3” słucham od dnia premiery. I znam na pamięć. I kocham każdym zakamarkiem mojego serduszka.

Nie chodzi tutaj tylko o piękny, temat przewodni na pianino skomponowany przez samego Clinta Mansella („Leaving Earth”) znanego głownie z „Requiem dla snu”. Przy tym soundtracku pracowała czołówka kompozytorów zajmujących się muzyką do gier, więc wyobraźcie sobie, co powstało z ich połączonych mocy. Piękne, poruszające, zawieszone między elektroniką, a klasyką rzeczy.

Bo wcale nie chodzi tylko o to, że Jim Holden z „Przebudzenia Lewiatana” ma dla mnie wygląd domyślnej postaci komandora Sheparda. Nie, nie.