Wojna. Ach, to ty

Dużo czytam na temat wojny. Jeszcze więcej wojny oglądam, najchętniej w wydaniu izraelskim (nikt nie kręci takich filmów wojennych jak oni). W sensie metaforycznym czasami wojny słucham, najczęściej w wydaniu heroicznym i podniosłym, prosto z katalogów Audiomachine, czy Two Steps from Hell.

[!] Choć ostatnio udało mi się też usłyszeć ją na żywo. Z dość bezpiecznego dystansu, ale to wystarczyło, żeby poznać różnicę pomiędzy wybuchem fajerwerku, rakiety i granatu hukowo-błyskowego. Fajerwerki słyszą tylko uszy. Granaty są słyszalne też przez żołądek, kości i płuca, które na chwilkę zatrzymują się w bezdechu. Rakiety są transmitowane przez całe otoczenie, trzęsą się od nich ściany i ulice, a to wszystko przy wtórze syren. Do których idzie się przyzwyczaić. Ale dopiero za trzecim razem, bo za pierwszym i drugim rączki jeszcze się trzęsą.

[!] [!] Nie wiem, gdzie byliście na wakacjach, ale ja byłam w Izraelu.

[!] [!] [!] Przy okazji podrzucam trzy linki do „Tygodnika…” – nie dlatego, że moje, tylko dlatego, że to ważne. Bo jeśli Gaza płonęła, to Zachodni Brzeg wrzał. Raz, dwa i trzy.

Często mówi się, że pisarzowi najlepiej wychodzi opisywanie tego, w czym sam uczestniczył. Że jeśli chce się coś opisać wiarygodnie, to czasami trzeba dostać w szczękę, zjeść robaka i strzelić sobie młotkiem w palec. Pewnie tak. Natomiast nie wiem, czy ta sama zasada działa w przypadku wojny. Wszyscy, którzy ją widzieli, zazwyczaj nie mówią o niej ani opisowo, ani literacko, ani nawet dużo. Wszyscy byli żołnierze, z którymi rozmawiałam na ten temat wypowiadają się dość lakonicznie. Możliwe, że nie mają pomysłu, jak to opisać (wszak to trochę tak, jakbyśmy starali się wytłumaczyć staremu Aborygenowi czym jest bankomat). Możliwe, że tego po prostu nie da się opisać słowami. Właściwie z moich ostatnich obserwacji wynika, że o wojnie opowiada się głównie spojrzeniem i powściągliwymi gestami.

Czy w takim razie wierzyć pisarzom? Nawet reportażystom? Bo tym, którzy opisali wojnę jako rzecz podniosłą i honorową nie wierzymy już dawno. Sapkowski nas tego nauczył, do spółki z Ziemiańskim, że wojna jest brzydka, nie ma w niej nic bohaterskiego i chodzi głównie o to, żeby przeżyć. A jak się uderza mieczem to tak, żeby ranić, a nie jakieś tańce odstawiać, które świetnie zaprezentują się w slow motion w adaptacji filmowej.

Piszą o „szczęku stali”, „huku” i „chaosie pola walki”. Jest parę „przeszywających wybuchów” i „grunt trzęsący się pod stopami”. No, i „świst ostrza”, „klekot karabinu” oraz „wrzask rannych”. Im więcej czytam tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli chodzi o wojnę, to przepisujemy siebie nawzajem. Bo często jedyna wojna, w jakiej uczestniczyliśmy, to bitwa o Helmowy Jar, hemingwayowska wojna domowa w Hiszpanii i rebelia w Panem. Nie znając nic innego, trochę odbijamy z odbitki.

Cóż, jakoś trzeba sobie radzić. I tak wszystko sprowadza się do tego, czy czytelnik nam uwierzy, czy nie.

Zdjęcie z serii: no, nie wyszło zbyt ostro, ale zawsze można udawać, że to artyzm.

Ostatnio, jeszcze przed wyjazdem do Izraela przeczytałam króciutką książeczkę o wojnie/ walce. Ma to może ledwo ponad 200 stron, ale napisane jest tak niesamowicie sugestywnie, że długo nie wychodzi spod skóry. „ALL YOU NEED IS KILL” Hiroshi Sakurazakary, pięknie przetłumaczone na „Na skraju jutra”.

Proszę nie krzyczeć, że film był słaby. To znaczy można, bo faktycznie był. I kompletnie nielogiczny (zakończenia nie kumam do dzisiaj). Dodatkowo, barbarzyńsko nie pokazał tego, co w książce było najlepsze.

Po pierwsze – był niesamowity morał.

Po drugie – inspiracja (w posłowiu).

Po trzecie – narracja. W której dzisiaj rozpoznać mogę ten charakterystyczny styl opowieści: konkretny, pełen skondensowanego sedna. Czasem słyszę ten ton weterana „No, tak było, to był mój zwykły piątek, myśl, co chcesz”. I język pełen, slangu, określeń sytuacyjnych i nieszablonowych porównań.

No, i po wielkie czwarte. Kiedy czytałam początkowe sceny z pola bitwy napisane jako wspomnienie perspektywy zielonego rekruta, wszystko wokół mnie drżało, trzęsło się i wywoływało drżenie rąk.

Może odbiór spotęgowało to, co miałam w słuchawkach. „Battle cry”, Imagine Dragons.

Piosenka z niezwykle przeładowanego eksplozjami i akcją „Transformers 4”. Promująca (albo inaczej: creditsowa) i zarazem bardzo dobry temat przewodni, który od czasu do czasu, wariacjami pojawia się w filmie, pompując go nieco tonem wzniosłym. Kiedy jednak obierze się ten utwór z Ojca Gotowego się Poświęcić, Walki do Ostatniego Tchu i innych rzeczy, które z upodobaniem kserujemy (albo, w tym konkretnym przypadku, autoplagiatujemy z „Armagedonu”) – jest emocjonalnie w mniej heroicznym tego słowa znaczeniu.

Pomyślałam sobie, że może wcale nie trzeba sobie tym młotkiem w palec trzasnąć, bo ani Imagine Dragons, ani Hiroshi na wojnie nie byli (nie licząc strzelanek na konsoli). Jednak na pewno trzeba coś przeżyć.

Książka na mentalny jet lag

Mój problem polega na tym, że wcale nie wróciłam.

Kiedy wyjeżdżam zawsze mam przy sobie odtwarzacz z moim kawałkiem muzyki, ale tak naprawdę rzadko go słucham. Nawet, jeśli mam założone słuchawki na uszy (świetny sposób na to, żeby w TLV móc nadal podsłuchiwać miasto i spokojnie przechodzić jego ulicami bez odpowiadania tysiąc razy na pytanie „skąd jesteś?”, które podszyte jest nadzieją na romans z turystką z Ejropy). Za to staram się zawsze jakąś muzykę  przywieźć sobie na pamiątkę. Tym razem mój Izraelski Przyjaciel podzielił się ze mną Panem Avishaiem Cohenem. Jazzmanem. Proszę bardzo, oto dowód: powyższa piosenka w wersji podstawowej.

Muzyka i spotkania z miejscowymi to dla mnie najcenniejsze pamiątki, jakie mogę sobie przywieźć z podróży. Nawet nie widoki wyryte w pamięci, czy zdjęcia. Chyba rzadko potrzebuję turystyki: zwiedzania kościołów, wypisywania pocztówek, odpoczynku na plaży i robienia sobie zdjęć „na tle”. Z resztą tego ostatniego nie uskuteczniam wcale. Często śni mi się pustynia, rozmowy przy mocnej herbacie z miętą i łazęga. Taka, o jakiej pisze Raja Shehadeh w „Palestyńskich wędrówkach”, którymi leczyłam swój mentalny jet lag po powrocie.

Nie da się zrozumieć (ani tym bardziej osądzić – gdyby ktoś miał tak irracjonalne ambicje) tego skrawka Palestyny, na którym w 1948 roku powstało Państwo Izrael, po przeczytaniu najgrubszej nawet książki, najdokładniejszego przewodnika (którymi raczej gardzę), po zaczytaniu wszystkich możliwych reportaży. Jest to zjawisko tak złożone, osobiste, wrażliwe i zapalne, a logika tego miejsca jest dla „zachodniej” mentalności tak orientalna, że chyba należy przyznać rację Panu Smoleńskiemu – że jesteśmy w stanie tylko rozmawiać z konkretnymi ludźmi i opowiadać ich historie. Indywidualnie polerować każdy kamyczek tej mozaiki, nie ważąc się na jakieś uogólnienia. A przynajmniej ja na chwilę obecną nie jestem na to gotowa.

Mentalny jet lag zapija się koszerną kawą z kardamonem.

Zanim Raja Shehadeh porozmawiał z Pawłem Smoleńskim (obacz: „Oczy zasypane piaskiem”), sam opisał swoją historię na tle tej większej, o której czytamy w podręcznikach. „Palestyńskie wędrówki” to pierwsza książka tego autora, która wpadła mi pod oko, za to w idealnym czasie. Kiedy ciałem i główką musiałam być w 100% w okołokinowej pracy, a serduszko z myślą, korzystając z chwili wolnego, często uciekały na szczyt Masady, stary szuk i dachy Jerozolimy. Zatem dobrze było mi chodzić sobie z Panem Shahadehem, oprowadził mnie tu i ówdzie, opowiedział jak parę Ważnych Spraw wygląda z jego perspektywy (palestyńskiego prawnika) i z wyrozumiałością dla mojego mentalnego jet laga ugościł mnie u siebie. Dzięki jego wrażliwości na krajobraz i umiejętność jego opisywania łagodniej przeżyłam zderzenie z nawałem roboty, codzienności i zimnego deszczu.

Dwa tygodnie po powrocie spotkałam się z moją Przygodną Towarzyszką Podróży. Okazało się, że leczyła mentalny jet lag tą samą książką.

P.S. A Mark Twain, czego Shahadeh nie omieszkał mu wytknąć, pisał tak:

10296650_1476527432581879_1425851474_n

O ile z opisem Morza Martwego się zgodzę połowicznie (ostrość, kontrasty, jaskrawość, która zaskakuje człowieka tak, że pyta Boga, czy przypadkiem nie przesadził z retuszem koloru w tym miejscu) o tyle Jezioro Galilejskie, wzgórza, doliny widziałam zupełnie inne niż Pan Twain.

Czy Bilbo miał książkę w plecaku?

Na lotnisko w Pyrzowicach zmierzałam w takim (dostojnym) stylu.

Wyjeżdżając na inny kontynent owszem, zaopatrzyłam się w awaryjne tomiszcze. Była to z resztą biografia Tolkiena autorstwa Grotta. Bardzo chętnie napisałabym o niej coś więcej (np. czy jest ciekawsza od biografii Carpentera), ale byłam tak zajęta przeżywaniem Izraela, że przeczytałam tylko jej tytuł. Jak zwykle w takich przypadkach.  Ale wziąć trzeba było, bo jakże tak bez.

No, i na miejscu kupić coś trzeba, bo jakże tak nie. Tym bardziej, że (nie wiedzieć czemu) w Polsce kupienie książki po hebrajsku jest dość problematyczne, tym bardziej, jeśli chcemy aby opiewała postać żołnierza w kinematografii izraelskiej. Kiedy za nią płaciłam nie wiedziałam jeszcze, że ów publikacja, w kolorze napromieniowanej pistacji, w odpowiednim momencie złagodzi obyczaje i przełamie lody.

Z nadłamanym serduszkiem stoję na lotnisku w Tel Awiwie czekając w kolejeczce na odprawę i powrót do kraju. Pani Celnik zaczyna mnie wypytywać kim jestem, ile dni tu byłam, gdzie nocowałam, norma. W końcu pada pytanie, czy przyjmowałam prezenty od kogoś świeżo poznanego. Też norma. Zgodnie z prawdą odpowiadam, że owszem. Zostaję zaproszona na boczek, gdzie świecznik dla Mum, który dostałam od Józefa zostaje przebadany z większą skrupulatnością niż pacjenci w polskiej służbie zdrowia. Znów norma.

Ale jak tu nie przyjąć takiego prezentu? Jednym z poważnych plusów podróżowania samotnie po Izraelu (czego mimo wszystko NIE polecam przedstawicielkom płci pięknej) jest to, że zwiedzanie można uzupełnić o przysiadanie tu i ówdzie, i rozmawianie z autochtonami bez obaw, że przewodnik pielgrzymki zaraz każe zwiedzać kolejny kościół/ synagogę/ meczet. Często korzystałam z tego przywileju. Na przykład wtedy, kiedy (znowu) zabłądziłam na Starym Mieście w Jerozolimie i trafiłam na jakąś pustawą uliczkę w dzielnicy chrześcijańskiej. Turystów brak, bo nie było na niej ani pół zabytkowego kościoła. Zamiast tego trzy sklepiki: jeden z rękodziełem, drugi z dewocjonaliami, trzeci z jedzonkiem. Sprzedawcy siedzą przed drzwiami z lekkim rozleniwieniem przesuwają pionki po planszy jakiejś gry. Niby coś sprzedają, ale widać, że nie jest to sensem ich życia.

DSC_3465
Stoisko z tanimi (dla autochtonów) książkami na dworcu w Jerozolimie.

Przystaję na chwilkę przy sklepie z rękodziełem i słyszę, że ktoś mnie woła ze środka. Wchodzę zatem, może znajdę kubek dla Mality, która czyta, o który mnie prosiła. Pośród ceramiki wszelkiej maści i kolorów, ozdobionej mozaikowym wzorem siedzi sprzedawca i częstuje mnie czymś podobnym do pasztecików, jeno farsz był raczej bezmięsny. Sprzedawca Józef: izraelski Arab i w dodatku chrześcijanin. Proszę nie wytrzeszczać oczu, w Jerozolimie dość często można spotkać podobnych Józefów. Przepracował wiele lat za słuszną pensję, teraz jest na emeryturze, a malowanie po naczyniach to jego hobby. Ot, tak. Dzieci odchowane, a coś w życiu robić trzeba. Zostaję na dłużej, rozmawiamy, w międzyczasie ja wybieram kubek i płacę za niego „co łaska”. Oprócz tego Józef wciska mi w ręce jeszcze miseczkę, dwa obrazki i świecznik, w którym, przyznać to trzeba, to i owo zmieścić by się mogło.

Tyle, że nic niebezpiecznego tam nie było. Służby celne świecznik Józefa prześwietliły i obmacały na wszystkie strony. Bez irytacji, spokojnie i uprzejmie. Jeśli ktoś był kandydatem do przejścia w stan irytacji, to tylko ja sama, szczególnie, że następnym punktem programu była kontrola sprzętu elektronicznego. A miałam tego dużo. Już przy samym wymienianiu („No, wie Pan, trzy ładowarki, aparat, dwa obiektywy, dwa telefony…” itd.) poczułam smutek i żal. Celnik z resztą chyba też, ale procedura to procedura. Nie ważne jak długo, skrupulatnie i z jak wielkim pietyzmem pakowałeś swój plecak, żeby mogło się w nim zmieścić więcej, niż może. Musisz wszystko z niego wyciągnąć. Raz jeszcze – bo pierwszy raz zrobiłeś to udowadniając, że Józef po prostu bardzo Cię polubił.

Wyrzucam zatem (ponownie) wszystkie złącza i ładowarki chyba z pięć minut. Oddzielam ziarno od plew wyplątując jakiś kabel z rajtek. Wyciągam zapasowy telefon ze skarpety. Tylko z moim laptopkiem w barwie radioaktywnej pistacji (Malita, nabijałaś się z niego, a celniczki izraelskie na jego widok się rozczuliły doszczętnie i stwierdziły, że w życiu nie widziały nic bardziej uroczego) nie było problemu. Celnik uprzejmie mi współczuje, ja współczuję sobie, oboje zatapiamy się w jeziorze współczucia do mnie i wtedy wypada wspomniana już równie radioaktywna książka. O żołnierzach.

Sandman. Byłam dzielna. Nie kupiłam.
Sandman. Byłam dzielna. Nie kupiłam.

To, że starałam się z autochtonami rozmawiać po hebrajsku zazwyczaj ich wzruszało i radowało (głównie wtedy, kiedy myliłam słowa). Natomiast czytanie, rzecz trudna, wywołało prawdziwe zaskoczenie i podekscytowanie. Serio? Ale że tak bez nikudu, kropeczek i kreseczek podpowiadających, która samogłoska powinna pojawić się w wyrazie zapisanym (uproszczając) samymi spółgłoskami? Po chwili pół lotniska (hiperbolizując) wiedziało, że gadam po hebrajsku. I że czytam. Bez nikudu. Człowiek, któremu edukacji nikudem nie upraszczano nawet na samym początku walki z hebrajskim zupełnie nie czuje, że jest to jakiś wielki wyczyn. Ale uśmiech wypływa mu na mordkę jakoś tak sam.

Nie pamiętam, czy książkowy Bilbo zabrał w podróż pod Samotną Górę jakąś lekturę. Z filmu dowiedzieliśmy się tylko tyle, że zapomniał zabrać chusteczki. Jestem jednak pewna, że gdyby domniemana książka wypadła mu z plecaka podczas pobytu na włościach Smauga historia potoczyłaby się dużo przyjemniej. Dla Bilbo. I być może dla smoka. Książki lepsze niż lodołamacze. Wiem, co piszę.

Choć jeszcze lepszy jest hummus, który wypadł mi z plecaka chwilkę później.

Jak to robią „specjaliści”

Po pierwszym przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej do „Grawitacji” nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mi się podoba.

A później poszłam na film i się dowiedziałam.

Muzyka Stevena Prica jest jak przekrój anatomiczny przez wszystkie rodzaje dynamiki: od piano possibile do fortissimo. Długimi minutami ciszy i leniwych dźwięków brzmiących, jakby wydobyto je ze szklanej harmoniki potrafi uśpić czujność słuchacza po to, aby pod sam koniec utworu zaskoczyć równie nagłym, co szybkim wzrostem natężenia nut. Utwory rotują. Inaczej tego opisać nie umiem. Sandra Bullock wiruje w przestrzeni kosmicznej bezwładnie, jak laleczka, a dźwięki w efekcie Dopplera pulsują gdzieś dookoła niej. „Debris” brzmi dokładnie tak, jak wygląda scena, do której został napisany: nerwowo (żeby nie napisać, że przyprawia o zawał serca), groźnie i panicznie.

„Grawitacja” to ekranizacja wszystkich moich najgorszych koszmarów. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu to soundtrack grozy. Price napisał nutami panikę i desperacką walkę z nią. Niezwykle fascynująca rzecz. Może dlatego film tak bardzo mnie wciągnął. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz łączyłam się z bohaterami z ekranu w bólu i cierpieniu na tym poziomie – było bardzo empatycznie.

Zastanawiam się, jak oglądają takie filmy specjaliści w dziedzinie fizyki i astronomii. Czy jest na co kręcić nosem. Bo jeśli jest w tym filmie jakaś totalna bzdura, która popsułaby fabułę, to bardzo się cieszę, że moja wiedza z fizyki zatrzymała się na poziomie przyciągania papierków linijką.

Bo wiem dobrze, jak „specjalista” (w kontekście mojej skromnej osoby potrzebny jest cudzysłów) czyta takie książki. Ostatnio jedną czytałam.

Jeśli chodzi o twórczość Pana Dariusza Domagalskiego, to uczucia mam skrajnie mieszane – od piano irytacji po forte zachwytu. Miałam już tak przy trylogii fantasy z Krzyżakami w tle – tej, w której tomy mają poetyckie tytuły (i które radośnie parafrazował mój kolega na „Delikatne czknięcie komara”). Z jednej strony: wow, dwie strony opasłej bibliografii do wojen krzyżackich, samych Krzyżaków i polskiej wojskowości tamtego czasu. Dialogi oparte na kronikach Długosza. Bohater, który po wbiciu miecza w trzewia przeciwnika nie wyciąga go, jak z podtopionego smalcu, tylko zostawia, gdzie wbił (bo przecież anatomia normalnego człowieka nie pozwala na wyciąganie kozików kiedy komu pasuje). Z drugiej strony natomiast: wow, cały wątek magiczny oparty jest na mistyce żydowskiej, o której informacje autor czerpał chyba z wikipedii. Warto dodać, że hasła „mistyka merkawy”, „bereszit” czy „kabała luriańska” nie grzeszą dokładnością, za to grzeszyły (a przynajmniej w czasach, tuż po wydaniu książki, sprawdzałam) drobnymi błędami merytorycznymi, na które Pan Domagalski dał się złapać.

Po latach zdecydowałam się przeczytać „Cherem”, gdzie już sam tytuł aktywizuje we mnie wewnętrznego judaistę. Tym razem autor zahacza o religie starożytnego Bliskiego Wschodu, konkretniej Kanaanu przy okazji działając na rzecz poszerzenia świadomości polskich czytelników w temacie teorii ewolucji religii.

Wszystko ok, niech sobie autor buduje fabułę na czym tam chce (żeby nie było:  pomysł odnalezienia „brakującego ogniwa” pomiędzy źródłami kananejskimi a Tanachem uważam za całkiem zgrabny). Niechże nawet wkłada autor w usta swoich bohaterów popularne-niepopularne marudzenie na religię zinstytucjonalizowaną. Niechże opiera to marudzenie na badaniach naukowych, ale niechże będą to faktyczne wyniki tych badań, a nie powtarzanie błędnych informacji zasłyszanych w mitycznym Gdzieśtam. No, i nie warto zagłębiać się w objaśnianie zawiłości języków semickich, bo zawsze się człowiek gdzieś machnie, a złośliwi czytelnicy, tacy jak ja, nie omieszkają błędu wytknąć.

Nie trafiłam nigdzie na żadne marudzenie specjalistów na „Grawitację”. Za to czytałam Gdzieśtam że to, co zrobiła Bullock na końcu (bez spoilerów) „Nie jest niemożliwe, ale byłoby niesamowicie trudne”. Błędy błędami, ale oglądać i czytać zawsze warto, nawet jak się jest sfrustrowanym „specjalistą” – choćby po to, żeby sobie poprężyć intelektualne muskuły przy szukaniu nieścisłości.

[* Mam jeszcze takę teorię, że cheremowy Archeolog, z które ust wyszedł ów marudny monolog z wbudowanymi błędnymi informacjami celowo jest błędny. Po to, żeby postać Archeologa uwiarygodnić – w końcu ci znają się na skorupkach, a nie na dokumentach, więc wcale nie musi wiedzieć, że cztery Ewangelie zostały wybrane do kanonu z bardzo prostego powodu – są po prostu najstarsze. Archeolog zadaje retoryczne pytanie „Dlaczego inne napisane w tym czasie Ewangelie nie trafiły do kanonu?”. Ja o żadnych „innych” z I w. n.e. nic nie wiem. Wikipedia z resztą też nie.]

Ziemia zeswatana, czyli „sushi w picie”

Parę dni temu moja Towarzyszka Olgierd zrobiła mi iście serialową interwencję i zarezerwowała mi bilety do Izraela.

Przypomniało mi się, jak Kapuściński opisywał swoje przygotowania do podróży po Indiach, starając się przeczytać jak najwięcej na ich temat. Ponoć tak mu już zostało, że zanim gdzieś się wybrał, czytał na temat tego miejsca wszystko, co miał w zasięgu ręki. Czytał i zastanawiał się, czy można kraj dobrze opisać po miesięcznej, półrocznej, rocznej wizycie uzupełnionej lekturą.

Obrazek

Moje przygotowania do tej wyprawy trwają pięć lat. Zaczęły się na mojej pierwszej w życiu lekcji hebrajskiego, kiedy rozbawił mnie zestaw słówek do wkucia, wśród których była nie tylko „woda”, ale i „wino”. Pomyślałam sobie, że to tak, jakby autorzy podręczników od polskiego umieścili przy pierwszej lekcji obok „ja” i „ty” „piwo” i „kiełbasę”, przemycając w ten sposób charakterystyczny element naszej rzeczywistości. I nie pomyliłam się chyba, bo już cztery lekcje później wiedziałam jak się mówi „wojna” i „żołnierz”.

Przez te pięć lat na temat Żydów i Izraela przeczytałam naprawdę wiele, przy użyciu pięciu języków, zarywając noce. Opasłe opracowania historyczne, akademickie artykuły o kabale, słodko-gorzkie powieści Alejchema, reportaże, aktualne newsy z frontu, blog Cahalu (armii izraelskiej). Na początku bez miłości, bo było to małżeństwo typowo chasydzkie: zawarte w głębokim zaufaniu do swatki. Jak widać, była to niezła swatka.

…i tak nabawiłam się przerostu teorii nad pustką ziejącą po praktyce. Ale nie zmienia to faktu, że zawsze można coś tam jeszcze przeczytać przed wylotem. Tym bardziej, że to Eli Barbur, o ciętym piórze, wielkiej wiedzy i niesamowitej świadomości Bliskiego Wschodu w ogóle (tym, którzy z tym regionem chcą być na bieżąco bardzo stanowczo nakazuję śledzenie jego twitta). W dodatku widać w jego tekstach nieopisaną frajdę z łowienia absurdów, co utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy co najmniej trzy wspólne zainteresowania.

I zawsze zastanawia mnie, skąd on wie TAKIE rzeczy:

Obrazek

Ale jak się doświadczenie dziennikarskie mierzy w dekadach i to w dekadach spędzonych TAM, na miejscu wydarzeń, to zdziwienie powinnam schować sobie w buty. Na obcasach.

[przerwa na chichot, albowiem Ehud Barak: }klik{, obcasy: }klik{, do the math tudzież wyobraźnia pracuje]

„Strefę Ejlat” czytałam parę lat temu, „Własnie Izrael” zostawiłam sobie דווקא! na tę okazję przedwylotową (z tego miejsca uprasza się o opanowanie wszystkich polityków i powstrzymanie się od interwencji zbrojnych w Syrii przynajmniej do momentu, w którym moja stopa nie dotknie płyty lotniska Ben Guriona, dziękuję, תודה רבה). Jak wskazuje podtytuł jest to „gadany” przewodnik po Izraelu, pełen przydatnych informacji i równie przydatnych anegdot. Pytania zadaje Krzysztof Urbański, Barbur stara się wszystko ładnie wyjaśnić, od podstaw, aczkolwiek warto sobie połączyć „Właśnie Izrael” z „Balaganem…” Pawła Smoleńskiego. Po pierwsze: dla utrwalenia, po drugie, dla uzupełnienia. Panowie od wielu lat starają się jakoś ten Izrael przybliżyć i… no, właśnie. Przybliżyć. Bo wyjaśnić się go nie da. Izrael to takie „sushi w picie”, jak to powiedział Kiedyś Ktoś, a Barbur jego słowa prztoczył.Obrazek

Po spędzeniu kilku upojnych nocy na tłumaczeniu twórczości izraelskich hip-hopowców o lekko syjonistycznym zabarwieniu szukałam czegoś mniej… dosłownego. W takich przypadkach zawsze można liczyć na ścieżki dźwiękowe do animacji, w tym przypadku nie Disney, a DreamWorks. I „Książę Egiptu”.

Powiecie: Hans Zimmer, a ja wam powiem, że psikus, bo nie. Owszem, napracował się tam, ale moim skromnym zdaniem wszystkie najpiękniejsze rzeczy z tego soundtracku nie zostały skomponowane przez niego. O dziwo. I o dziwo #2: ścieżka jest momentami BARDZO musicalowa i właśnie te momenty uważam za piękne. Już na wstępie przekupuje „Deliver Us” z gościnnym udziałem zawsze dreszczogennej Ofry Hazy (izraelska ikona), która później nagrała jeszcze 16 innych wersji językowych tej piosenki.  Do tego „All I Ever Wanted” w pięknej, delikatnej aranżacji (duet Zimmer – Gregson-Williams, ale o wiele wyraźniej czuję tu tego drugiego Pana).

Utworem, który bardzo stanowczo przykuł mnie do siebie było „The Plagues”. Musical, jak w twarz napluł. Dwóch braci w dialogu wrzeszczących na siebie, emocje, kłótnia, dźwięki stanowcze i bezkompromisowe. Ile razy to już widzieliśmy?… Za każdy razem, w każdej formie, w każdej opowieści przeżywam tak samo. Tutaj trochę bardziej, bo co chwilę wtrąca się taki chór, że się człowiekowi odechciewa grzeszyć.

A to wszystko spod pióra Pana Stephena Schwartza.

I już wiem, czego będę słuchać w samolocie. Zatem „Deliver Us!„. Najwyższy czas!

Ewangelia 2000

Jedne z najbardziej fascynujących przypadków muzycznych odnajduję na Bliskim Wschodzie. Mam niesamowita słabość do ćwierćtonów (w szczególności do facetów śpiewających ćwierćtonami). Poza tym uwielbiam też mądre zlepianie skrajnych estetyk i instrumentów w mieszanki wybuchowe. To, co dla Hansa Zimmera jest lekką herezją (acz nie przeszkadza mu to jej kultywować), czyli połączenie gitary elektrycznej i orkiestry symfonicznej, dla mnie było życiowym objawieniem, przez które stałam się lepszym człowiekiem.

[!] Pozdrawiam Panów z Metalliki – „S&M” jest waszym jedynym albumem, do którego wracam co jakiś czas.

Więc wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy usłyszałam ciężkie gitary, smyczki i ćwierćtonowe wokalizy (od czasu do czasu poparte klasycznym growlem) na jednej płycie. I to wszystko w orientalnym rytmie, którego długowłosi perkusiści z „Zachodu” musieliby się dopiero nauczyć.

Miłość do Orphaned Land zaczęła się przy pierwszych dźwiękach „Sapari”, piosenki promującej koncept-album „The Never Ending Way Of ORwarriOR” (nie ma tu żadnej literówki: „Or” po hebrajsku to „światło”). Dzisiaj poświęcam im cały podrozdział mojej pracy magisterskiej (Panowie są bardzo zaangażowani w szerzenie idei pokojowych, co widać na załączonym obrazku) i mogę śmiało powiedzieć, że tylko przedmiot moich, ekhem… „BADań” (przed duże BAD) powstrzymuje mnie przed rozpaczą wpisaną w to przedsięwzięcie intelektualne. Nawet nie wiecie, jak fascynujące może być tłumaczenie prawicowych tekstów hip-hopowych z hebrajskiego. I lepiej, żebyście się nigdy nie dowiedzieli.

Orphaned Land w Krakowie już 3 października. To tak w ramach promocji nowej płyty „All is One„, którą mielę na shufflu uparcie od dwóch tygodni. Oczywiście, będę tam. W zmienionym stanie skupienia zapewne.

IMG_20130917_104510Książka do czytania pomiędzy płodzeniem podrozdziałów wybrała się pewnie instynktownie, zachowując zasady koszer (czyli nie mieszaj). Albowiem przy dźwiękach „Simple Man” przejechałam wzrokiem po kolejnym upolowanym przeze mnie dziele Erica Emmanuela-Schmitta o wdzięcznym tytule „Ewangelia według Piłata”. Czyli nadal Bliski Wschód.

Czasami lubię Pana Schmitta. Na przykład za „Moje życie z Mozartem”, do którego dołączył obowiązkową ścieżkę dźwiękową. I za „Przypadek Adolfa H.”. Za „Ewangelię…” lubię go w tej większej połowie. Bardzo podoba mi się postać Piłata – obrzydliwego sceptyka z idealnym poczuciem humoru. Podoba mi się również to, jak skończył. Można też na Schmitta liczyć, jeśli chodzi o dostarczenie kilku ładnych cytatów, które można sobie umieścić w okolicach serduszka.

Zgrzyta mi natomiast to, co zrobił z apostołami, których przedstawił (i to nie z perspektywy Piłata tylko samego Jezusa) jako naiwnych imbecyli, z których tylko Judasz umiał liczyć. I teraz weźmy to na logikę: wyobraźcie sobie celnika, którym niezaprzeczalnie był Mateusz, który nie potrafi sprawnie posługiwać się cyferkami. Przez takie rzeczy naprawdę trudno mi zagłębić się w to, co czytam, bo w lekturze przeszkadza mi co chwilę pojawiające się w głowie „Nieeee, nosz bzdura wierutna”. Nie dajcie się zwieść. Apostołowie byli postaciami superbarwnymi, nie tylko w oparciu o Biblię, ale również inne źródła historyczne i, jak to bywa w boysbandach, każdy miał swój charakter. Natomiast jeśli chodzi o postać Jezusa, taką przeanalizowaną przez naukowców wzdłuż i wszerz, polecam knigi Pana Gezy Vermesa: „Twarze Jezusa” na przykład.

A tym, którzy jeszcze tego z jakichś powodów nie zrobili: zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, warto zagłębić się w Ewangelie (najlepiej w tłumaczeniu zwanym „Biblią Poznańską”). Apokryficzne, owszem, ale kanoniczne przede wszystkim. Maestro Tolkien nazwał je „mitem o umierającym Bogu tyle, że Bogu prawdziwym, przez co i mit stał się faktem”. I każdy zajdzie coś tu dla siebie: jedna jest kronikarskim konkretem, druga została napisana dla teologów, trzecia skierowana jest do innego rodzaju wykształciuchów, a czwarta – do romantyków, poetów i innych tam „hÓmanistów”.

Ewangelia dla każdego. Niezależnie od tego, kto w co wierzy, bądź nie wierzy.