Jak to robią „specjaliści”

Po pierwszym przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej do „Grawitacji” nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mi się podoba.

A później poszłam na film i się dowiedziałam.

Muzyka Stevena Prica jest jak przekrój anatomiczny przez wszystkie rodzaje dynamiki: od piano possibile do fortissimo. Długimi minutami ciszy i leniwych dźwięków brzmiących, jakby wydobyto je ze szklanej harmoniki potrafi uśpić czujność słuchacza po to, aby pod sam koniec utworu zaskoczyć równie nagłym, co szybkim wzrostem natężenia nut. Utwory rotują. Inaczej tego opisać nie umiem. Sandra Bullock wiruje w przestrzeni kosmicznej bezwładnie, jak laleczka, a dźwięki w efekcie Dopplera pulsują gdzieś dookoła niej. „Debris” brzmi dokładnie tak, jak wygląda scena, do której został napisany: nerwowo (żeby nie napisać, że przyprawia o zawał serca), groźnie i panicznie.

„Grawitacja” to ekranizacja wszystkich moich najgorszych koszmarów. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu to soundtrack grozy. Price napisał nutami panikę i desperacką walkę z nią. Niezwykle fascynująca rzecz. Może dlatego film tak bardzo mnie wciągnął. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz łączyłam się z bohaterami z ekranu w bólu i cierpieniu na tym poziomie – było bardzo empatycznie.

Zastanawiam się, jak oglądają takie filmy specjaliści w dziedzinie fizyki i astronomii. Czy jest na co kręcić nosem. Bo jeśli jest w tym filmie jakaś totalna bzdura, która popsułaby fabułę, to bardzo się cieszę, że moja wiedza z fizyki zatrzymała się na poziomie przyciągania papierków linijką.

Bo wiem dobrze, jak „specjalista” (w kontekście mojej skromnej osoby potrzebny jest cudzysłów) czyta takie książki. Ostatnio jedną czytałam.

Jeśli chodzi o twórczość Pana Dariusza Domagalskiego, to uczucia mam skrajnie mieszane – od piano irytacji po forte zachwytu. Miałam już tak przy trylogii fantasy z Krzyżakami w tle – tej, w której tomy mają poetyckie tytuły (i które radośnie parafrazował mój kolega na „Delikatne czknięcie komara”). Z jednej strony: wow, dwie strony opasłej bibliografii do wojen krzyżackich, samych Krzyżaków i polskiej wojskowości tamtego czasu. Dialogi oparte na kronikach Długosza. Bohater, który po wbiciu miecza w trzewia przeciwnika nie wyciąga go, jak z podtopionego smalcu, tylko zostawia, gdzie wbił (bo przecież anatomia normalnego człowieka nie pozwala na wyciąganie kozików kiedy komu pasuje). Z drugiej strony natomiast: wow, cały wątek magiczny oparty jest na mistyce żydowskiej, o której informacje autor czerpał chyba z wikipedii. Warto dodać, że hasła „mistyka merkawy”, „bereszit” czy „kabała luriańska” nie grzeszą dokładnością, za to grzeszyły (a przynajmniej w czasach, tuż po wydaniu książki, sprawdzałam) drobnymi błędami merytorycznymi, na które Pan Domagalski dał się złapać.

Po latach zdecydowałam się przeczytać „Cherem”, gdzie już sam tytuł aktywizuje we mnie wewnętrznego judaistę. Tym razem autor zahacza o religie starożytnego Bliskiego Wschodu, konkretniej Kanaanu przy okazji działając na rzecz poszerzenia świadomości polskich czytelników w temacie teorii ewolucji religii.

Wszystko ok, niech sobie autor buduje fabułę na czym tam chce (żeby nie było:  pomysł odnalezienia „brakującego ogniwa” pomiędzy źródłami kananejskimi a Tanachem uważam za całkiem zgrabny). Niechże nawet wkłada autor w usta swoich bohaterów popularne-niepopularne marudzenie na religię zinstytucjonalizowaną. Niechże opiera to marudzenie na badaniach naukowych, ale niechże będą to faktyczne wyniki tych badań, a nie powtarzanie błędnych informacji zasłyszanych w mitycznym Gdzieśtam. No, i nie warto zagłębiać się w objaśnianie zawiłości języków semickich, bo zawsze się człowiek gdzieś machnie, a złośliwi czytelnicy, tacy jak ja, nie omieszkają błędu wytknąć.

Nie trafiłam nigdzie na żadne marudzenie specjalistów na „Grawitację”. Za to czytałam Gdzieśtam że to, co zrobiła Bullock na końcu (bez spoilerów) „Nie jest niemożliwe, ale byłoby niesamowicie trudne”. Błędy błędami, ale oglądać i czytać zawsze warto, nawet jak się jest sfrustrowanym „specjalistą” – choćby po to, żeby sobie poprężyć intelektualne muskuły przy szukaniu nieścisłości.

[* Mam jeszcze takę teorię, że cheremowy Archeolog, z które ust wyszedł ów marudny monolog z wbudowanymi błędnymi informacjami celowo jest błędny. Po to, żeby postać Archeologa uwiarygodnić – w końcu ci znają się na skorupkach, a nie na dokumentach, więc wcale nie musi wiedzieć, że cztery Ewangelie zostały wybrane do kanonu z bardzo prostego powodu – są po prostu najstarsze. Archeolog zadaje retoryczne pytanie „Dlaczego inne napisane w tym czasie Ewangelie nie trafiły do kanonu?”. Ja o żadnych „innych” z I w. n.e. nic nie wiem. Wikipedia z resztą też nie.]

Książka drogi

W podróży każda książka staje się lekturą obowiązkową. W sensie, że obowiązkiem każdego obywatela jest wziąć książkę w podróż. Ideałem byłoby, gdyby była lekka (wagowo), przy tym względnie obszerna (żeby nam się, broń Boże, w połowie drogi nie skończyła) i wciągająca jak (tu wstaw błyskotliwe porównanie na poziomie Pratchettowskim).

Tuż przed dziewięciogodzinną podróżą, w tak zwany „tę i nazad” otrzymałam w darach od HatakPeeL nowiutką, świeżutką, drugą część pierwszej części (ha, a wydawca się śmieje, bo rozbijając tom na atomy zarabia dwa razy więcej) „Przebudzenia lewiatana”. Na okładce dumnie wisi cytat z (TEGO) Martina, który przyznaje, że „ta space opera skopała mu dupę”. Jako że jestem konsumentem przewrotnym, widząc takie hasła automatycznie lekko się uprzedzam i obiecuję sobie po cichutku, że ja niczego sobie skopać nie dam.

I stało się tak, że pierwsza część pierwszego tomu może nie rzuciła mną o ścianę, ale urzekła mnie wystarczającą ilością elementów, żeby uznać ją za wstęp do nadchodzącej kocówki. Żeby przeczytać więcej na ten temat, trzeba się wkliknąć w recenzję na Hataku. W skrócie, zachwyciło mnie dobrze uargumentowane uniwersum i postacie, którym daleko do sztampy i płaskostopia osobowości.

No, i te bezbłędne dialogi.

Autor fantastyki, któremu chce się podjąć trud wsłuchania się w swojego bohatera zawsze ma u mnie +10 na starcie. Jeśli dodatkowo podpala wszystkie wytarte schematy na postać, bądź też z nich kpi, dostaje moje czytelnicze serduszko. I moje pieniądze, bo gotowa jestem kupować wszystkie jego następne książki w ciemno. I z pisarskim tandemem Franck-Abraham ukrywającym się pod szyldem „James S.A. Corey” dokładnie tak będzie. Bo drugą częścią pierwszego tomu sagi „Ekspansja”, faktycznie, skopano mi to i owo.

Skojarzenie muzyczne z „Przebudzeniem Lewiatana” było dość oczywiste. O ile inwazję Żniwiarzy odparłam dopiero niecałe dwa tygodnie temu, o tyle ścieżki dźwiękowej do „Mass Effect 3” słucham od dnia premiery. I znam na pamięć. I kocham każdym zakamarkiem mojego serduszka.

Nie chodzi tutaj tylko o piękny, temat przewodni na pianino skomponowany przez samego Clinta Mansella („Leaving Earth”) znanego głownie z „Requiem dla snu”. Przy tym soundtracku pracowała czołówka kompozytorów zajmujących się muzyką do gier, więc wyobraźcie sobie, co powstało z ich połączonych mocy. Piękne, poruszające, zawieszone między elektroniką, a klasyką rzeczy.

Bo wcale nie chodzi tylko o to, że Jim Holden z „Przebudzenia Lewiatana” ma dla mnie wygląd domyślnej postaci komandora Sheparda. Nie, nie.