Niespokojni / „Yekeleni” i „The Journey”

Najpierw czynimy klik:

Każdy z nas kiedyś kochał się w Hansie Zimmerze. Prawdopodobnie 50% ludzkości zaczynało słuchać muzyki filmowej właśnie od jego partytur (druga połowa od ścieżki dźwiękowej Hornera do „Titanica”). Jedni pokochali „Gladiatora”, drudzy „Black Hawk Dawn”, a starcy jeszcze „Rain Mana”. Ja sama, kiedy w gimnazjum i liceum miałam zwyczaj bunkrowania się w kinie Katovitzkim na cały dzień, po jakimś czasie już się przyzwyczaiłam, że jeśli podoba mi się w filmie muzyka, to na pewno napisał ją albo Oakenfold, albo Zimmer właśnie.

A dobrze pamiętam, że wszystko zaczęło się od „Teras of the Sun”, w którym Bruce Willis dla odmiany nie ratuje świata, tylko skromny kawałek Afryki. Dzisiaj wiem, że nie jest to najlepszy film wojenny w historii kinematografii (ale prawdopodobnie od niego zaczęła się moja niezdrowa fascynacja tym gatunkiem). Wiem też, że nie jest to najwybitniejsza ścieżka dźwiękowa tego kompozytora i pewnie gdybym wcześniej usłyszała „Black Hawk Dawn”, to właśnie o tej partyturze bym teraz pisała. Ale czasami wszystko zależy od przypadku.

I, przede wszystkim, od pierwszego wrażenia.

Widzicie, w przedziale wiekowym 14-18 wydawało mi się, że jestem domatorem, którego środowiskiem naturalnym jest przestrzeń międzygłośnikowa, a najlepiej rozwijam się w warunkach inkubatoryjnych: pod kocykiem i z książeczką w łapce. Tylko serduszko mi niespokojnie drgało co jakiś czas: pierwszy raz, kiedy wlazłam na Smerek i kolejny, kiedy słuchałam sobie właśnie ścieżki dźwiękowej do „Tears of the Sun”. Konkretnie „Yekeleni Part 1 / Nigeria Crisis” i „The Journey / Kopano Part 3” (powyżej), w której słyszmy delikatne, Zimmerowe smyczki, mocne, afrykańskie bębny, gitarę Heitora Pereiry i głos pana Lebo M (tudzież pani Lisy Gerrard, Zimmer się bez niej nigdzie nie rusza). Człowiek zamyka wtedy oczy i wyobraża sobie, że wstaje i wychodzi. Na nogach by do tej Afryki doszedł.

W tej sentymentalne historii musi brać też udział książka, a jakże. Na osiemnastkę dostałam „Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej od mojej siostry, a później już poleciało. To był rok, w którym nadrobiłam (niezwykle wtedy modną z resztą) lekką literaturę podróżniczą, a jak mi zabrakło Cejrowskiego i Pawlikowskiej to się przerzuciłam na reportaże. Generalnie nie było już co ukrywać, że siedzi we mnie jakiś obrzydliwy, narwany włóczykij powsinoga, bo naprawdę trudno ukryć spazmatyczny szloch i zawodzenie, że „Ja chcę tam jechać”. Jeśli interesują was happy endy, to trzeba napisać, że Gandalfowi trochę to zajęło, ale w końcu stawił się w mojej norce (bez krasnoludów) i wysłał mnie na przygodę.

Czasami przed wyjazdem czytam sobie kompendium wiedzy o podróżowaniu autorstwa naszego, polskiego Indiany Dżołnsa – Jacka Pałkiewicza. Kupiłam je w zamierzchłych czasach na jakimś spotkaniu autorskim, na które poszłam po przeczytaniu dwóch jego książek, po których jawił mi się jako człowiek-głaz, który spokojnie mógłby się zmierzyć z Marvelowskim The Thing. Wiecie, jeden z tych bohaterów, który w amerykańskich filmach nie odzywa się zbyt często, zapatrzony jest dal, a wokół niego unosi się ta aura „widziałem już w życiu wszystko”.

Cóż. Nigdy nie oceniaj autora po jego książce. Ani przez pryzmat stereotypów utrwalanych przez kinematografię.

„Sztuka podróżowania” to czysta teoria na temat podróżowania w każdych warunkach z anegdotami. Głównie dla tych, którzy wyjeżdżają gdzieś w najbliższym czasie i potrzebują informacji o konkretnym miejscu. Pałkiewicz pisze zarówno o survivalu, jak i o turystyce, o dżungli i o pustyni, o przygotowaniach do podróży i o samoobronie. Przede wszystkim jednak o tym, jak się zachować, kiedy jesteśmy gościnnie w jakimś kraju. Bo myślę, że właśnie tego nam wszystkim bardzo brakuje – wiedzy o „innych” i szacunku dla „innego”. Zarówno człowieka, kultury, jak i środowiska (często nam nieprzyjaznego).

No. A teraz wstaję i wychodzę.

Reklamy

Babski odwieczny konflikt wewnętrzny

Wchodzę do domu rodzinnego, wzrokiem sięgam do piramidki książek, które moja Mum łowi w miejscowej bibliotece. I co widzę? Michalak. No, to musi być przeznaczenie. Jedna z tych autorek, która zalazła za powiekę całemu Internetowi (relacja na żywo z czytania „Gry o Ferrin” via Zombie Samurai na przykład, czy Notka Usiana Facepalmami Zwierza). 320 stron, czcionka jak w „Poczytaj mi, mamo”. Myślę: machnę. A co. Co prawda to tylko „Poczekajka”, a nie osławione romas-fantasy, ale, jak to mówi moja babcia: „Starcy!”.

Na całe życie.

Literatura w spódnicy, wielkich wymagań nie mam. Nurkuję więc w lekkich dialogach, przymykając oko na kompletnie irracjonalne sytuacje, w których się toczą i od czasu do czasu pojawiający się czerstwy dowcip (słowo daję, to był pierwszy raz, kiedy nie rozśmieszył mnie błąd ortograficzny). Przymykam oko do póki, do póty nie stwierdzam, że bohaterka Pipi wcale nie jest uroczo trzepnięta, tylko po prostu głupia w najgorszy z możliwych sposobów – jest żałośnie głupia.

A później rzucam okiem na informacje o autorce i robi mi się nieswojo tudzież brzydko w serduszku, bo czuję, że nie obraziłam Pipi, tylko żywego człowieka. Niechcący. Bo z zasady zastanawiam się pięć razy, zanim nazwę kogoś żałośnie głupim.

Jedna z blogerek zadała Pani Michalak genialne pytanie: „Czy bohaterki z twoich powieści mają coś wspólnego z Kasią Michalak?(…)”. Nie wiem, jak na nie wpadła. Może zasugerowała się kilkoma wskazówkami w notce biograficznej na skrzydełku (znajdź pięć różnic w porównaniu z opisem Paprycji)?… Nie wiem. W każdym razie odpowiedź była równie zaskakująca:

Najbardziej utożsamiam się z Patrycją z Poczekajki, ale każda postać jest mi bliska. Kiedyś rzeczywiście czułam potrzebę umieszczania choć odrobiny siebie w książkach, teraz uważam, że istnieją ciekawsi bohaterowie, niż ja. :-)

„Odrobiny”.

Chęć umieszczania siebie samej w książkach, w roli heroiny idealnej, bez wosku + w świecie wymarzonym (czy to chatka, czy to elfie królestwo) + oczywiście, obok perfekcyjnego mężczyzny zabiegającego o nasze względy, jest tak odwieczna, jak najstarsi Indianie i legenda miejska o tym, że koka kola była kiedyś zielona. Jestem prawie pewna, że kiedy w ogrodzie Eden Bóg grzmiał „I będziesz dzieci rodzić, a mężczyzna będzie nad tobą panował” dodał jeszcze: „a bohaterka każdej książki, którą napiszesz będzie niebezpiecznie podobna do ciebie, na twój wzór i podobieństwo będzie stworzona”.

Bo myślicie, że niby skąd na świecie wzięło się tyle fanfickow. Wizja sprzątnięcia Pottera sprzed nosa Ginny jest niezmiernie kusząca. Pytanie tylko, skąd wzięła się w nas potrzeba dzielenia się tymi osobistymi fantazjami z szeroką publicznością (Ja tam nie wiem, bo nie dość, że nigdy nie napisałam żadnego fanficka, to jeszcze dwa tygodnie się zastanawiałam, zanim posłałam swoje opowiadanie na licealny konkurs literacki). I, przede wszystkim – dlaczego inni chcą to czytać (bo chcą).

Znajdź pięć różnic.

Przez pierwsze paręnaście stron „Poczekajki” byłam pewna, że to całkiem niezły pastisz, autoironia i satyra-na. Utwierdzał mnie w  tym przekonaniu dość przaśny (w sensie cepeliowym) motyw romansowy. Później się okazało, że ten Amre to tak na poważnie. W głowie zaświtała mi myśl, że może to jest powieść moralizatorska na zasadzie: jeśli jesteś 25-letnią dziewicą i nadal szukasz swojego idealnego ukochanego z wbudowaną elfią gracją (tak, tak, tam wszyscy faceci zeskakiwali z konia niczym Glorfindel himself), z którym zamieszkacie w leśnej chatce, to przestań, bo świat jest ZŁY (i ja ci ten mrok świata jeszcze przerysuję dwa razy w tasiemcowym rycie i manierze „Dlaczego ja?!”, żeby dotarło do tego naiwnego łebka). To by było nawet spoko. Choć cholernie niesprawiedliwe.

Ale nie. Bo następują dwie, ostatnie strony. Gdzie po tych wszystkich pożarach, ukrytych żonach, gwałtach, zwrotach akcji, palpitacjach, emocjach w deszczu, intryGACH (przez duże GACH) i pięknych-ale-złych mężczyznach następuje, a jakże, happy end.

Mój kolega Janek znalazł kiedyś w czeluściach internetów gifa idealnego na podobne okoliczności.

Tak więc zmagamy się ze sobą. Bo skłonności do happy endów mają w nas, kobietach, równie głębokie korzenie, co chęć stania się Heroiną Równie Epicką, co Historia, w której się Uczestniczy. Jedne z nas wygrały parę bitew (bo wojna nie dość, że odwieczna to jeszcze wieczna – co by podbić poziom jej epickości, rozmachu, chórów w tle). Inne przegrały. Po czym ktoś je wydał. I szczerze mówiąc, nie wiem, komu bardziej zazdrościć, bo te wydane wcale na tym tak źle nie wyszły. W sensie finansowym. Pisałam już, że nie skreślam na wstępie autorek, których zdjęcie na okładce mylę z ilustracją ich powieści przedstawiającą główną bohaterkę bo, trzeba przyznać, że niektórym udało się napisać o sobie dość jawnie, ale bez jakiejś większej żenady. Np. Jane Austen. Tak, Jane była w tym całkiem niezła.

Ale niektórym się nie udało. Więcej, z tego, co mi donieśli męczennicy „Gry o Ferrin” – motyw jest powtarzany, ciśnięty, recyklingowany i z uporem mielony na nowo, nawet bez zadania sobie trudu, żeby wymyślić sobie nowe, wymarzone imię. Pani Anaelo. W dodatku godząc w dobre imię fantasy, gatunku literackiego, który w dobrych, pisarskich rękach, potrafi zrobić z ludźmi i ich spojrzeniem na świat cuda.

Są rzeczy, które można sobie napisać, ale naprawdę nie godzi się ich wydawać. Dla własnego dobra.

[I dobra innych, bo przecież słowa to odpowiedzialność – jadąc prawdziwym banałem]

A wiem co mówię, bo sama nie wydałam jeszcze nic.

____

P.S. Taką „Poczekajkę” dla gimnazjalistek (choć emocje bohaterów były szargane w o wiele mniejszym stopniu) napisałam, kiedy miałam 14 lat i dostarczałam ją koleżankom z klasy w odcinkach NA DYSKIETKACH (same chciały). Często zastanawiam się, ostatnio nawet na poważnie, czy przypadkiem tego nie wydać pod pseudonimem. Żeby mieć na chlebek.

Smutne to czasy jednak.

Rzadko biorę udział w łańcuszkowych zabawach, ale kiedy już biorę…

Coś mi musi pomiziać ego.

W tym wypadku pomiziała mi je Anna Maria z Wstaw Tytuł, która nominowała mnie do Liebster Blog Award. Nie dość, że wychwaliła to jeszcze zadała bardzo ciekawe pytania (tylko dlaczego odprawiła tego Cumberbatcha, to nie wiem).

Bo na tym to własnie polega: nominowany najpierw sam udziela „wywiadu” na swoim blogu, a później nominuje innych blogerów. Cytując:

„Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz innych oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował”.

No, i tak to się kręci.

Jako że przetrzymałam Annę Marię w niepewności już kilka dni, przechodzę do rzeczy. Także gdyby to kogoś interesowało (jak by co chciałabym, aby zagrała mnie Jennifer Lawrence):

[moment, w którym możesz zacząć scrollować k’dołowi]

1. W fabule wybranej książki/filmu możesz zastąpić jednego z bohaterów – wraz z całą sytuacją, w której ten się znajduje. Kogo wybierasz?

Bellę Swan. Z litości. Gdybym miała wybrać jeszcze kogoś, to Cienia z „Amerykańskich bogów” – z tego samego powodu, ale innych pobudek. Prosto z więzienia zawiozłabym go do jakiegoś domku w górach, żeby mógł nudzić się przez resztę życia i umrzeć ze starości.

To, że Gaimanowi mam ochotę przebić opony za to, co mu zrobił, to już wiecie.

2. Minimalistycznie czy kolorowo?

Zależy. Otaczam się kolorami, warstwami, piórkami i nie umiałabym utrzymać, ani tzw. imydżu, ani swojego otoczenia, w porządku minimalistycznym (aczkolwiek w każdej chwili mogłabym to wszystko rzucić i iść obrastać w „kolory” gdzieś indziej). Natomiast jeśli chodzi o pisanie, jest odwrotnie: obrazki, kadry i krótkie formy przychodzą mi z łatwością, o wiele bardziej muszę się napracować nad rozmachem. Podobno powinno być na odwrót.

3. Postać, której nie możecie ścierpieć?

A był ich Legion. Aczkolwiek na czoło pochodu wysuwa się Doktor Judym. Chyba dlatego, że był pierwszy.

Kiedyś myślałam, że denerwują mnie wszystkie laski Roberta Langdona i postaci płaskie (masowo produkowane przez autorów fantastycznych), które można określić w dwóch przymiotnikach, ale nie. Po prostu przejeżdżam po nich wzrokiem. Wspomnienie o Judymie powoduje, że chcę spoliczkować pierwszego napotkanego faceta i krzyknąć mu w twarz: „ogarnij się”, Capsem i z trzema wykrzyknikami na końcu.

4. Macie możliwość nabycia jednej, nadnaturalnej mocy. Co to będzie?

Posiadam wszystkie „nadnaturalne” moce, o których marzyłam. Oprócz jednej. Chciałabym umieć grać na czymś smyczkowym. Jest to dla mnie mniej, więcej tak samo osiągalne, jak zakupienie peleryny-niewidki na ebayu, więc proszę się nie śmiać.

5. Możecie sprawić, że wybrany przez Was pisarz (żyjący lub nie) napisze książkę z wymyśloną przez Was historią. Kogo wybieracie? Krótko –  co to by była za opowieść?

Nie rozumiem pytania.

Po co oddawać komuś swoją historię? Po co wynajmować ghostwritera do czegoś, co się umie zrobić samemu? To byłyby najgorzej zainwestowane pieniądze w historii ludzkości, zaraz po akcji CIA pod kryptonimem „Acustic Kitty”.

Nie, serio. Zostawmy Tolkienowi, co Tolkienowe, a Austen, co… Austen (Człowiek człowiekowi wilkiem, a Austen Austen Austen).. I vice versa (bo zaczęłam sobie wyobrażać, jak wyglądałby „Władca Pierścieni” napisany przeze mnie).

Za to chętnie wskrzesiłabym Tolkiena, żeby sobie jeszcze popisał trochę, dokończył, co miał dokończyć i powściekał się na Petera Jacksona. To byłoby zabawne.

6. Utwór muzyczny, który sprawia, że możesz góry przenosić?

A był ich Legion…

Staram się o nich tutaj pisać.

7. W życiu inspiracją dla Ciebie jest…

Ujmując rzecz w wielkim uogólnieniu jestem pewna, że te wszystkie pomysły pochodzą z tzw. „góry”, od Szefa Wszechmogącego. A On już sobie wybiera różne rzeczy, którymi mnie dźga do działania: ludzie, sztuka, podróże, niebo, rozmowy, publicystyka, scenki z warzywniaka, poniedziałki i piórka na chodniku. Jedna z moich notek (według wielu najzabawniejsza, jaką kiedykolwiek napisałam) była zainspirowana aktem (tak, aktem) kładzenia fug przez mojego ojca zwanego Wielkim Eduardem.

Jeśli natomiast chodzi o moje literackie grafomaństwo – cóż. Najczęściej po prostu przepisuję muzykę na słowa. Muzyka to jest chyba najlepsza rzecz, jaką wymyślił Szef Wszechmogący.

8. Jakiś film/książka stają się niezwykle popularne. Sprawdzasz od razu czy omijasz szerokim łukiem?

Czemu omijać? Jasne, że sprawdzam. Jak inaczej mogłabym się o tym wymądrzać w towarzystwie?

Tym bardziej, że nawet jakbym chciała, to trudno by mi było ominąć, bo po prostu muszę znać takie rzeczy. W sensie zawodowym.

9. Czy blog, którego aktualnie piszecie, jest pierwszym? Jeżeli nie, o czym był poprzedni?

Pierwszego bloga założyłam 12 lat temu (miałam 13 lat) i do dzisiaj się go nie wstydzę (!). Kilka razy zmieniałam adres i/lub platformę blogową, ale głównie z kaprysu, bo tematycznie zachowywałam ciągłość. Miało być „zabawnie o niczym”: często pojawiające się mini-felietoniki (które czasami przerabiałam na takie prawdziwe felietony i oddawałam pod prasę drukarską, co by podzielić się przemyśleniami ze swojej szesnastoletniej głowy z czytelnikami lokalnej gazety). Ostatni taki blog, „Improwizacja mniejsza”, umarł śmiercią naturalną. Wszystko było w porządku, kiedy głównymi bohaterami moich anegdotek byli znajomi i rodzina pojawiająca się pod pseudonimami. Trochę trudniej zaczęło się robić, kiedy w moim życiu pojawiły się osoby ze znanymi nazwiskami, znane instytucje i inne tam równe „znane” rzeczowniki. Nie umiałam tego ugryźć, żeby nie było plotkarsko – to raz. Miałam co raz mniej czasu – to dwa.

Po dwóch latach wróciłam na blogowe łono z audioibookiem, jako odskocznią od pisania o kulturze w „zawodowym”, publicystycznym tonie. Ale prawdę mówiąc, nie umiem sobie znaleźć w tej nowej blogosferze miejsca (bo tutaj wszyscy, czyt. Większość, chce być taka zawodowa i publicystyczna). I wspominam czasy z okresu Elyty Blog.pl jako złoty wiek blogosfery, kiedy było lekko i bez „ą”, „ę”, „ależ”. Coś jak dziadziuś na bujanym fotelu wspomina międzywojnie, kiedy panie nie ważyły się pokazać nogi wyżej niż łydka.

10. Czy Twoi znajomi, rodzina wiedzą o tym, że prowadzisz bloga? Jeżeli tak, to czy są Twoimi czytelnikami?

Wiedzą, ale raczej go nie czytają. No, może oprócz Mality, co czyta wszystko. I jej Pani Matki, która ostatnio pożyczyła mi „Gołebiarki”.

11. Nawyk, z którego jesteście najbardziej dumni?

Generalnie nie jestem dumna ze swoich nawyków. Ale kilka z nich lubię. Dzielę się jedzeniem z ludźmi. Jestem naiwna z wyboru. Nigdy nie wychodzę z domu bez książki (naprawdę nigdy). Cały czas słucham muzyki (nie wiem czy to jakieś zaburzenie, ale jak nie leci z głośnika, to głowie samo mi się coś odtwarza i to w trybie shuffle). Od 12 lat dzień bez pisania jest dla mnie wyjątkowym wyjątkiem poganianym wyjątkiem. Piszę kilka godzin dziennie. Ale to chyba nie jest nawyk, bo nie wyrabiałam go sobie. To jest odruch. Ja po prostu nie umiem się powstrzymać.

[moment, w którym możesz przestać scrollować]

To by było na tyle, a teraz to, na co wszyscy zawsze czekają, czyli „and the nominees are…”

1. Dżulia – która pewnie brała udział w Liebsterze milijon razy. Jak nie pociągniesz tego dalej, to się nie obrażę, spokojnie.

2. Malita, co czyta – która też już miała swojego Liebstera, ale nie ode mnie.  Wybacz za zawracanie głowy, ale są rzeczy, które muszę o Tobie wiedzieć.

3. Pani Piórko z in a bookworld.

4. eV, która ma tak piękny dizajn na blogu, że mam łzy wzruszenia za każdym razem, jak tam wchodzę.

5. Wielki Buk był nominował przez samą Wstaw Tytuł, ale ja chcę nominować Wielkiego Buka. Tup. Bo mogę. A nawet jak nie mogę, to robię to.

Pytania nadchodzą: 

1. W zasadzie po kiego grzyba piszecie bloga? Przecież z blogerów wszyscy się śmieją.

2.  Rozbudowana fabuła czy rozbudowane postacie? [jako że nie można mieć wszystkiego]

3. Kto jest autorem najlepszego dialogu ever, jaki przeczytałyście?

4. Nie będę pytać, czy najpierw książka, czy adaptacja. Zapytam o najlepiej zagranego / przeniesionego na ekran bohatera książki.

5. Literatura faktu, czyli jakie lubicie reportaże? Pozostawię to pytanie na wpół otwarte, żeby nie narzucać się zbytnio ze swoją definicją reportażu.

6. Wolicie książki świeże, pachnące i nowiutkie, czy przeczytane przez tłumy ludzi?

7. Co podjadacie, kiedy piszecie/ czytacie?

8. Bazgrzecie po książkach, czy papier jest dla was świętą ziemią, której grafit zbrukać nie może?

9. Książki waszego życia – top 3. Nie chodzi o te, które uważacie za wybitną literaturę, tylko te, które dotknęły was najmocniej.

10. Idziecie na spotkanie autorskie z pisarzem. Możecie zadać mu jedno pytanie (w czasie, kiedy on bazgrze wam po książce). Kim jest ten autor i na jakie pytanie się zdecydujecie?

11. W jakich najdziwniejszych/ najbardziej niebezpiecznych warunkach zdarzyło wam się czytać?

Widzisz, Dada, jakbyś prowadził dalej bloga, to byś dostał takie fajne pytania po raz trzeci. Taki armageddon. Żałuj.

…a wszystkim innym życzę dużo fanu przy pisaniu odpowiedzi. Macham łapką.

FIN

Co zrobić z książkami, kiedy nie mieszczą się już na półce?

Serio, nie wiem.

Ja swoje rzuciłam do kąta. W sensie dosłownym. Wymościłam im dywanikiem, ułożyłam w stosiki i tak zostawiłam. Niech udają awangardę. I rozmnażają się, oczywiście, jak mawiał biblijny klasyk.

Do tej pory miałam w swoim życiu dwa regały. Pierwszy zapełniłam w przedszkolu i podstawówce, ale wiadomo, że po tym czasie przychodzi okres dojrzewania, człowiekowi odbija i nie chce już czytać „Przygód kota Filemona” tudzież bajek Disney’a wydanych na pięknym, kredowym papierze. Zbiera więc to wszystko do pudeł (w spokoju zostawiając jeno Rowling, „Dzieci z Bullerbyn” i „Giganty”) i wynosi je na strych. Po czystce, w trakcie gimnazjum i liceum regał może spokojnie zarastać Tolkienem, lekturami szkolnymi z serii „Z opracowaniem”, francuską sensacją, Brownem, polską fantastyką, zagranicznym s-f z naciskiem na Dicka, buńczuczną Masłoską x2 oraz Siergiejem Łukjanienko. Chyba niczego nie pominęłam.

Gdzieś tak w połowie tych sześciu cudownych lat życia człowiek wpada na genialny pomysł, żeby

Sprzedać na allegro

te książki, które okazały się nie być tak zajmujące, jak obiecywał to opis na okładce i w ten sposób zdobyć miliony monet na kolejne tomusie (tym bardziej, jeśli ma się ograniczony budżet miesięczny ze względu na swoje marne 16 lat). Zakłada konto na allegro, gdzie odkrywa, że ludzie z jakiegoś powodu desperacko chcą przeczytać „Stację lodową” Reilly’ego. Więcej (!), są gotowi dać za tę pozycję dwa razy więcej pieniążka, niż człowiek uiścił pewnego razu w Trafficu podczas wspaniałych wakacji w Warszawie (które polegały głównie na piknikowaniu w empiku przy Marszałkowskiej i czytaniu książek za darmo pomiędzy regałami – tak, kiedyś tak się dało i nikt nie wyganiał, nawet jak siedziało się tam cały dzień i posilało kanapkami). Wolne miejsce na regale powiększa się. Tym bardziej, że kilka księżek udało się

Pożyczyć przyjaciółce. Na lata.

Wymiana książek z Ano była dla nas tak naturalna, jak oglądanie horrorów o ósmej nad ranem do śniadania („Zejście” o tej porze dnia jest tak mało zajmującym filmem, że człowiek zaczyna kibicować drużynie tych małych Gollumów). W tym okresie w zasadzie czytałyśmy to samo. Poza tym nie wstydziłyśmy się czytać we własnym towarzystwie, co dla mojej Mum było nie do pomyślenia (bo przecież gościa trzeba ZABAWIĆ).

[Jednak ostatnio odkryłyśmy, że dorosłyśmy i dzieli nas pół Polski, więc najwyższy czas oddać sobie to, czym się obdarzyłyśmy. I wróciła do mnie reklamówka pełna książek + bonusowy „Siewca Wiatru” (coś bardzo sentymentalnego dla mnie, ale o tym kiedyś).]

Półki, co prawda, i tak się zapełniły, ale nie odczułam tego zbytnio, bo wyprowadziłam się na studia i trzeba było

Kupić nowy regał.

…który obrósł genialnymi książkami akademickimi, spełniając moje marzenia o intelektualnej przygodzie na studiach (nie oszukujmy się, to było jedno z trzech kryteriów wyboru kierunku). Ale nie tylko, bo oprócz kontynuowania misji zarastania Tolkienem, w moim życiu pojawiły się reportaże, które z reguły są cieniutkie. Sytuacja była pod kontrolą do czasu, kiedy odkryłam krakowskie tanie księgarnie.

Regał był głęboki. Wystarczająco głęboki, aby

Ustawić drugi rządek.

I „daszki”. Ale i to rozwiązanie nie wystarczyło na długo, bo zgodnie ze swoim marzeniem z gimnazjum, zaczęto mi przysyłać kopie recenzenckie.

I tak książki trafiły do kąta.

Oczywiście zawsze można

kupić trzeci regał. I od razu czwarty.

Bo książki, które aktualnie znalazły się w kącie, spokojnie zapełniłyby ten trzeci od razu po wstawieniu do pokoju. Warto również dodać, że czwarty regał się już nie zmieści ergo, jeśli wstawię trzeci regał, to nie będę miała miejsca dla nowych, książkowych imigrantów. Ju noł.

Więc lepiej niech zostanie, jak jest.

P.S. …(Czyżby) Kupić czytnik?

Ee?… Nie. Jestem za młoda, żeby porzucić moje marzenie o posiadaniu biblioteki a’la Neil Gaiman.

Na tej półeczce pierwotnie miały być świeczki, płyty i pudełeczka z dziewczyńskimi bzdurkami-farfoclami (w tym zielonym jest na przykład pad i godzilliard kabli). Ale nie wyszło.

Czy powinnam odesłać książki Łukjanience?

Sprawa Ukrainy od początku protestu na Majdanie zajmowała mi bardzo dużo RAMu. Jeszcze więcej zaczęła zajmować podczas eskalacji konfliktu – doszły emocje. Obrazki z telewizji przeżyłam bardzo, a do egzaminów uczyłam się z lewą ręką na linku do odświeżania Twittera. Chciałam tam być. Fizycznie też.

Nie miałam złudzeń, co do mocy sprawczej zachodniej dyplomacji w tej sprawie (pole manewru wąskie niczym wenecka uliczka), ale z rosnącą frustracją czytałam wszystkie oficjalne oświadczenia jej przedstawicieli. Jednak protestujący na Majdanie nie zawstydzili tylko zachodnich struktur politycznych. Zawstydzili też mnie samą, jako osobnika wyrosłego w zachodniej cywilizacji, który za przysłowiowy telefon służbowy i karnet do multisportu będzie siedział cicho i scrollował kwejka. Nawet jak podwyższą Ci wiek emerytalny, ceny za benzynę, wprowadzą czesne za drugi kierunek i podpiszą ACTA… a nie. Jak będą chcieli ACTA podpisać to ruszymy na ulice, bo nie będzie się wtedy dało dalej scrollować kwejka.

Strona główna mojego Twittera jest spełnieniem wizji Plutarcha Heavensbee z „W pierścieniu ognia” o przepływie informacji w mediach Panem

Jaką będzie miała suknię? Chłosty. Jaki będzie wyglądał tort? Egzekucje. Kto będzie na tym ślubie? Strach.

Zdjęcia ofiar przemieszały mi się z opiniami na temat najnowszego odcinka „Arrow”, a doniesienia o posunięciach Rosji z komentarzami z Oscarów. Tylko tyle, że w tym wypadku nie czuwa nad nami żaden prezydent Snow.

Pan Siergiej ma u mnie swój osobny kopczyk.

Powyższe akapity nawiały mi spod palców, czego się chyba spodziewałam, bo nie wiem, jak mogłabym napisać o Ukrainie, nie ujmując tego wątku. A muszę napisać, bo temat wdarł się niespodziewanie w tematykę poruszaną w niniejszym skrawku sieci.

Siergiej Łukjanienko to jedyny rosyjski pisarz fantasy i s-f, którego jestem w stanie czytać bez prześmiewczego chichotu. I od gimnazjum robię to z wielką przyjemnością, bo świat, który stworzył w „Patrolach” jest jednym z najbardziej klimatycznych i kreatywnych, w jakich było mi się dane znaleźć (aczkolwiek „Ostatni patrol” wdaje mi się być słabym zakończeniem serii). I WTEM! czytam sobie na BookLips, o tym, co nawypisywał na swoim blogu.

Zaznaczam, że nie znam rosyjskiego. Jestem więc skazana na tłumaczenia fragmentów zawarte w newsach, których kontekst nie jest dla mnie ujęty zbyt jasno (jak to w newsach). Autor pisze o tym, że Ukraińcy obrażają jego ojczysty język – nie uściślono, w jaki sposób. Można się tylko domyślać, że to coś poważnego, bo zakazał tłumaczenia swoich książek na ukraiński. Nazwał ukraińskich pisarzy, którzy wspierają protest na Majdanie i piszą w języku rosyjskim „półgłówkami” – ale nie jestem pewna za co (za to, że wg niego są hipokrytami?). Dlatego jeśli ktoś z was ma dostęp do tłumaczenia wpisu Łukjanienki w całości – bardzo poproszę. 

Nie ma takiego kraju, jak Ukraina, i nigdy nie powinno być. To będzie albo część Rosji, albo polski protektorat.

To jest kluczowe zdanie, które wywołało najwięcej kontrowersji. Znowu wyrwane z całości, ale można domyślić się jego ogólnego wydźwięku po reakcji samych Ukraińców, którzy w ramach protestu zaczęli odsyłać autorowi jego książki.

Jak to uczą – pojęcie „naród” zdefiniować trudno. I dlatego trudno narodom udowodnić, że są narodem, szczególnie tym, którzy się ocknęli w przeciągu ostatnich 100-150 lat. Palestyńczykom wszyscy wytykają, że nie było mowy o narodzie palestyńskim, do póki za płotem nie pojawili się Żydzi wracający z diaspory. Ale pokażcie mi jeden naród, który wykształcił się bez czynnika „wspólny wróg”. Ponoć narodowi należy się własne, suwerenne państwo. Uważam, że są to rzeczy, których nie można ludziom odmówić, jeśli wspólnie i spójnie wyrazi gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swój własny los.

I przez „suwerenność” mam na myśli głównie suwerenność wewnętrzną (bo w stosunki międzynarodowe i tak jesteśmy wszyscy zakałapućkani na amen, co z resztą widać na załączonym obrazku z Obamą i Krymem w tle). I tutaj Palestyńczyków i Ukraińców łączy to, że po wywalczeniu tego kawałka ziemi dla siebie, sytuacja wymknęła się z rąk owego narodu i przeszła z ręce grupki ludzi, która niekoniecznie temu narodowi odpowiada. Jak to się mogło stać? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem dlaczego w naszym kraju od kilku kadencji rządzą osoby, na których nikt z nas nie głosował (bo przecież nie chodzimy na wybory) i wszyscy się z nich nabijamy. Na szczęście – tylko się nabijamy, a nie boimy się ich.

Jeśli dobrze zrozumiałam, Łukjanienko dziwi się Ukraińcom. Ja się nie dziwię, choć widziałam Ukrainę tylko „z wierzchu”, ale już w tych górnych warstwach było widać, jak  bardzo choruje środek. O korupcji i prawdziwej średniej krajowej opowiadali mi miejscowi. O „zniknięciach” i warunkach, w jakich żyją ludzie w wioskach – też. Sama, oprócz kilku okolicznych wsi (w sensie dosłownym „zabitych dechami”) widziałam tylko Lwów. Miasto, w którym jeździ się albo najnowszymi modelami aut prosto z salonu, albo zardzewiałą blachą na kółkach. W którym przed lśniącą witryną sklepu znanego projektanta stoi babuszka z bukietem kwiatków w ręce, które sprzedaje na sztuki. W którym wszystko jest albo śmiesznie tanie, albo astronomicznie drogie. W którym ludzie „z góry” mają galeony i niedźwiedzie w ogródku za kradzione pieniądze, a zwykli ludzie po wejściu do marszrutki, nawet z końca busika przekazują przez współpasażerów hrywny za przejazd do kierowcy. I nikogo nie trzeba pilnować.

Tam nie było nic pośrodku. Były tylko skrajności. Dlatego uważam, że ewidentnie nie było tam dobrze. I dziwię się Panu Łukjanience, że dziwi się protestującym Ukraińcom. I że jeszcze ich obraża. Ludzi, którzy, jak już wspomniałam, zdołali zawstydzić Zachód i pokazać, że cierpi na chroniczne glinostopie.

Czy w takim wypadku wolno oddzielić osobę autora od (dobrej) literatury, która napisał? Czy należy się tylko dziwić, że „taki fajny autor, a taki dziwny człowiek”? Czy należy wyrzucić ze swojej biblioteczki wszystkich tych, którzy byli np. zadeklarowanymi antysemitami? Czy tylko wystrzegać się zakupu „Mein Kampf”?

A może zrobić coś zupełnie  innego?

Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

Z cyklu: trudne wyznania.

34de2ca8488111e3b55122000a1f9be7_8
Myszkovska (l.20-ileśtam). Twierdzi, że kocha swój parapet.

Trudna jest to miłość, bo niewygodnie, ale za to niezmiernie romantycznie.

Nie wiem kto jest winiem mojej słabości do czytania na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych. Prawdopodobnie wszyscy filmowcy, którzy umieszczali w swoich filmach przekaz nie do końca podprogowy, ze czytanie na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych jest osoom, i każdy fajny bohater, który później okazuje się głównym, to robi.

„Listy starego diabła do młodego” pewnie czyta.

To jest taka czytelnicza wersja „Cool guys don’t look at explosions”. Serio.

Swój parapet w Krakowie lubię, ale raczej głęboką nocą, kiedy Szalom Awenju na chwilę przestaje się tłuc milijonem aut, tramwajów i autobusów. Ale w lipcu, o trzeciej nad ranem nie ma lepszego miejsca do kontemplacji przysłowiowego życia, śmierci i gier RPG. To też mój ulubiony czas i okoliczności na pisanie, grafomanienie bezwstydne o moich własnych, prywatnych światach i innych tego typu bzdurkach.

Filmowcy wam tego że pokażą, ale kiedy zapalasz lampkę przy otwartym oknie o trzeciej nad ranem w lipcu, możesz się spodziewać stad irytujących ciem o skłonnościach samobójczych roztrzaskujących się o żarówkę, która niezbędna ci w procesie czytania. Więc, czytasz, powiedzmy, do czwartej, a do piątej wyrzucasz z pokoju nabyty niechcący inwentarz.

(w przypadku gałęzi jest tak, że zaraz oblezą cię pająki i skorki, a w rdzeń kręgowy wbijać ci się będzie wyjątkowo irytująco wypukły kawałek kory)

ec53442248bd11e3a82a1204e629ce97_8Naprawdę nie rozumiem tej swojej trudnej miłości, ale pewnie wynika to jakichś typowo kobiecych kaprysów serduszka. Na parapecie na przykład (tym w stronach rodzinnych, nie-krakowskich) pochłonęłam bite 500 stron „Czasu Żniw” Samanthy Shannon, jeszcze w listopadzie, w czasie bardzo krótkim, bo spieszno mi było przed wylotem.  Z tempem nie było problemu, bo książka należy raczej do lekkich, łatwych i dziewczęcych. Nie jest to może poziom „Igrzysk Śmierci” (których zawsze w towarzystwie bronię i na siłę wywlekam z szufladki „lekkie czytadełka dla gimnazjalistek”), ale też nie jest to rzecz nad którą załamywałam ręce z rozpaczy.

Z literaturę dla kobiet (tych starszych i młodszych) traktuję z pewną dozą wyrozumiałości. Nie tylko dla autorek (których zdjęcie na skrzydełku często mogłoby być ilustracją przedstawiającą główną bohaterkę, ale trudno mi jest w nie rzucać za to kamieniem, bo dobrze wiem, jak trudno jest się oprzeć pokusie w tej sytuacji), ale przede wszystkim dla samej siebie. Nie ma co ukrywać – może i bawiłam się karabinami, moje lalki musiały przeżyć nie jeden pożar/ eksplozję/ porwanie, a moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan (no, i ostatnio Obi van Kenobi) ALE. Ale wzdychało się czasami. W dawnych czasach podstawówkowych nad „Dziewczyną Ameryki” Meg Cabot na przykład. A i teraz nad Jane Austen nie raz („You transfix me quite”). Wzdycha się. W momentach tak literacko naiwnych, że gotowa jestem się do nich przyznać tylko Malicie, która czyta.

Nad „Czasem żniw” nie wzdychałam co prawda, ale jestem w stanie zrozumieć, że można. I nie protestuję, kiedy ktoś wydaje książce dobre recenzje (aczkolwiek porównanie do Matrixa i Dr Who ze skrzydełka to chyba lekka przesada; z gatunku tych mocnych; albo lekkich świętokradztw). Tym bardziej, że stylem autorka się wybija, a i wyobraźni trochę wodze popuściła. Momentami sięga do motywów i rozwiązań dość banalnych, ale potrafi je bardzo ładnie ubrać w słowa (karty tarota na przykład). Doceniam to.

To, co jednak dotyka mnie w tej książce najbardziej, to jej osobisty charakter. Czego dowodzi lista przebojów w aneksie, przy których autorka pisała swoje dzieło. I wiersze Johna Donna. I, oczywiście, zdjęcie Smanthy na skrzydełku. To jest zawsze dla mnie największy problem, jeśli chodzi o literaturę kobiecą/ dziewczęcą. Że trudno jest mi oceniać te twory jako dzieło literackie – owszem można odnieść się do uniwersum (które mnie nie oczarowało raczej), stylu czy fabuły, ale jeśli chodzi o rzecz najważniejszą (choć w tym wypadku jednak drugoplanową), czyli bohaterów i ich relację to trochę tak, jakby oceniać ją samą, jej sedno  i jej wśrodek. Jako kobietę, nie gryzipiórka. Można mówić o rozdziale dzieła od autora, ale czasami czyta się książkę i czujesz, że niektóre jej wątki są wbudowane w autora tak bardzo, że przestają być tylko i wyłącznie l’art pour l’art.

Staram się stąpać po takich książkach bardzo ostrożnie.

A czego wtedy słuchałam? Nie, nie listy przebojów, która autorka dołączyła w aneksie. W głośnikach (Myszkovska, l.20-cośtam. Twierdzi, że kocha swoje radzieckie głośniki wielkości stołka barowego) miałam to:

Uwielbiam SoundQ. Zakochałam się już w czasach EPki, w „Elephants’ Graveyard” konkretnie. Ukazanie się Long Play’a zwanego „Barbarians” bardzo mnie ucieszyło, a za pożyczenie krążka muszę podziękować Jankowi, który w naszym radiu prowadzi audycję dla malkontentów. On jest taki typ Trójkowy, wiecie. Dużo muzyki i dużo gadania o muzyce. I dobry gust ma. Czasami.

Po bardzo pracowitym styczniu mam kilka dni wolnego, więc czym prędzej rzuciłam się do domu rodzinnego odpocząć chwilę i nadrobić robotę, która mi się mocno nawarstwiła – w tym szczotkę „Długiej wojny” Pretchetta-Baxter, którą ofiarowano mi w celu napisania czegoś na Hatak.pl. I w końcu doznałam samo uświadomienia w kwestii nowego Wiedźmina (o czym napiszę). I, co by dokończyć obnoszenie się z osiągami, przeczytałam też „Wielkiego Gatsby’ego” z mojej listy postanowień noworocznych (o którym nie wiem czy napiszę cokolwiek w najbliższym czasie, bo Fitzgerald porzucił mnie smutną i w żałobie).

I to wszystko na parapecie właśnie. Twardo i cierpną nogi czasami, ale nic to, skoro za oknem potrafi być tak, o. Po babsku romantycznie.

201f8dc448be11e38fa71247c1292a16_8ddf54d7e6d8611e3b330122dbaf13212_8

Ale fotel też mam tutaj bardzo fajny.

kolejka kosionrzkoffa.txt na 2014

…czyli książki, które zawsze chciałam przeczytać, ale jakoś się nie składało.

Jest takich mnóstwo. Od liceum mam na swoim komputerze plik o przeuroczej nazwie „kolejka kosionrzkoffa.txt”, w który regularnie wpisuję tytuły „Przeczytaj zanim zejdziesz z tego padołu”. Rzadziej coś z niej wykreślam, bo wpisuje tam książki raczej trudne, długie, niemodne, prastare w swym charakterze. Postanowiłam wybrać z tego zacnego grona pięć, które niniejszym czynię moimi postanowieniami noworocznymi.

I tak.

1. „Robot” – Adam Wiśniewski-Snerg

Pamiętam, jak w dobie mojego Okresu Matrixowego (który tak naprawdę nigdy się nie skończył) przeczytałam gdzieś, że scena, w której Neo zatrzymuje kule była wzorowana na prozie naszego, rodzimego autora s-f. Pamiętam, że na pierwszy roku studiów nawet „Robota” zdobyłam i zaczęłam czytać, ale zupełnie nie pamiętam, czy udało mi się skończyć. Ciężkie to było. W tym roku podejście drugie. Tylko najpierw muszę gdzieś to dzieło zdobyć.

2. „Wielki Gatsby” – Francis Scott Fitzgerald

Jest modny. Z jakiegoś powodu (Ach, ten Baz Luhrmann i jego czarujące, teledyskowe podejście do kinematografii…). Mam ochotę przeczytać jednego z tych Amerykańskich Wielkich, a po wysłuchaniu fragmentów „Skowytu” Ginsberga, nie wiem czy do niego dorosłam. Padło na Fitzgeralda.

3. „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Jan Potocki

Ja sama znalazłam ów „Rękopis…” w krakowskim antykwariacie. Wydanie ekscytująco antyczne. W imię idei książkowego szafiarstwa zrobię zdjęcia i wam objawię. Z dziubkiem, z przeprostem, z rąsi nawet.

4. „Tristan i Izolda” – wydanie Biblioteki Narodowej

Jedna z tych rzeczy, które chciałam przeczytać jeszcze w liceum, a nie miałam na to czasu (bo „Potop”). Poza tym kroi mi się w głowie pewien gryzipiórczy pomysł i potrzebuję.

5. „Pieśń o Nibelungach” – w przekładzie Andrzeja Lama

W tym przypadku nie jest ważne, DLACZEGO chcę to przeczytać. Ważne jest, czy będę wtedy słuchać Wagnera.

Jak można się domyślać powyższa piątka jest tylko suplementem diety. Reszta zostaje po staremu i nadal się będę książkami obżerać i doprawiać muzyką. A czasem nawet vice-versa.

Mawiają, że proszenie o autograf jest mocno nieprofesjonalne. Cóż. Do póki nie jest nieetyczne…

[poza tym] Ach, co to był za rok! Kto wie, być może najzacniejszy rok mojego życia. Szczególnie pod względem około-muzycznym. ALE! Zestawień robić tu nie będę, bo nie uważam, żeby uwiązywanie muzyki w konkursy piękności było jakkolwiek zasadne albo pomocne. Chodzi bardziej o moje muzyczne przygody w prawdziwym życiu, takim na zewnątrz słuchawek. Przeżyłam kilka pięknych festiwali i koncertów: Varese Sarabande na Transatlantyku, „Matrixa” na FMF, trąbki i werble Jamesa Hornera na Koncercie Muzyki Filmowej, czarującą Koteluk, Siddharta – czyli słoweńska miłość z liceum, czy genialnych Orphaned Land. Nie mówiąc już o dźwiękach Jerozolimy o zmierzchu w szabat. Muzyka jest ważna, ale ważni też są ludzie. Dlatego podwójnie wdzięczna jestem za możliwość rozmawiania z artystami na temat tego, co tworzą. Artyści to niesamowite istoty.

[jeszcze bardziej poza tym]A dzięki Donowi Davisowi („Matrix”) i Marco Beltramiemu („World Waz Z”, „Wolverine”) udało mi się polubić moje imię – okazało się, że zagraniczni kompozytorzy reagują na nie z wielkim ożywieniem i sympatią, co pięknie łamie lody przed rozmową pod dyktafonem. Całe życie wpajano mi, że mam imię po małych, greckich, fioletowych wiechciach. Tymczasem Panowie Kompozytorzy zawsze kojarzą je z tym, co jest najbliższe ich serduszku – altówką. Totalnie zmieniło to mój sposób myślenia w tej jakże niefundamentalnej dla ludzkiego istnienia kwestii.[/jeszcze bardziej poza tym][/poza tym]

…czego i Wam życzę.

Kilar

1425357.3Niewielu wie, że zaproponowano mu napisanie ścieżki dźwiękowej do „Władcy Pierścieni” (zgodził się skomponować muzykę tylko do pierwszej części trylogii – dlatego dzisiaj w głośnikach gra nam Shore). Pisał walce, które rozmiękczały serca. Jest autorem ponadczasowego hitu wszystkich studniówek, który zastąpił (chyba na wieki, wieków, amen) polonez „Pożegnanie Ojczyzny” Ogińskiego. Mistrz klawiszy. Zawsze wiedział, kiedy dać chwilę moim ukochanym klarnetom. Cudownie było usłyszeć jego muzykę na żywo rok temu w krakowskiej Hali Ocynowni, na koncercie z okazji jego 80. urodzin.

Trzeba wymienić „Trędowatą”, „Cwał” i „Pana Tadeusza”. Trzeba napisać o „Dziewiątych wrotach” i fenomenalnym „Draculi”.

Mój Kilar to „Pianista” i temat z „Bilansu kwartalnego”. Klarnet i fortepian.