TEN moment każdej wojny

  • SŁOWA: SUZANNE COLLINS, „KOSOGŁOS”; VICTORIA AVEYARD, „CZERWONA KRÓLOWA”
  • MUZYKA: PETER & JACOB „THE RED QUEEN”; „HUNGER GAMES: CATCHING FIRE OST”

Zaczęło się od piosenki.

Choć jeszcze wcześniej był telefon od kolegi z wydawnictwa, który zapytał, czy może podrzucić mi powyższą. Puenta rozmowy była taka, że owszem, może, razem z książką (ha, ha).

Lubię tę nową modę opakowywania książek w jakiś kolorowy marketing, bo jest na ambitnym poziomie (jeszcze, za kilka lat pewnie sprowadzi się do wkładek z reklamami wklejonymi między treść). To znaczy takim, że nawet jeśli sedno, czyli literatura, okaże się średnio interesująca, to nadal nie czuję się oszukana, bo opakowanie mi to rekompensuje (jak w przypadku „Endgame”). Wtedy cieszę się kreatywnością ludzi od promocji, po prostu. Zdolne chłopaki i dziewczyny z Otwartego wpadli na pomysł, żeby w Polsce promować książkę muzyką, w dodatku cudownie gitarową, uzupełnioną bardzo ładną animacją. I tak powstała piosenka Petera & Jacoba, którą wrzuciłam sobie na respirator mp3 i tak sobie chodzimy razem od jakiegoś czasu.

…kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „Czerwonej królowej” na mojej twarzy pojawiło się wielkie skrzywienie, bo liczyłam, że będzie to YA, które przyniesie zaszczyt gatunkowi. Podobne uczucie szarga mną w momentach, kiedy zakochuje się w ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, a później oglądam go w kinie i obraz nie trafia do mnie już tak bardzo. Dla pewności zajrzałam na blog Dżuli, żeby przeczytać jej recenzję i okazało się, że jej myśli w temacie ją odwrotnie proporcjonalne do moich, a wszak Dżuli dobra jest w te klocki. Aż przestraszyłam się, że po prostu gorzknieję w starości i już nigdy nie będę mogła przeczytać żadnego YA z myślą „O, jakie to dobre”. Tylko zawsze będę szukała drobiazgów (?), do których można się przyczepić, a na Twitterze będę prowadzić żałosną krucjatę „Czy naprawdę wszyscy to łyknęli?”.  Że niby jestem taka mądra, dorosła i światła.

Mam niezwykle duże wymagania względem gatunku, bo rozpieściła mnie Pani Collins. Niezwykła Pani Collins.

Chwyciłam więc powtórnie za „Igrzyska śmierci”, które prawdziwie mnie dotknęły, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest taka, jak ją zapamiętałam, czy po prostu przeczytałam ją w idealnym momencie życia, i trochę ją przez to idealizuję. Wyszło na to, że to naprawdę mądra książka. I cenna. A mój problem z „Czerwoną królową” leży głównie w tym, że te książki w ogóle ze sobą porównuję.

„Kosogłosa” czytałam w okolicach premiery adaptacji „Igrzysk śmierci” (tak, najpierw było kino, później książka, nie jestem purystą w tej kwestii). W głośnikach leciało „Sarvation” Thomasa Bergersena, a mnie, ze strony na stronę, każde zdanie zaskakiwało co raz bardziej, bo docierało do mnie, że

„Igrzyska śmierci” to nie jest książka rewolucji. Ani o zwyciężaniu złych przez tych dobrych.

Nie jest to książka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie jest to książka o tym, że miłość do rodziny czy „tej drugiej połówki” wszystko zwycięży. Nie jest to książka o słuszności i pięknie walki, nie usprawiedliwia ona agresji, ofiar i wojny. Nie jest to książka, która powie wprost, czy gra była warta świeczki. I choć nie jesteśmy do takich treści przyzwyczajeni i nie tego spodziewaliśmy się po YA, to gdzieś w środku czujemy, że właśnie tak to wszystko działa. I że jest w tym prawda.

Po lekturze wielu stron opasłych, akademickich podręczników od historii, reportaży, artykułów i wywiadów, po analizie danych, dat, cytatów, po rozmowach z żołnierzami i aktywistami, po tym, jak na placu Rabina wyzywano mnie od zdrajców i najgorszych, bo (w sensie cielesnym, nie ideologicznym) stałam po przeciwnej stronie barykady dochodzę do wniosku, że w każdej, nawet najszlachetniejszej ideologicznie wojnie w końcu ktoś wypowiada te słowa:

Niestety.

Może kiedyś wyśmieję ten akapit, ale dzisiaj, na świeżo po przeczytaniu „Kosogłosa” po raz drugi wydaje mi się, że scena, w której siódemka ocalałych zwycięzców głosuje w sprawie zorganizowania ostatnich Głodowych Igrzysk tłumaczy jakiś straszny mechanizm tego świata.

[!] I jeśli scena w filmie zostanie zmieniona albo pominięta, pogłębi się moja nieufność w stosunku do amerykańskiej kinematografii tzw. boksofisowej.

Jest w tej książce niewymuszony morał, bez rozpisywania recepty na to, jak POWINNIŚMY postępować, co często zniechęca, bo przecież jako przedstawiciele najmądrzejszego (aha) gatunku na tym ziemskim padole, nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza. „Igrzyska śmierci” punktują nam grzechy, ale bez wytykania ich, bez głośnego obśmiewania, a nawet bez usprawiedliwiania ich. Jedynym elementem oceniającym czyny bohaterów są ich konsekwencje.

I za to bardzo cenię Suzanne Collins.

 

Reklamy

Dlaczego Żulczyk

No, właśnie.

Skoro w jego książkach na kilkuset stronach rozmazany jest koncentrat całego zła tego świata. Gdybyśmy spotkali jego bohaterów na ulicy, odróciliśmy wzrok, żeby tylko nas nie zauwazyli i nie zapamiętali, a kiedy czytamy o nich w ksiązkach – mamy ochotę ich przytulić i wmówić, że życie jeszcze może się ułożyć jak w bajkach Disnay’a (ba! że każdy ma do tego prawo). Dlaczego Żulczyk, skoro masakruje wszystkie rzeczy, w które chcemy wierzyć (bo wychowaliśmy się na w/w bajkach).

Skąd on mi się bierze skoro jego bohaterom nie wychodza rewolucje, miłość im nie wychodzi, nawet biznes.

Cięcie.

Jakie te teksty są… nie do końca dobre. Słucham tej płyty po latach pięciu i wychodzi na to, że nie jest spójna w żaden sposób. Najpierw teksty o balowaniu pod wpływem, a później o dziecku z miesiem w rączkach. Nie mówiąc już o tym hymnie uwłaczającym heroinie.

No, ale NELL poznałam na koncercie juwenaliowym w Żaczku, wiec to studenci, jeszcze jedną nogą w garażu.

Cięcie.

Wchodzi im za to wiele rzeczy. Kokaina na przykład.

Żulczyk dlatego, że zawsze, kiedy go czytam, czy to jest „Radio Armageddon”, czy „Ślepnąc…”, czy jakiś thriller dziejący się na krakowskich alejach („Instytut”) to za każdym razem mam wrażenie, że ktoś przetłumaczył te książki z polskiego na mój osobisty język, moją poetykę i moją wrażliwość na tekst. To jest język, którym myślę, kiedy akurat myślę po polsku, piszę nim, kiedy akurat nikt nie patrzy i język, który gwarantuje, że będę się zaczytywać w książce nim napisanej, niezależnie od treści.

Nie znam takiej Warszawy. Nie znam nawet takiego Krakowa. Nie znam taki ludzi. Fakt, że mogą istnieć moja wyobraźnia umiejscawia gdzieś na tyłach, bliżej fikcji literackiej. Aczkolwiek przyznać muszę, że po czterech miesiącach w stolicy nadal mam wrażenie, jakbym patrzyła na wielką fasadę, jakbym przemieszczała się po planie filmowym wypełnionym scenografią ze styropianu, tektury i papier mache. Jeśli już się tak sobie zwierzamy, póki co nie czuję, żeby za tą fasadą ukrywało się coś więcej.

Może to i lepiej, bo gdybym poczuła to ciężkie, ciemnem bijące serce, o który pisze Pan Żulczyk, to mogłoby mi nie być tak dobrze tutaj. Może faktycznie lepiej nie wychodzić poza scenografię.

Cięcie.

//media.myspace.com/play/song/impossibly-true-live-at-pr3-70777378-77913381

Cięcie.

Wojna. Ach, to ty

Dużo czytam na temat wojny. Jeszcze więcej wojny oglądam, najchętniej w wydaniu izraelskim (nikt nie kręci takich filmów wojennych jak oni). W sensie metaforycznym czasami wojny słucham, najczęściej w wydaniu heroicznym i podniosłym, prosto z katalogów Audiomachine, czy Two Steps from Hell.

[!] Choć ostatnio udało mi się też usłyszeć ją na żywo. Z dość bezpiecznego dystansu, ale to wystarczyło, żeby poznać różnicę pomiędzy wybuchem fajerwerku, rakiety i granatu hukowo-błyskowego. Fajerwerki słyszą tylko uszy. Granaty są słyszalne też przez żołądek, kości i płuca, które na chwilkę zatrzymują się w bezdechu. Rakiety są transmitowane przez całe otoczenie, trzęsą się od nich ściany i ulice, a to wszystko przy wtórze syren. Do których idzie się przyzwyczaić. Ale dopiero za trzecim razem, bo za pierwszym i drugim rączki jeszcze się trzęsą.

[!] [!] Nie wiem, gdzie byliście na wakacjach, ale ja byłam w Izraelu.

[!] [!] [!] Przy okazji podrzucam trzy linki do „Tygodnika…” – nie dlatego, że moje, tylko dlatego, że to ważne. Bo jeśli Gaza płonęła, to Zachodni Brzeg wrzał. Raz, dwa i trzy.

Często mówi się, że pisarzowi najlepiej wychodzi opisywanie tego, w czym sam uczestniczył. Że jeśli chce się coś opisać wiarygodnie, to czasami trzeba dostać w szczękę, zjeść robaka i strzelić sobie młotkiem w palec. Pewnie tak. Natomiast nie wiem, czy ta sama zasada działa w przypadku wojny. Wszyscy, którzy ją widzieli, zazwyczaj nie mówią o niej ani opisowo, ani literacko, ani nawet dużo. Wszyscy byli żołnierze, z którymi rozmawiałam na ten temat wypowiadają się dość lakonicznie. Możliwe, że nie mają pomysłu, jak to opisać (wszak to trochę tak, jakbyśmy starali się wytłumaczyć staremu Aborygenowi czym jest bankomat). Możliwe, że tego po prostu nie da się opisać słowami. Właściwie z moich ostatnich obserwacji wynika, że o wojnie opowiada się głównie spojrzeniem i powściągliwymi gestami.

Czy w takim razie wierzyć pisarzom? Nawet reportażystom? Bo tym, którzy opisali wojnę jako rzecz podniosłą i honorową nie wierzymy już dawno. Sapkowski nas tego nauczył, do spółki z Ziemiańskim, że wojna jest brzydka, nie ma w niej nic bohaterskiego i chodzi głównie o to, żeby przeżyć. A jak się uderza mieczem to tak, żeby ranić, a nie jakieś tańce odstawiać, które świetnie zaprezentują się w slow motion w adaptacji filmowej.

Piszą o „szczęku stali”, „huku” i „chaosie pola walki”. Jest parę „przeszywających wybuchów” i „grunt trzęsący się pod stopami”. No, i „świst ostrza”, „klekot karabinu” oraz „wrzask rannych”. Im więcej czytam tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli chodzi o wojnę, to przepisujemy siebie nawzajem. Bo często jedyna wojna, w jakiej uczestniczyliśmy, to bitwa o Helmowy Jar, hemingwayowska wojna domowa w Hiszpanii i rebelia w Panem. Nie znając nic innego, trochę odbijamy z odbitki.

Cóż, jakoś trzeba sobie radzić. I tak wszystko sprowadza się do tego, czy czytelnik nam uwierzy, czy nie.

Zdjęcie z serii: no, nie wyszło zbyt ostro, ale zawsze można udawać, że to artyzm.

Ostatnio, jeszcze przed wyjazdem do Izraela przeczytałam króciutką książeczkę o wojnie/ walce. Ma to może ledwo ponad 200 stron, ale napisane jest tak niesamowicie sugestywnie, że długo nie wychodzi spod skóry. „ALL YOU NEED IS KILL” Hiroshi Sakurazakary, pięknie przetłumaczone na „Na skraju jutra”.

Proszę nie krzyczeć, że film był słaby. To znaczy można, bo faktycznie był. I kompletnie nielogiczny (zakończenia nie kumam do dzisiaj). Dodatkowo, barbarzyńsko nie pokazał tego, co w książce było najlepsze.

Po pierwsze – był niesamowity morał.

Po drugie – inspiracja (w posłowiu).

Po trzecie – narracja. W której dzisiaj rozpoznać mogę ten charakterystyczny styl opowieści: konkretny, pełen skondensowanego sedna. Czasem słyszę ten ton weterana „No, tak było, to był mój zwykły piątek, myśl, co chcesz”. I język pełen, slangu, określeń sytuacyjnych i nieszablonowych porównań.

No, i po wielkie czwarte. Kiedy czytałam początkowe sceny z pola bitwy napisane jako wspomnienie perspektywy zielonego rekruta, wszystko wokół mnie drżało, trzęsło się i wywoływało drżenie rąk.

Może odbiór spotęgowało to, co miałam w słuchawkach. „Battle cry”, Imagine Dragons.

Piosenka z niezwykle przeładowanego eksplozjami i akcją „Transformers 4”. Promująca (albo inaczej: creditsowa) i zarazem bardzo dobry temat przewodni, który od czasu do czasu, wariacjami pojawia się w filmie, pompując go nieco tonem wzniosłym. Kiedy jednak obierze się ten utwór z Ojca Gotowego się Poświęcić, Walki do Ostatniego Tchu i innych rzeczy, które z upodobaniem kserujemy (albo, w tym konkretnym przypadku, autoplagiatujemy z „Armagedonu”) – jest emocjonalnie w mniej heroicznym tego słowa znaczeniu.

Pomyślałam sobie, że może wcale nie trzeba sobie tym młotkiem w palec trzasnąć, bo ani Imagine Dragons, ani Hiroshi na wojnie nie byli (nie licząc strzelanek na konsoli). Jednak na pewno trzeba coś przeżyć.

Książka na mentalny jet lag

Mój problem polega na tym, że wcale nie wróciłam.

Kiedy wyjeżdżam zawsze mam przy sobie odtwarzacz z moim kawałkiem muzyki, ale tak naprawdę rzadko go słucham. Nawet, jeśli mam założone słuchawki na uszy (świetny sposób na to, żeby w TLV móc nadal podsłuchiwać miasto i spokojnie przechodzić jego ulicami bez odpowiadania tysiąc razy na pytanie „skąd jesteś?”, które podszyte jest nadzieją na romans z turystką z Ejropy). Za to staram się zawsze jakąś muzykę  przywieźć sobie na pamiątkę. Tym razem mój Izraelski Przyjaciel podzielił się ze mną Panem Avishaiem Cohenem. Jazzmanem. Proszę bardzo, oto dowód: powyższa piosenka w wersji podstawowej.

Muzyka i spotkania z miejscowymi to dla mnie najcenniejsze pamiątki, jakie mogę sobie przywieźć z podróży. Nawet nie widoki wyryte w pamięci, czy zdjęcia. Chyba rzadko potrzebuję turystyki: zwiedzania kościołów, wypisywania pocztówek, odpoczynku na plaży i robienia sobie zdjęć „na tle”. Z resztą tego ostatniego nie uskuteczniam wcale. Często śni mi się pustynia, rozmowy przy mocnej herbacie z miętą i łazęga. Taka, o jakiej pisze Raja Shehadeh w „Palestyńskich wędrówkach”, którymi leczyłam swój mentalny jet lag po powrocie.

Nie da się zrozumieć (ani tym bardziej osądzić – gdyby ktoś miał tak irracjonalne ambicje) tego skrawka Palestyny, na którym w 1948 roku powstało Państwo Izrael, po przeczytaniu najgrubszej nawet książki, najdokładniejszego przewodnika (którymi raczej gardzę), po zaczytaniu wszystkich możliwych reportaży. Jest to zjawisko tak złożone, osobiste, wrażliwe i zapalne, a logika tego miejsca jest dla „zachodniej” mentalności tak orientalna, że chyba należy przyznać rację Panu Smoleńskiemu – że jesteśmy w stanie tylko rozmawiać z konkretnymi ludźmi i opowiadać ich historie. Indywidualnie polerować każdy kamyczek tej mozaiki, nie ważąc się na jakieś uogólnienia. A przynajmniej ja na chwilę obecną nie jestem na to gotowa.

Mentalny jet lag zapija się koszerną kawą z kardamonem.

Zanim Raja Shehadeh porozmawiał z Pawłem Smoleńskim (obacz: „Oczy zasypane piaskiem”), sam opisał swoją historię na tle tej większej, o której czytamy w podręcznikach. „Palestyńskie wędrówki” to pierwsza książka tego autora, która wpadła mi pod oko, za to w idealnym czasie. Kiedy ciałem i główką musiałam być w 100% w okołokinowej pracy, a serduszko z myślą, korzystając z chwili wolnego, często uciekały na szczyt Masady, stary szuk i dachy Jerozolimy. Zatem dobrze było mi chodzić sobie z Panem Shahadehem, oprowadził mnie tu i ówdzie, opowiedział jak parę Ważnych Spraw wygląda z jego perspektywy (palestyńskiego prawnika) i z wyrozumiałością dla mojego mentalnego jet laga ugościł mnie u siebie. Dzięki jego wrażliwości na krajobraz i umiejętność jego opisywania łagodniej przeżyłam zderzenie z nawałem roboty, codzienności i zimnego deszczu.

Dwa tygodnie po powrocie spotkałam się z moją Przygodną Towarzyszką Podróży. Okazało się, że leczyła mentalny jet lag tą samą książką.

P.S. A Mark Twain, czego Shahadeh nie omieszkał mu wytknąć, pisał tak:

10296650_1476527432581879_1425851474_n

O ile z opisem Morza Martwego się zgodzę połowicznie (ostrość, kontrasty, jaskrawość, która zaskakuje człowieka tak, że pyta Boga, czy przypadkiem nie przesadził z retuszem koloru w tym miejscu) o tyle Jezioro Galilejskie, wzgórza, doliny widziałam zupełnie inne niż Pan Twain.

Można nie kochać Wiedźmina. Za to piszczałki trzeba

Nie mam nic przeciwko pisaniu dla kasy, o ile owo pisanie jest (przynajmniej) tej kasy warte. Także nie fukałam po usłyszeniu wiadomości, że Sapkowski postanowił uraczyć nas uzupełnieniem sagi o Wiedźminie. Bardziej ciekawa byłam, jak autor wybrnie z tak niezręcznej sytuacji (bowiem niezręcznie robiło się przy czytaniu czyichś anonimowych komentarzy o tym, jak „Żmija mu nie wyszła, a wódka przecież kosztuje”).

Nie jestem jakimś wyznawcą Sapkowskiego. Podoba mi się świat, który stworzył w „Wiedźminie”, podoba mi się fundament mitologiczny. Lubię go też jako gryzipiórka – dialogi, które pisze i dynamiczną formę. Nie pałam wielkim uwielbieniem do bohaterów, których sobie obiera na pierwszy plan (szarość, praworządna neutralność starająca się zachować równowagę, nie opowiadając się po żadnej ze stron? Hm. Nawet sam Sapkowski się z tego nabija w trylogii husyckiej), ale nie jestem w stanie przejść obojętnie obok postaci drugoplanowych.

Do dzisiaj pamiętam pełne nazwisko Cahira. Parę razy udało mi się zaszpanować tym w towarzystwie.

I choć Sapkowski nie dźgnął mnie palcem w serduszko, to dźgnął mnie na pewno w główkę. Nie przez swoich bohaterów, a swoja własną, autorską osobę. Właśnie podczas czytania jego tworów w gimnazjum pomyślałam sobie po raz pierwszy, że fantastyka to swoiste traktaty filozoficzne, tylko trzeba wiedzieć, jak je czytać. Gdzieś w głębinach serduszka chyba nadal zgadzam się z tą tezą – jako czytelnik i jako autÓrka.

„Sezon burz” czytało się z lekkością i chichotem zrodzonym z sentymentu. Bardzo podobało mi się  ostatnie 20 stron. Ale ja mam słabość do Apokalipsy. Jej mini-odmian też.

Na tę specjalną okazję odgrzebałam coś naprawdę wyjątkowego. I równie sentymentalnego. Moją fascynację z liceum, którą wcisnęła mi w łapki Koleżanka Mru. Odkrywałam wtedy wszelakie odmiany folku i etno – od wikińskiego metalu typu XIV Dark Centuries przez melodyjnego Hevię i jego dudy, aż po tak zwany new age Adiemusa. Moi rodzice wspominają ten czas jako erę lekkiego niepokoju. Tym bardziej, że ich Altusy (głośniki takie) już od dawna stały w moim pokoju i dudniły wesoło razem z pogan-wiking-metalheadami.

Piękne czasy. W których nadszedł Maleńczuk. Bez Pudelsów już, za to z Consortem.

Nie tylko parapet. Na biurku też lubię siedzieć.

Maleńczuk, bo kto artyście zabroni, swego czasu nawrócił się na catingi, czyli średniowieczne pieśni poetyckie. Konkretnie na Cantigas de Santa Maria, które w XIII wieku był napisał w chwilach religijnego uniesienia król Kastylii i Leonu, Alfons X Mądry. Zrobił Maleńczuk na początku wieku XXI wersje swoje własne. Consort dostarczył porywającą wokalem Wandę Laddę i kilka średniowiecznych gadżetów: lirę walijską, piszczałki i różne kobzowate dziwy, a to wszystko uzupełniały perkusjonalia, wydawać się, bardzo współczesne. Kilka cantig był artysta zabrał królowi, parę historii sam dopisał i oto proszę. Płyta cała. „Cantigas de Santa Maria”.

Możliwe, że to był moment, w którym zakochałam się w piszczałkach. Spróbuj posłuchać i się nie rozradować. Albo nie jarać.

Wszystkie strony kartki z Gatsby’ego

Podtytuł: wpis w trzech aktach, do kupy się składający i traktujący o jednym, choć pozbawiony zdań-łączników.

Pierwsza strona

Można też dopisać swoje komentarze – ale grzecznie, na post-icie.

Mam koleżankę baletnicę. Kiedy się na nią spojrzy po raz pierwszy, nie dostrzeże się w niej nic z tych rzeczy, które wiesz o baletnicach z filmów i książek. Jest w niej ta przysłowiowa baletowa delikatność, ale przybiera niezwykle wyjątkowa formę i nie rzuci się nam w oczy przy pierwszej rozmowie.

W zasadzie chyba nic nie jest w stanie zdradzić jej pasji do baletu (a nie jest to baletnica początkująca, o nie) i żeby się o niej dowiedzieć trzeba po prostu pogadać. Nawiedzić jej pokój, który ozdabia przywieszony na szafie pęk baletowego tiulu. Prześledzić wzrokiem jej książki i spomiędzy tłumnie obecnej literatury faktu wygrzebać „Wielkiego Gatsby’ego”. Przeczytać, zwracając uwagę na fragmenty, które podkreśliła.

Śródstronie

Oczy doktora Eckleburga wcale nie są opisanie jakoś wyjątkowo wzniośle – homerowski opis tarczy Achillesa, z którego wylewa się starożytna epickość może się nie czuć zagrożony. Jak się okazało, jest to billboard czasowników, a nie przymiotników, a już na pewno nie jest to reklama dygresyjna.

Fitzgerald i jego Gatsby nie są przesiąknięci słowną/tematyczną dekadencją ani deszczem. A już na pewno nie w sposób oczywisty. Choć tego właśnie się spodziewałam.

Oczywiste jest za to przesłanie – i pewnie wiele osób będzie ta banalność drażnić, aż do momentu, w którym sami się będą musieli z nią zmierzyć w tak zwanym realu.

Druga strona

Lubię koncepcje Baza Luhrmanna, choć musiałam się do nich przekonywać (nie polubiłam „Moulin Rouge!” od razu). Lubię jego duety z Craigiem Armstrongiem (bo nie ma to jak spojrzenie na kulturę wysoką przez pryzmat kultury pop). Konwencja ścieżki dźwiękowej do „Wielkiego Gatsby’ego” była naprawdę świetna (na ten temat rozpisałam się już kiedyś na Hatak.pl w tekście „Retro techno liryka„).

Spodobała mi się na tyle, że w trakcie czytania zamiast klasyki, poszukiwałam dźwięków elektronicznych, z bitem wyraźnym, lekko transowym, a jednocześnie kompletnie do klubów niepasujących. Takich, których słuchałam podczas letnich wieczorów pachnących ambientem, na wspomnianych przez Fitzgeralta „dużych przyjęciach” w momentach „intymnego nastroju”. Dźwięków patrzących na tłum z bezpiecznego dystansu – nie ze względu na pogardę, czy wyniosłość, ale wyjątkowa pokorę, życzliwość i wrażliwość.

Wiecie, jest taka płyta Schillera… „Leben” się nazywa i ma już ponad 10 lat. Wyobrażam sobie, że tak brzmi Berlin, kiedy nikt na niego nie patrzy.

Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

Z cyklu: trudne wyznania.

34de2ca8488111e3b55122000a1f9be7_8
Myszkovska (l.20-ileśtam). Twierdzi, że kocha swój parapet.

Trudna jest to miłość, bo niewygodnie, ale za to niezmiernie romantycznie.

Nie wiem kto jest winiem mojej słabości do czytania na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych. Prawdopodobnie wszyscy filmowcy, którzy umieszczali w swoich filmach przekaz nie do końca podprogowy, ze czytanie na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych jest osoom, i każdy fajny bohater, który później okazuje się głównym, to robi.

„Listy starego diabła do młodego” pewnie czyta.

To jest taka czytelnicza wersja „Cool guys don’t look at explosions”. Serio.

Swój parapet w Krakowie lubię, ale raczej głęboką nocą, kiedy Szalom Awenju na chwilę przestaje się tłuc milijonem aut, tramwajów i autobusów. Ale w lipcu, o trzeciej nad ranem nie ma lepszego miejsca do kontemplacji przysłowiowego życia, śmierci i gier RPG. To też mój ulubiony czas i okoliczności na pisanie, grafomanienie bezwstydne o moich własnych, prywatnych światach i innych tego typu bzdurkach.

Filmowcy wam tego że pokażą, ale kiedy zapalasz lampkę przy otwartym oknie o trzeciej nad ranem w lipcu, możesz się spodziewać stad irytujących ciem o skłonnościach samobójczych roztrzaskujących się o żarówkę, która niezbędna ci w procesie czytania. Więc, czytasz, powiedzmy, do czwartej, a do piątej wyrzucasz z pokoju nabyty niechcący inwentarz.

(w przypadku gałęzi jest tak, że zaraz oblezą cię pająki i skorki, a w rdzeń kręgowy wbijać ci się będzie wyjątkowo irytująco wypukły kawałek kory)

ec53442248bd11e3a82a1204e629ce97_8Naprawdę nie rozumiem tej swojej trudnej miłości, ale pewnie wynika to jakichś typowo kobiecych kaprysów serduszka. Na parapecie na przykład (tym w stronach rodzinnych, nie-krakowskich) pochłonęłam bite 500 stron „Czasu Żniw” Samanthy Shannon, jeszcze w listopadzie, w czasie bardzo krótkim, bo spieszno mi było przed wylotem.  Z tempem nie było problemu, bo książka należy raczej do lekkich, łatwych i dziewczęcych. Nie jest to może poziom „Igrzysk Śmierci” (których zawsze w towarzystwie bronię i na siłę wywlekam z szufladki „lekkie czytadełka dla gimnazjalistek”), ale też nie jest to rzecz nad którą załamywałam ręce z rozpaczy.

Z literaturę dla kobiet (tych starszych i młodszych) traktuję z pewną dozą wyrozumiałości. Nie tylko dla autorek (których zdjęcie na skrzydełku często mogłoby być ilustracją przedstawiającą główną bohaterkę, ale trudno mi jest w nie rzucać za to kamieniem, bo dobrze wiem, jak trudno jest się oprzeć pokusie w tej sytuacji), ale przede wszystkim dla samej siebie. Nie ma co ukrywać – może i bawiłam się karabinami, moje lalki musiały przeżyć nie jeden pożar/ eksplozję/ porwanie, a moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan (no, i ostatnio Obi van Kenobi) ALE. Ale wzdychało się czasami. W dawnych czasach podstawówkowych nad „Dziewczyną Ameryki” Meg Cabot na przykład. A i teraz nad Jane Austen nie raz („You transfix me quite”). Wzdycha się. W momentach tak literacko naiwnych, że gotowa jestem się do nich przyznać tylko Malicie, która czyta.

Nad „Czasem żniw” nie wzdychałam co prawda, ale jestem w stanie zrozumieć, że można. I nie protestuję, kiedy ktoś wydaje książce dobre recenzje (aczkolwiek porównanie do Matrixa i Dr Who ze skrzydełka to chyba lekka przesada; z gatunku tych mocnych; albo lekkich świętokradztw). Tym bardziej, że stylem autorka się wybija, a i wyobraźni trochę wodze popuściła. Momentami sięga do motywów i rozwiązań dość banalnych, ale potrafi je bardzo ładnie ubrać w słowa (karty tarota na przykład). Doceniam to.

To, co jednak dotyka mnie w tej książce najbardziej, to jej osobisty charakter. Czego dowodzi lista przebojów w aneksie, przy których autorka pisała swoje dzieło. I wiersze Johna Donna. I, oczywiście, zdjęcie Smanthy na skrzydełku. To jest zawsze dla mnie największy problem, jeśli chodzi o literaturę kobiecą/ dziewczęcą. Że trudno jest mi oceniać te twory jako dzieło literackie – owszem można odnieść się do uniwersum (które mnie nie oczarowało raczej), stylu czy fabuły, ale jeśli chodzi o rzecz najważniejszą (choć w tym wypadku jednak drugoplanową), czyli bohaterów i ich relację to trochę tak, jakby oceniać ją samą, jej sedno  i jej wśrodek. Jako kobietę, nie gryzipiórka. Można mówić o rozdziale dzieła od autora, ale czasami czyta się książkę i czujesz, że niektóre jej wątki są wbudowane w autora tak bardzo, że przestają być tylko i wyłącznie l’art pour l’art.

Staram się stąpać po takich książkach bardzo ostrożnie.

A czego wtedy słuchałam? Nie, nie listy przebojów, która autorka dołączyła w aneksie. W głośnikach (Myszkovska, l.20-cośtam. Twierdzi, że kocha swoje radzieckie głośniki wielkości stołka barowego) miałam to:

Uwielbiam SoundQ. Zakochałam się już w czasach EPki, w „Elephants’ Graveyard” konkretnie. Ukazanie się Long Play’a zwanego „Barbarians” bardzo mnie ucieszyło, a za pożyczenie krążka muszę podziękować Jankowi, który w naszym radiu prowadzi audycję dla malkontentów. On jest taki typ Trójkowy, wiecie. Dużo muzyki i dużo gadania o muzyce. I dobry gust ma. Czasami.

Po bardzo pracowitym styczniu mam kilka dni wolnego, więc czym prędzej rzuciłam się do domu rodzinnego odpocząć chwilę i nadrobić robotę, która mi się mocno nawarstwiła – w tym szczotkę „Długiej wojny” Pretchetta-Baxter, którą ofiarowano mi w celu napisania czegoś na Hatak.pl. I w końcu doznałam samo uświadomienia w kwestii nowego Wiedźmina (o czym napiszę). I, co by dokończyć obnoszenie się z osiągami, przeczytałam też „Wielkiego Gatsby’ego” z mojej listy postanowień noworocznych (o którym nie wiem czy napiszę cokolwiek w najbliższym czasie, bo Fitzgerald porzucił mnie smutną i w żałobie).

I to wszystko na parapecie właśnie. Twardo i cierpną nogi czasami, ale nic to, skoro za oknem potrafi być tak, o. Po babsku romantycznie.

201f8dc448be11e38fa71247c1292a16_8ddf54d7e6d8611e3b330122dbaf13212_8

Ale fotel też mam tutaj bardzo fajny.

Dla dzieci. Odpowiednio dorosłych

Pamiętam, jak kiedyś wszystkie losowane Mikołaje kończyły się tym, że dostawałam stroik świąteczny. Albo skarpety. Jak już pisałam – nigdy nie zrozumiem zachwytu Dombledore’a nad ideą ciepłych skarpet pod choinką (zamiast książek), więc było dla mnie wielką radością (i ulgą), kiedy tym razem po rozerwaniu „Gazety Wyborczej” (serio), w którą zapakowany był prezent (poważnie serio) oczom moim ukazała się…

Książka. Uff.

Przy okazji, jeśli mój Mikołaj to czyta: doceniam kreatywne opakowanie. Nie wiem, czy jest wynikiem prozaicznego braku papieru ozdobnego, czy ma w sobie drugie dno pełne aluzji. Jednakowoż apeluję do moich potencjalnych przyszłych Mikołajów: możecie mi wszyscy pakować prezenty w „Gazetę Wyborczą”. Bardzo mi to odpowiada i (z kompletnie dla mnie niepojętych przyczyn) usiało mi twarz uśmiechem.

Do pełnienia zaszczytnej roli Książki na Prezent wybrano „Odda i Lodowych Olbrzymów” Neila Gaimana. Opowiastka krótka, z obrazkami dodającymi jej uroku. Oto Gaiman znowu babra się w swoich ukochanych mitach skandynawskich i swoim zwyczajem już na 13 stronie robi poważne ziaziu głównemu bohaterowi. Ten jednak nie daje się i równie pogodnie,co irytująco uśmiecha się raz na akapit do samego końca opowieści.

Jest to Gaiman, którego czytać będę dzieciom swym, o ile kiedyś jakieś wydam na ten świat. Już nie mogę się doczekać, kiedy zaintonuję im swym altem ten oto fragment:

a1e3042873e611e38acb12a792d289a8_8

79a0c9a073e611e3909c123696e3fbe5_8

Patrząc na okładkę książeczki grzebałam w pamięci za muzykę ze śniegiem, ale nie groźnymi lawinami. Raczej skrzącym się w słońcu i przyjemnie chrupiącym takim, na którym widać pojedyncze śnieżynki. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to Narnia i Harry Gregson-Williams, ale po jednym z opowiadań z „Rzeczy ulotnych” wiem, że Gaimana trzeba trzymać jak najdalej od  Lewisa (tyle lat minęło, a ja nadal mam ochotę przebić Panu opony w aucie, Pani Neil). Świeżutkie „Frozen” Christophe Becka jest, jak na bajkę Disney’a przystało, słodkie i radośnie dziecięce. Tymczasem nie można mieć gwarancji, że Neil nic / nikogo nie popsuje jakąś tragedią – nawet jeśli pisze książkę dla dzieci.

I wtedy przypomniałam sobie o Jamesie Newtonie Howardzie, który niegdyś napisał zupełnie przeciętną ścieżkę dźwiękową do „Królewny Śnieżki i Łowcy”. Aczkolwiek rzecz miała swoje momenty. Na przykład motyw głównej bohaterki:

Pianino delikatne i cudownie kojące , a jednak czai się w tych nutach echo jakiejś tragedii – jak przystało na „baśń dla dorosłych”. Podobnie rzecz się ma w utworze „White Heart”  (który pojawia się w najbardziej irracjonalnej scenie roku 2012). Tym razem pianino uzupełniają liryczne skrzypce, flety i… no właśnie. Czym najlepiej zilustrować skrzący się w słońcu lód? Oczywiście harmoniką szklaną. Jest więc i harmonika.

Jest na tym niepozornym soundtracku jedna piosenka, która ma moc rozgromienia dowolnie wybranej armii. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego Panowie z szanownej Akademii nie nominowali jej do Oscara (Panom też radzę przypilnować swoich opon w aucie). Florence Welch, osoba niezwykle kreatywna, wrażliwa, fascynująco inteligentna artystycznie, kiedy Howard poprosił ją o napisanie utworu do „Królewny Śnieżki…” postanowiła ugryźć temat od drugiej strony. Bo wszyscy by się spodziewali utworu z punktu widzenia Śnieżki. Florence oddała głos Złej Królowej (moim zdaniem ten film i tak był o niej, a już na pewno jedyną osobą, która zaistniała na ekranie była Charlize Theron). I wyszedł utwór-huragan emocjonalny. Jeśli chodzi o tworzenie huraganów, to Welch jest bardziej skuteczna niż efekt cieplarniany.