Dzienniki bateryjki*

  • SŁOWA: RAINBOW ROWELL, „ELEONORA I PARK”
  • MUZYKA: P.O.D. „PAYABLE ON DEATH”

– Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna… Wszystko dzieje się w latach 80. Główna bohaterka chodzi do liceum. Jest ruda, gruba i ubiera się w losowe ciuchy…

– O! To ja z gimnazjum!

Tak sobie rozmawiałyśmy miesiąc temu z Moniką Frankiewicz w siedzibie Wydawnictwa Otwarte (mają cudowny taras) o „Eleonorze i Parku”, których uczucie wyraża się nie tylko poprzez dzielenie jednego walkmana. Książkę od razu wgrano mi na Kundelka i zaczęłam swoją podróż sentymentalną w przeszłość.

Wróciłam aż do rzeczonego gimnazjum, przez które starałam się przebrnąć na początku aktualnego tysiąclecia. Owszem, byłam gruba, rudość na głowie miałam z tubki, a mój styl ubierania (wzorowany na tym, jak się nosili czołowi dziennikarze muzyczni tego kraju) był szeroko komentowany na korytarzach szkolnych przez ładne dziewczyny z kółka tanecznego. Oczywiście, zamiast się nimi przejmować zajmowałam się oglądaniem offowego kina amerykańskiego i czytaniem Orwella w niezachwianym przeświadczeniu, że czyni mnie to lepszą od nich (później przeświadczenie się zachwiało i padło na pyszczek).

Klisza, prawda?

Absolutną podstawą mojego życia były dwie rzeczy. Po pierwsze, muzyka. „Eleonora i Park” wydali mi się tym bardziej sentymentalni, że w gimnazjum nie miałam discmana. Nie mówiąc już o tej pożądanej nowince technicznej, jaką były odtwarzacze mp3 (creative zen na przykład).

 łokmen

Na discmana nie było mnie stać; albo inaczej: jeśli już miałam jakąś kasę, to wolałam ją wydawać na nowe płyty/ kasety. Za to miałam świetnego walkmana. I genialne, stare kolumny wielkości stołka barowego. Działają jeszcze. Dzisiaj już takich nie robią. Spędzałam mnóstwo czasu leżąc na podłodze z głową między nimi, rozkładając „Chateau” Roba Dougana na czynniki pierwsze („I obój!”*).

Drugą rzeczą było pisanie. Opowiadań, powieści, recenzji, wszystko „do folderu”. Pisałam też bloga. I dziennik. Postanowiłam, że nigdy tych nastu zeszytów nie spalę. I nie spaliłam.

„…I zostanę recenzentką muzyczną. To jedyne, na czym się znam, a pisanie, to jedyne co potrafię.

– to ja, lat 14. Proszę się nie śmiać. Zamiłowanie do egzaltacji zostało mi do dzisiaj.

Bardzo dużo piszę w nich o muzyce. Na przykład jest taki fragment, w którym starałam się przewidzieć, co się stanie z artystami, którzy wtedy byli na topie (pomyliłam się w przypadku Craiga Davida, niestety). Albo taki, naskrobany przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz w góry (do dzisiaj mam tak, że kiedy szlajam się po górach, nie słucham muzyki – no, chyba że tej, co wiecznie gra mi w głowie).

„Po co próbuję się nasłuchać P.O.D., skoro to niemożliwe?”

Pisałam o koncertach, na które chciałabym iść (kilka marzeń się spełniło) i o płytach, które nagminnie pożyczałam od znajomych. Poza tym, był to też czas, kiedy odkryłam muzykę filmową, głównie za sprawą „Matriksa” (który mnie wychował) i Roba Dougana (który jest odpowiedzialny za moją słabość do muzyki instrumentalnej mieszanej z elektroniką i australijskiego akcentu).

„Płyty przyszły. „Fundamental elements of Southtown” P.O.D. i muzyka z „Matrix: Reloaded”. (…) Znalazłam tam prawdziwy damencik, który odstaje od całości: Dave Matthews Band, „When the world ends”. Wokalista rewelacyjnie stopniuje emocje. Poza tym doszłam do wniosku, że Rob Dougan to geniusz.”

(Bo faktycznie tak jest. Aczkolwiek nie mogę odnaleźć moich zapisków z pierwszego przesłuchania „Furious angels”, jego pierwszej i jedynej solowej płyty. Znam jej każdą nutkę. Mogłabym ją wyśpiewać na jakimś karaoke bez tekstu pomocniczego.)

„Zmówiłam płytę OXY.GEN. W sklepie muzycznym zapytali mnie, czy to jakiś polski zespół. Ręce mi opadły…”

(Bardzo się cieszę, że ją kupiłam wtedy, bo dzisiaj jest praktycznie nie do dostania…)

„Kazik Staszewski i Tom Waits. Już mi się podoba ta płyta, a jestem dopiero przy trzeciej piosence.”

(Kazik zapoznał mnie z Tomem.)

I takie tam, takie tam… Dlatego podczas czytania „Eleonory i Parka” postanowiłam wybrać którąś z płyt zarzynanych przeze mnie w gimnazjum własnie. Padło na P.O.D. Musiało paść na P.O.D. I na „Payable on Death”. To pierwsza płyta, którą zakupiłam w dniu premiery, tak bardzo na nią czekałam. I do dzisiaj mam ciary słuchając „Sleeping Awake”.

Oprócz muzyki w dziennikach dużo piszę też o Bogu i, oczywiście, pierwszych miłościach. Takich na spojrzenia, dotykanie dłoni mimochodem i wmawianie sobie, że ktoś to uczucie odwzajemnia. Rainbow Rowell bardzo pięknie oddała tę subtelność i słodkość, która rządziła tamtymi zauroczeniami. Wypada bardzo realistycznie w porównaniu z treścią moich dzienników popełnianą w latach nastoletnich. Może dlatego, że kiedy odwinęłam skrzydełko „Eleonory i Parka”, żeby zobaczyć zdjęcie pisarki, mrugnęła do mnie Eleonora? Monika F. i Bartek W. z Otwartego też uważają, że to nie przypadek. Mamy teorię, że autorka chwyciła swoje dzienniki z „dawnych czasów”, poprawiła lekko składnię i wypuściła jako powieść.

Powieść nie tylko uroczą, ale i mądrą. Przez pół książki myślałam, że chodzi w niej tylko o to: pokazanie, jak rozwija się uczucie pomiędzy dwójką nastolatków w sposób bliższy prawdy niż „spojrzała na jego umięśniony tors i nagle zapragnęła się do niego przytulić, ale nie miała czasu, bo akurat atakowała ich chmara wrogich im istot nadnaturalnych (poza tym ich miłość była zakazana, no i musiała się jeszcze zdecydować, czy nie chce się przytulić do równie umięśnionego najlepszego przyjaciela, który również pojawia się w jej snach)”. Nawet gdyby Rainbow poprzestała na prostej opowieści i prostym uczuciu, jej empatia w przelaniu rzeczonego na papier by mi wystarczyła. Ale „Eleonora i Park” to nie laska lukrecji. I to też było w tej opowieści piękne.

Na szczęście z sytuacją Eleonory nie każdy się będzie utożsamiał dosłownie, ale wydaje mi się, że „Eleonora i Park” i tak jest książką biograficzną, na swój sposób. Dla każdego z nas. Nie tylko dla tych, którzy swoją „młodość” spędzali w towarzystwie walkmana, ale i dla tych, którzy polecają sobie rzeczy na spotifaju. Przynajmniej mam taka cichą nadzieję, że wy przeżywacie swoje gimnazjum tak samo jak przeżywałam ja. Właściwie to życzę wam, drogie pokolenie (która to już literka alfabetu?) tej uroczej subtelności w spojrzeniach i egzaltowanej dramy w przeżywaniu niespełnionej miłości (obyście nie mieli większych problemów). Bo to jest prawdziwe, szczere i realistyczne. Przede wszystkim jednak – dużo słowa i jeszcze więcej muzyki. Inspirującej. Takiej, która was ukształtuje i wychowa.

___________

*] Prywata. Tytuł zrozumie tylko anoriell. Której dedykuję wpis. Po mojej śmierci wszystkie moje dzienniki dziedziczysz Ty, zdania nie zmieniłam. I naprawdę nie chcę gryźć (choć piszesz naprawdę dziwne rzeczy o wojskowej propagandzie ;) ). There is no spoon. Still.

Reklamy

Jak to robią „specjaliści”

Po pierwszym przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej do „Grawitacji” nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mi się podoba.

A później poszłam na film i się dowiedziałam.

Muzyka Stevena Prica jest jak przekrój anatomiczny przez wszystkie rodzaje dynamiki: od piano possibile do fortissimo. Długimi minutami ciszy i leniwych dźwięków brzmiących, jakby wydobyto je ze szklanej harmoniki potrafi uśpić czujność słuchacza po to, aby pod sam koniec utworu zaskoczyć równie nagłym, co szybkim wzrostem natężenia nut. Utwory rotują. Inaczej tego opisać nie umiem. Sandra Bullock wiruje w przestrzeni kosmicznej bezwładnie, jak laleczka, a dźwięki w efekcie Dopplera pulsują gdzieś dookoła niej. „Debris” brzmi dokładnie tak, jak wygląda scena, do której został napisany: nerwowo (żeby nie napisać, że przyprawia o zawał serca), groźnie i panicznie.

„Grawitacja” to ekranizacja wszystkich moich najgorszych koszmarów. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu to soundtrack grozy. Price napisał nutami panikę i desperacką walkę z nią. Niezwykle fascynująca rzecz. Może dlatego film tak bardzo mnie wciągnął. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz łączyłam się z bohaterami z ekranu w bólu i cierpieniu na tym poziomie – było bardzo empatycznie.

Zastanawiam się, jak oglądają takie filmy specjaliści w dziedzinie fizyki i astronomii. Czy jest na co kręcić nosem. Bo jeśli jest w tym filmie jakaś totalna bzdura, która popsułaby fabułę, to bardzo się cieszę, że moja wiedza z fizyki zatrzymała się na poziomie przyciągania papierków linijką.

Bo wiem dobrze, jak „specjalista” (w kontekście mojej skromnej osoby potrzebny jest cudzysłów) czyta takie książki. Ostatnio jedną czytałam.

Jeśli chodzi o twórczość Pana Dariusza Domagalskiego, to uczucia mam skrajnie mieszane – od piano irytacji po forte zachwytu. Miałam już tak przy trylogii fantasy z Krzyżakami w tle – tej, w której tomy mają poetyckie tytuły (i które radośnie parafrazował mój kolega na „Delikatne czknięcie komara”). Z jednej strony: wow, dwie strony opasłej bibliografii do wojen krzyżackich, samych Krzyżaków i polskiej wojskowości tamtego czasu. Dialogi oparte na kronikach Długosza. Bohater, który po wbiciu miecza w trzewia przeciwnika nie wyciąga go, jak z podtopionego smalcu, tylko zostawia, gdzie wbił (bo przecież anatomia normalnego człowieka nie pozwala na wyciąganie kozików kiedy komu pasuje). Z drugiej strony natomiast: wow, cały wątek magiczny oparty jest na mistyce żydowskiej, o której informacje autor czerpał chyba z wikipedii. Warto dodać, że hasła „mistyka merkawy”, „bereszit” czy „kabała luriańska” nie grzeszą dokładnością, za to grzeszyły (a przynajmniej w czasach, tuż po wydaniu książki, sprawdzałam) drobnymi błędami merytorycznymi, na które Pan Domagalski dał się złapać.

Po latach zdecydowałam się przeczytać „Cherem”, gdzie już sam tytuł aktywizuje we mnie wewnętrznego judaistę. Tym razem autor zahacza o religie starożytnego Bliskiego Wschodu, konkretniej Kanaanu przy okazji działając na rzecz poszerzenia świadomości polskich czytelników w temacie teorii ewolucji religii.

Wszystko ok, niech sobie autor buduje fabułę na czym tam chce (żeby nie było:  pomysł odnalezienia „brakującego ogniwa” pomiędzy źródłami kananejskimi a Tanachem uważam za całkiem zgrabny). Niechże nawet wkłada autor w usta swoich bohaterów popularne-niepopularne marudzenie na religię zinstytucjonalizowaną. Niechże opiera to marudzenie na badaniach naukowych, ale niechże będą to faktyczne wyniki tych badań, a nie powtarzanie błędnych informacji zasłyszanych w mitycznym Gdzieśtam. No, i nie warto zagłębiać się w objaśnianie zawiłości języków semickich, bo zawsze się człowiek gdzieś machnie, a złośliwi czytelnicy, tacy jak ja, nie omieszkają błędu wytknąć.

Nie trafiłam nigdzie na żadne marudzenie specjalistów na „Grawitację”. Za to czytałam Gdzieśtam że to, co zrobiła Bullock na końcu (bez spoilerów) „Nie jest niemożliwe, ale byłoby niesamowicie trudne”. Błędy błędami, ale oglądać i czytać zawsze warto, nawet jak się jest sfrustrowanym „specjalistą” – choćby po to, żeby sobie poprężyć intelektualne muskuły przy szukaniu nieścisłości.

[* Mam jeszcze takę teorię, że cheremowy Archeolog, z które ust wyszedł ów marudny monolog z wbudowanymi błędnymi informacjami celowo jest błędny. Po to, żeby postać Archeologa uwiarygodnić – w końcu ci znają się na skorupkach, a nie na dokumentach, więc wcale nie musi wiedzieć, że cztery Ewangelie zostały wybrane do kanonu z bardzo prostego powodu – są po prostu najstarsze. Archeolog zadaje retoryczne pytanie „Dlaczego inne napisane w tym czasie Ewangelie nie trafiły do kanonu?”. Ja o żadnych „innych” z I w. n.e. nic nie wiem. Wikipedia z resztą też nie.]

Jak zabić asasyna w 400 stron

Zawsze mam na komputerze zainstalowane (przynajmniej) trzy gry: pierwszą przechodzę, w drugiej strzelam z łuku/ snajperki w ramach resetu po ciężkim dniu, trzecia to „Arcanum”. Generalnie jestem fanką pada i wsadu od lat najmłodszych i zazwyczaj daję szansę książkom na podstawie moich ulubionych gier.

No, i zawsze się srogo zawodzę. Nie trafiłam jeszcze na taką, która byłaby napisana na poziomie wyższym niż przeciętny. Nie to, że często za nie chwytam, ale jednak.

Ostatnio wymogły to na mnie okoliczności. Jako że jestem człowiekiem, który musi przeznaczyć część swoich wakacji na przyzwanie pracy magisterskiej z innego wymiaru (w tym jej nie ma, zatem musi być w innym, to oczywiste), więc dni upływają mi na klapaniu w klawisz w tempie panicznym. W efekcie wieczorem mój pociąg do komputera jest żaden, nawet „Assassin’s Creed” nie kusi. A tęsknota za uganianiem się po dachach jest. No, i jak tu pogodzić dwie półkule mózgowe kobiety? W roli deus ex machina: półka z książkami.

Z serii AC czytałam już „Ostatnią krucjatę” (książkowa wersja historii Altaira) i byłam szczerze zaskoczona, z jaką łatwością Bowdenowi udało się za pomocą pióra zamordować tak genialną fabułę gry. W „Porzuconych” było dużo lepiej, ale i tym razem autor nie zawiódł mnie i mnie zawiódł. Tak. Dokładnie tak powinno brzmieć to zdanie.
1] Książka pisana jest w formie dziennika ojca Connora, głównego bohatera trzeciej części gry. Przy dacie 1757 czytamy: „świat toczył wojnę siedmioletnią”. Hm. Może się czepiam, ale jest bardzo mało prawdopodobne, że w trzecim roku (albo pierwszym, zależy z którym historykiem się zgadzamy) tego konfliktu ludzie potrafili przewidzieć, ile jeszcze potrwa.
2] Patrz: zdjęcie numero duo.

(po większą ilość marudzenia należy kliknąć tu: TU)
No, ale. Po co się starać, żeby napisać porządnie książkę, którą „fani i tak kupią”. Bowden mógł zabić, więc zabił. Po raz kolejny. Nikt nie morduje asasynów tak, jak Bowden.
…i pomimo całej mojej miłości do Jespera Kyda, który udźwięcznił kilka części „Assassin’s Creed”. Pomimo mojej miłości do soundtracku z części trzeciej, stworzonego przez Lorne Balfe, ulubionego miniona Hansa Zimmera… słuchałam czegoś zupełnie innego.
Historię Connora oraz rodzin Hatfieldów i McCoy’ów dzieli ładny wiek. Mimo to, ścieżka dźwiękowa do mini serialu o kółku wzajemnej nienawiści pomiędzy nimi bardzo ładnie mi się wpasowała w lekturę. John Debney zrobił bardzo klimatyczny kawałek dobrej roboty: folkowe skrzypce, świetna gitara, a orkiestra wchodzi dokładnie wtedy, kiedy wejść powinna. No, i bardzo ładne „I Know These Hills” z Sarą Beck na wokalu.

Książka może niekoniecznie, ale score z „Hatfields & McCoys” jak najbardziej.

Papierowy Vader z nieba spadł

Mam wakacje, więc czytam poważną literaturę. I robię konstruktywne rzeczy. Z papieru.

Naprawdę cudnie było połknąć książeczkę dla dzieci w przerwie pomiędzy jedną stroną pracy magisterskiej, a drugą. A jako że jestem „born and raised” Star Wars fan – było tym fajniej.

Geneza książeczki Toma Anglebergera jest dość prosta: wyznawca Gwiezdnych Wojen z 33-letnim stażem postanawia połączyć dwie swoje pasje i zaczyna składać z papieru postacie z sagi. A później pisze książkę o dzieciaku, który robi to samo. Yodę z origami nosi na paluchu, pacynka z wdzięczności sprawuje funkcje doradcze, a każda jego rada dobra jest, hmmm…

Pomysł dostał błogosławieństwo LucasArts, ale zebrał również fanowski hejt za szarganie świętościami i infantylizację [sarkazm] superdorosłej, skrajnie poważnej i misternie ułożonej mrocznej fabuły GW [/sarkazm]. A szkoda, bo Angleberger obchodzi się z sagą z czystą, fanowską miłością i nie czyni jej krzywdy. Pisze zabawnie, z wdziękiem i uroczym dziecięcym entuzjazmem. W książce znajdziemy miliony aluzji do sagi, miliony symboli, miliony cytatów z filmów Lucasa. Na jakimś geek party można spokojnie stawać w szranki, kto znajdzie więcej – niektóre są na poziomie bardzo wrednie hard.

„Darth Paper” natychmiast powędrował do moich siostrzeńców (podczas tego eksperymentu nie cierpią żadne dzieci). Również „born and raised” Star Wars fan. Już ja o to zadbałam (poza tym ich ojcem jest człowiek, któremu niegdyś nadano ksywkę [Kosmiczny] Dywan – tak, inspiracją były GW, aluzja na poziomie bardzo wrednie hard). 
Z papierowym Yodą i Vaderem, uczynionymi przeze mnie, nie chwaląc, nie rozstają się. Cóż, jak to napisałam w recenzji na Hataku – kiedyś dzieciaki nosiły do szkoły Plastusia. Dzisiaj noszą co innego.


Jako że książeczka objętościowo raczej nie miałaby szans w starciu z Encyklopedią Brytannicą i niewiele czasu nad nią spędziłam (dłużej składałam wyżej objawione origami) toteż w słuchawkach grał utwór. Jeden. Za to zapętlony.

Nie bardzo porywa mnie to, co zrobił Beltrami przy okazji „World War Z”, ale za to bardzo podobał mi się soundtrack do „Warm Bodies”, który uczynił wespół z Buckiem Sandersem. A przynajmniej jego początek: „Music for Airport Zombies”. Taka skoczna muzyczka na przewrotny wzór i podobieństwo muzyczek granych w supermarketach.

Taki chichot kompozytora.

Sens życia wg Umberto Eco

Wczoraj nastąpiła ostatnia audycja z cyklu „Ścieżka ponaddźwiękowa”, muszę żyć w separacji z mikrofonem radiowym dobre dwa miesiące.

Wiec wiem, co to tęsknota, dusza rozdarta i niepokój wewnętrzny.

Z tego tytułu wczoraj w audycji zagrały piosenki z napisów końcowych, w tym absolutny klasyk z „Żywotu Briana”: „Always Look on the Bright Side of Life”. I gwizdanie.

Asia, która na początku audycji zasiadała za realizatorskimi sterami przyznała, że cytat na obrazku jej jej absolutnym faworytem ze wszystkich mądrości, które Monty Python zawarł w tekście tego utworu. I ja się muszę z tym zgodzić. Toteż zgadzam się oficjalnie i publicznie tudzież popieram to kilkoma przykładami ze zbiorków felietonów Pana Umberto, który zawsze pokazuje życie we współczesnym świecie jako akt skończenie absurdalny, ale przy tym niezmiernie zabawny. Bo tylko poczucie humoru jest nam w stanie zapewnić przetrwanie.

Po Eco sięgam co czas jakiś, kiedy akurat uda się wyłowić jego „Zapiski…” z czeluści bibliotek. I zawsze czytam go w środkach komunikacji miejskiej, bo i format się do tego nadaje i forma literacka. A że czasami wybuchnę śmiechem w miejscach publicznych, ku zdumieniu pasażerów, to już trzeba wliczyć w ryzyko zawodowe.

Tak jak wczoraj na przykład. Od razu przy pierwszym felietonie o walizeczkach na kółkach. Śmiałam się tym bardziej, że kiedyś sama o nich pisałam, tylko w kontekście bardziej morderczym, sensacyjnym wręcz.
Bo mnie taką walizką ktoś chciał kiedyś zabić. Ot.