Mój tydzień z Kańtoch

W oczekiwaniu na tom trzeci „Przedksiężycowych” przypomniałam sobie, że Anneke napisała przecież parę innych książek. W tym „Czarne”, którego towarzystwo zajdlowe nachwalić się nie może, a ja byłam go niezmiernie ciekawa, bo wydawnictwo wydało je z metką „nie do zaszufladkowania”. Lubię książki nie do zaszufladkowania. Udałam się zatem do Internetów, na tereny łowieckie mojej ulubionej taniej księgarni a tam…

…promocja na (prawie) wszystkie książki Kańtoch. Oczywiście. Bo przecież żyjemy w świecie w pełni interaktywnym i wyczulonym na potrzeby konsumenta. Zdaję sobie sprawę z tego, owa empatia handlowa ma na celu tylko wciśnięcie mi większej ilości towaru bezczelne żerując na mojej słabości.

Bo ja naprawdę jestem bardzo asertywnym klientem. Ale przecież każdy ma swój kryptonit.

Tym sposobem zamiast jednej książki kupiłam cztery, a moje zamówienie wyglądało jak lista zakupów początkującego satanisty.

A później jeszcze do tej wieżyczki doszło grande finale „Przedksiężycowych”. I tak spędziłam dwa tygodnie z Anneke.

„Czarne”

Anneke poznałam i zapamiętałam z tego, że potrafi kreować niesamowicie interesujące uniwersa. I zawsze w myśl zasady „nothing is really as it seems”. W “Czarym”, drażniąc się ze mną, dręczy główną bohaterkę wciskając ją w świat dobrze znany (ale nadal „nothing is really as it seems”). Sama mierzy się z pisarskim wyzwaniem budowania czegoś, co z braku lepszego słowa, zwykło nazywać się klimatem.

Zaczęłam czytać w tramwaju, który wiózł mnie do domu z rytuału odbioru zamówienia. Jechałam i nawet nie przeszkadzało mi, że nie siedzę i nie mam trzeciej ręki, którą mogłabym się przytrzymać czegokolwiek.

W kwestiach udźwiękowienia proponuję wrzucić w wyszukiwarkę swojego odtwarzacza The XX. W większości ciężkawe dźwięki z lekkim wokalem. „Czarne” jest podobne: mocne, ciężkie, a mimo wszystko bardzo kobiece.

„Diabeł na wieży”

Jeśli chodzi o Domenica Jordana. Trudno mnie przekonać do wynurzeń detektywistycznych, nawet jeśli autor chwyta się tak nieczystych zagrań jak próba przekupienia mnie inspiracjami osiemnastowieczną Francją. Książka to kompilacja sześciu procedurali i muszę przyznać, że kilka z nich zapamiętałam. To dużo w moim przypadku. Nawet bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie pałam sympatią do głównego bohatera.

Jest w świecie muzycznym ktoś, kto z łatwością potrafi wydłubać złote okruszki barokowej maniery, użyć ich, i nie przedobrzyć. Oczywiście, jest Japończykiem, który z definicji nie powinien mieć kulturowego wyczucia w kwestii czegoś tak obrzydliwie europejskiego jak barok. Nazywa się Oshima Michiru i znamy go m.in. ze ścieżek dźwiękowych do „Fullmetal Achemist”. Jako tło do Jordana polecam jego o wiele mniej znane dzieło: „Le Chevalier d’Eon” (na tym albumie znaleźć można jedną z najcudowniejszych piosenek tzw. endingowych).

„Tajemnica diabelskiego kręgu”

Kańtoch dla dzieci. Tego świat się nie spodziewał.

Raczej nie dałabym tej książki do czytania mojemu siedmioletniemu siostrzeńcowi. A dla trzynastolatek za mało tam uganiania się za chłopakami. 510 stron, z których pierwsze 200 przyjęłam dożylnie na jedno mlaśnięcie. Później, z jakiegoś powodu straciłam zainteresowanie i czytało się co raz mozolniej. Ale, jak już wspomniałam, dla mnie detektywistyczne rozkminy zawsze mogą być o połowę krótsze. Aczkolwiek muszę przyznać, że te w wykonaniu trzynastoletniej Niny były wyjątkowo urocze.

Kiedy czytałam „Tajemnicę diabelskiego kręgu” byłam na etapie komentowania nominacji muzycznych do Oscarów i uczyłam się na pamięć ścieżki dźwiękowej do „Tajemnicy Filomeny” Alexandre Desplata. Coś pomiędzy Potterem Williamsa, a „Stokerem” Mansella. Nie wiadomo, czy się wyluzować, czy bać. Idealnie dopasowało i się do przygody Niny.

„Przedksiężycowi” tom 3

Naprawdę byłam ciekawa, jak Anneke wybrnie z tej całej kabały. I nawet podobało mi się, jak to zrobiła. Podziwiam jej zdolność balansowania na granicy zgrzytu przy mieszaniu elementów z kilku zupełnie różnych bajek. No i, nieodmiennie, podziwiam uniwersa które stworzyła.

O pierwszych dwóch tomach już pisałam. Z okazji trzeciego wróciłam do ścieżki dźwiękowej z „Ghost In the Shell: Stand Alone Complex”. Tym razem część pierwsza. Ta z genialnym „Inner Universe”, o którym pisałam w notce poprzedniej.

Po tym wszystkim mam do Anneke miliony pytań. Muszę się z nią umówić na kawę, czy coś.

Reklamy

Holmes kontra Burton

Aktualnie dwie sprawy zaprzątają moje myśli. Pierwsza: Elfia akrobatyka bitewna, którą zaserwował nam Jackson w „Pustkowiu Smauga” (piękne rzeczy często się wspomina). Druga: jak Moffat i Gatiss wyjaśnią zmartwychwstanie Sherlocka w nadchodzącym, trzecim sezonie.

Tupię również zniecierpliwioną nóżką w oczekiwaniu na kolejną ścieżkę dźwiękową Davida Arnolda i Michaela Price’a. Kompozycje z drugiego sezonu przezywam do dzisiaj (bo jak tu nie wzruszyć się przepięknym tematem Irene Adler i „Sherlocked”?). Pierwszy sezon musiałam już sobie odświeżyć, ale była ku temu naprawdę świetna okazja. Miała (urzekający) tytuł „Mark Hodder przedstawia Burtona i Swinburne’a w dziwnej sprawie Skaczącego Jacka”. Trzeba przyznać, że autor już samym tytułem potrafi czytelnika porwać i zatopić w konwencji.

I tu na scenę wkracza sir Richard Francis Burton – postać jak najbardziej historyczna, badacz, lingwista, naukowiec, fechmistrz i główny bohater powieści Hoddera. Skojarzenia z Sherlockiem Holmesem pojawiły się w mojej główce już na pierwszych stronach, gdzie opiewany jest ekscentryzm Burtona, jego zamiłowanie do kryminalnych puzzli i dwa słowa: Scotland Yard. Ostatecznie jednak przekonała mnie para rękawic wisząca na ścianie jego pokoju. Owszem, był to Sherlock bliższy wizji Ritchiego i Downey’a Jr., jednak do dzisiaj nie jestem w stanie zapałać miłością do ścieżki Zimmera (ani do „Sherlocka Holmesa” ani do „Gry cieni”). Choć może i na tę miłość przyjdzie czas.

Tymczasem jednak Arnold i Price. Pierwszy sezon to przede wszystkim bardzo wyrazisty temat przewodni z  „The Game is On”: przewrotny, zadziorny i jednocześnie bardzo… brytyjski. Duet smyczków i strun (mandolina! zawsze wzbudza u mnie jakiś niewytłumaczalny entuzjazm), natomiast w tle rytmiczna, „paradna” sekcja dęta. Wszystko na tej ścieżce jest bardzo porządne. Opening wyróżnia się gitarowym charakterem (reszta partytury oparta jest raczej na wspomnianych już skrzypcach) oraz mocną perkusją. Nagle okazuje się, że kawałki w stylu action score (tutaj: druga część „The Game is On” czy „Targets”) wcale nie muszą polegać tylko na pulsującej elektronice, ale i instrumenty „żywe” skutecznie potrafią popędzić tętno. Nawet utwory underscorowe (czyli te, które w zamierzeniu mają zagęszczać klimat i nie odrywać widza od ekranu swoją genialnością) skomponowane przez Price’a i Arnolda nie są nudne (a jest to wyczyn w przypadku underscoringu) i potrafią żyć własnym życiem nawet poza serialem, w słuchawkach (co jest jeszcze większym wyczynem w przypadku underscoringu). Patrz: „Light-Fingered”.

No, i cudowne „Elegy”:

Gdybym nagle, przez przypadek, odbyła podróż do Londynu XIX wieku, prawdopodobnie trafiłabym tam ze słuchawkami na uszach (czysty rachunek prawdopodobieństwa – rzadko je ściągam). Łaziłabym wtedy po londyńskim bruku właśnie ze ścieżką dźwiękową z „Sherlocka” w uszach. I natychmiast sprawiłabym sobie jakiś cylinder. Zawsze chciałam posiadać cylinder (najlepiej taki kobiecy, z ładnym piórkiem, czy czymś podobnym). Niestety, podróżnik w czasie z książki Hoddera nie mógł potraktować swojej wycieczki do XIX wieku tak luźno. Generalnie bardzo się tym wszystkim stresował. A już o największą frustrację przyprawiał go tytułowy Burton i Swinburne, którzy w służbie Koronie, koniecznie chcieli rozwikłać zagadkę Skaczącego Jacka.

W książce Hoddera podobało mi się wiele rzeczy. Po pierwsze: jego pomysł na wyjaśnienie starej legendy o Spring Heeled Jack. Po drugie: aneks, w którym przedstawia postacie historyczne pojawiające się w jego książce (Oscar Wilde!) wyraźnie zaznaczając, które „fakty” przedstawione w opowieści nie są „autentyczne”. Po trzecie: jego wizja modnego ostatnio stampunku. Pomysł, na świat, który cierpi na konsekwencje wcześniejszego rozwoju genetyki i szaleńczego tworzenia użytecznych krzyżówek. Oraz jego kreatywność przy wymyślaniu owych krzyżówek:

Przyznaję, że nie zapałałam nawet iskierką sympatii ani do Burtona ani do Swinburne’a – jeśli mieliby stawać do pojedynku o moje serce razem z klasycznym Sherlockiem Doyle’a, zdecydowanie wygrałby ten drugi. Ale historię i świat Hodder stworzył przeciekawy. Chętnie wrócę tam na następne dwie części. I nie obchodzi mnie, że w hodderowym Londynie XIX wieku śmierdzi, unosi się brudna mgła, a człowiek wiecznie ślizga się po błocie i ociera się o sadzę. Ważne, że są tam papugi-gońce, które w przekazywane wiadomości wplatają okazałe wiązanki przekleństw. I że można nosić cylinder.

Wegner i karmienie fiordów

Moje wakacje wypełnione były festiwalami wszelkiej maści (Best. Job. Ever. aczkolwiek nieco umęczon i pogrzebion jestem przez te wszystkie wyprawy). Na początku września zagnało mnie na Polcon.

10fb981a17ae11e393e422000a1fbe78_7

Wszyscy rozpisywali się o kolejce, która mnie ominęła, więc wrażenia mam tylko pozytywne. Pomyślałam sobie, że skoro już tam jestem, to głupio by było nie dopełnić dziennikarskiego obowiązku i nie dojeść wisienki z tortu. Poturlałam się zatem do Pałacu Kultury i Nauki na rozdanie Zajdlów. Pan Wegner rozwalił bank zgarniając nagrodę za opowiadanie i za powieść, ładnie wszystkim podziękował po czym, sterroryzowany przez swoją córkę, zaśpiewał publicznie „Szła dzieweczka do laseczka”. Czym kupił mnie ostatecznie.

Obrazek

Pana Wegnera nie czytałam, więc na fali szału postanowiłam nie zastanawiać się długo i po prostu zakupić nagrodzone dzieło. A przynajmniej jedno z nich – „Niebo ze stali”.

Jak już wspomniałam, ostatnio czytam tylko wojnę (mam nadzieję, że to trend, a nie omen), w postaci reportaży, tekstów piosenek, wywiadów i powieści. Opisywaną na sposób przeróżny. Nie wiem, jak Wegner to zrobił, ale znalazł się dokładnie po środku wszystkich tych sposobów, z gracją surfera balansując pomiędzy epicką twarzą wojny i jej stroną bezwzględną .

Epickość nie jest w stylu Tolkiena. Bezwzględność nie jest reportażowa. Jak to robi? Nie mam pojęcia. Ale pewnie właśnie dzięki temu dostał Zajdlów dwóch.

d4e0ba7a2ad811e3829822000a9f1487_7Za to od początku do końca czuję i rozumiem fragment na obrazku po lewej (można klikać i powiększać do woli). Prawdopodobnie wiem dlaczego i po co został napisany, bo sama, w którymś z moich notatników grafomana wybazgrałam coś podobnego, używając podobnych słów i porównań. Choć pewnie nie mnie jednej i nie jednemu Wegnerowi przez głowę przeszły podobne myśli podczas włóczenia się po górach. Swoją drogą dawno mnie tam nie było.

Kiedy jeździ się z jednego festiwalu na drugi, pomimo całej przyjemności, jaką taki festiwal daje, człowiek potrzebuje resetu. Jak wiadomo, najłatwiej i najszybszej osiągnąć go można przez obejrzenie odcinka (albo szesnastu) jakiegoś serialu. Na jednym z polconowych paneli o fantastyce w serialach historycznych tudzież vice versa (który poprowadziłyśmy wespół ze Zwierzem), moja współprowadząca wspominała o „Wikingach”. I wspominała tak sugestywnie, że postanowiłam w końcu serial nadrobić i nie robić wstydu.Vikings-Season-1

Karmienie fiordów z „Wikingami” odbywa się przy dźwiękach skomponowanych przez Trevora Morrisa (odwiedził Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie, którym finiszowałam moje festiwalowe wojaże wakacyjne). To nazwisko chyba spokojnie można umieścić w aktualnej Top 5 kompozytorów, którzy tworzą muzykę głównie do seriali. Tym razem, po chóralnych i (cudnie) gitarowych „Borgiach”, Morris dopasował klimat utworów do skandynawskiej mgły i wiecznie zachmurzonego nieba (choć nie zabraknie utworów mocno tyrtejskich, z obowiązkową orkiestrą zachęcającą wojowników do odejścia w glorii i chwale w stronę Walhalli). Zgryźliwie muszę dodać, że soundtrack wpasował się idealnie nie tylko w deszczowy klimat „Nieba ze stali”, ale również ostatnie dwa tygodnie kompletnie bezpłciowej pogody. Mam wrażenie, że Kanadyjczyk Morris wie, co to znaczy „bad morning”, a uczucia mu towarzyszące prawdopodobnie starał się zawrzeć w „The Sunstone„.

Koniecznie należy wspomnieć o piosence czołówkowej, która jest koncentratem z wszystkiego, co  kojarzy mi się ze Skandynawią. Eksperyment wokalny, down tempo, brak świecidełek i basy, które mogłyby wykładać Mrok i Nikczemność w akademii dementorów. Fever Ray i „If I Had a Heart”, proszę państwa, smacznego.

Jak zabić asasyna w 400 stron

Zawsze mam na komputerze zainstalowane (przynajmniej) trzy gry: pierwszą przechodzę, w drugiej strzelam z łuku/ snajperki w ramach resetu po ciężkim dniu, trzecia to „Arcanum”. Generalnie jestem fanką pada i wsadu od lat najmłodszych i zazwyczaj daję szansę książkom na podstawie moich ulubionych gier.

No, i zawsze się srogo zawodzę. Nie trafiłam jeszcze na taką, która byłaby napisana na poziomie wyższym niż przeciętny. Nie to, że często za nie chwytam, ale jednak.

Ostatnio wymogły to na mnie okoliczności. Jako że jestem człowiekiem, który musi przeznaczyć część swoich wakacji na przyzwanie pracy magisterskiej z innego wymiaru (w tym jej nie ma, zatem musi być w innym, to oczywiste), więc dni upływają mi na klapaniu w klawisz w tempie panicznym. W efekcie wieczorem mój pociąg do komputera jest żaden, nawet „Assassin’s Creed” nie kusi. A tęsknota za uganianiem się po dachach jest. No, i jak tu pogodzić dwie półkule mózgowe kobiety? W roli deus ex machina: półka z książkami.

Z serii AC czytałam już „Ostatnią krucjatę” (książkowa wersja historii Altaira) i byłam szczerze zaskoczona, z jaką łatwością Bowdenowi udało się za pomocą pióra zamordować tak genialną fabułę gry. W „Porzuconych” było dużo lepiej, ale i tym razem autor nie zawiódł mnie i mnie zawiódł. Tak. Dokładnie tak powinno brzmieć to zdanie.
1] Książka pisana jest w formie dziennika ojca Connora, głównego bohatera trzeciej części gry. Przy dacie 1757 czytamy: „świat toczył wojnę siedmioletnią”. Hm. Może się czepiam, ale jest bardzo mało prawdopodobne, że w trzecim roku (albo pierwszym, zależy z którym historykiem się zgadzamy) tego konfliktu ludzie potrafili przewidzieć, ile jeszcze potrwa.
2] Patrz: zdjęcie numero duo.

(po większą ilość marudzenia należy kliknąć tu: TU)
No, ale. Po co się starać, żeby napisać porządnie książkę, którą „fani i tak kupią”. Bowden mógł zabić, więc zabił. Po raz kolejny. Nikt nie morduje asasynów tak, jak Bowden.
…i pomimo całej mojej miłości do Jespera Kyda, który udźwięcznił kilka części „Assassin’s Creed”. Pomimo mojej miłości do soundtracku z części trzeciej, stworzonego przez Lorne Balfe, ulubionego miniona Hansa Zimmera… słuchałam czegoś zupełnie innego.
Historię Connora oraz rodzin Hatfieldów i McCoy’ów dzieli ładny wiek. Mimo to, ścieżka dźwiękowa do mini serialu o kółku wzajemnej nienawiści pomiędzy nimi bardzo ładnie mi się wpasowała w lekturę. John Debney zrobił bardzo klimatyczny kawałek dobrej roboty: folkowe skrzypce, świetna gitara, a orkiestra wchodzi dokładnie wtedy, kiedy wejść powinna. No, i bardzo ładne „I Know These Hills” z Sarą Beck na wokalu.

Książka może niekoniecznie, ale score z „Hatfields & McCoys” jak najbardziej.