Dzienniki bateryjki*

  • SŁOWA: RAINBOW ROWELL, „ELEONORA I PARK”
  • MUZYKA: P.O.D. „PAYABLE ON DEATH”

– Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna… Wszystko dzieje się w latach 80. Główna bohaterka chodzi do liceum. Jest ruda, gruba i ubiera się w losowe ciuchy…

– O! To ja z gimnazjum!

Tak sobie rozmawiałyśmy miesiąc temu z Moniką Frankiewicz w siedzibie Wydawnictwa Otwarte (mają cudowny taras) o „Eleonorze i Parku”, których uczucie wyraża się nie tylko poprzez dzielenie jednego walkmana. Książkę od razu wgrano mi na Kundelka i zaczęłam swoją podróż sentymentalną w przeszłość.

Wróciłam aż do rzeczonego gimnazjum, przez które starałam się przebrnąć na początku aktualnego tysiąclecia. Owszem, byłam gruba, rudość na głowie miałam z tubki, a mój styl ubierania (wzorowany na tym, jak się nosili czołowi dziennikarze muzyczni tego kraju) był szeroko komentowany na korytarzach szkolnych przez ładne dziewczyny z kółka tanecznego. Oczywiście, zamiast się nimi przejmować zajmowałam się oglądaniem offowego kina amerykańskiego i czytaniem Orwella w niezachwianym przeświadczeniu, że czyni mnie to lepszą od nich (później przeświadczenie się zachwiało i padło na pyszczek).

Klisza, prawda?

Absolutną podstawą mojego życia były dwie rzeczy. Po pierwsze, muzyka. „Eleonora i Park” wydali mi się tym bardziej sentymentalni, że w gimnazjum nie miałam discmana. Nie mówiąc już o tej pożądanej nowince technicznej, jaką były odtwarzacze mp3 (creative zen na przykład).

 łokmen

Na discmana nie było mnie stać; albo inaczej: jeśli już miałam jakąś kasę, to wolałam ją wydawać na nowe płyty/ kasety. Za to miałam świetnego walkmana. I genialne, stare kolumny wielkości stołka barowego. Działają jeszcze. Dzisiaj już takich nie robią. Spędzałam mnóstwo czasu leżąc na podłodze z głową między nimi, rozkładając „Chateau” Roba Dougana na czynniki pierwsze („I obój!”*).

Drugą rzeczą było pisanie. Opowiadań, powieści, recenzji, wszystko „do folderu”. Pisałam też bloga. I dziennik. Postanowiłam, że nigdy tych nastu zeszytów nie spalę. I nie spaliłam.

„…I zostanę recenzentką muzyczną. To jedyne, na czym się znam, a pisanie, to jedyne co potrafię.

– to ja, lat 14. Proszę się nie śmiać. Zamiłowanie do egzaltacji zostało mi do dzisiaj.

Bardzo dużo piszę w nich o muzyce. Na przykład jest taki fragment, w którym starałam się przewidzieć, co się stanie z artystami, którzy wtedy byli na topie (pomyliłam się w przypadku Craiga Davida, niestety). Albo taki, naskrobany przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz w góry (do dzisiaj mam tak, że kiedy szlajam się po górach, nie słucham muzyki – no, chyba że tej, co wiecznie gra mi w głowie).

„Po co próbuję się nasłuchać P.O.D., skoro to niemożliwe?”

Pisałam o koncertach, na które chciałabym iść (kilka marzeń się spełniło) i o płytach, które nagminnie pożyczałam od znajomych. Poza tym, był to też czas, kiedy odkryłam muzykę filmową, głównie za sprawą „Matriksa” (który mnie wychował) i Roba Dougana (który jest odpowiedzialny za moją słabość do muzyki instrumentalnej mieszanej z elektroniką i australijskiego akcentu).

„Płyty przyszły. „Fundamental elements of Southtown” P.O.D. i muzyka z „Matrix: Reloaded”. (…) Znalazłam tam prawdziwy damencik, który odstaje od całości: Dave Matthews Band, „When the world ends”. Wokalista rewelacyjnie stopniuje emocje. Poza tym doszłam do wniosku, że Rob Dougan to geniusz.”

(Bo faktycznie tak jest. Aczkolwiek nie mogę odnaleźć moich zapisków z pierwszego przesłuchania „Furious angels”, jego pierwszej i jedynej solowej płyty. Znam jej każdą nutkę. Mogłabym ją wyśpiewać na jakimś karaoke bez tekstu pomocniczego.)

„Zmówiłam płytę OXY.GEN. W sklepie muzycznym zapytali mnie, czy to jakiś polski zespół. Ręce mi opadły…”

(Bardzo się cieszę, że ją kupiłam wtedy, bo dzisiaj jest praktycznie nie do dostania…)

„Kazik Staszewski i Tom Waits. Już mi się podoba ta płyta, a jestem dopiero przy trzeciej piosence.”

(Kazik zapoznał mnie z Tomem.)

I takie tam, takie tam… Dlatego podczas czytania „Eleonory i Parka” postanowiłam wybrać którąś z płyt zarzynanych przeze mnie w gimnazjum własnie. Padło na P.O.D. Musiało paść na P.O.D. I na „Payable on Death”. To pierwsza płyta, którą zakupiłam w dniu premiery, tak bardzo na nią czekałam. I do dzisiaj mam ciary słuchając „Sleeping Awake”.

Oprócz muzyki w dziennikach dużo piszę też o Bogu i, oczywiście, pierwszych miłościach. Takich na spojrzenia, dotykanie dłoni mimochodem i wmawianie sobie, że ktoś to uczucie odwzajemnia. Rainbow Rowell bardzo pięknie oddała tę subtelność i słodkość, która rządziła tamtymi zauroczeniami. Wypada bardzo realistycznie w porównaniu z treścią moich dzienników popełnianą w latach nastoletnich. Może dlatego, że kiedy odwinęłam skrzydełko „Eleonory i Parka”, żeby zobaczyć zdjęcie pisarki, mrugnęła do mnie Eleonora? Monika F. i Bartek W. z Otwartego też uważają, że to nie przypadek. Mamy teorię, że autorka chwyciła swoje dzienniki z „dawnych czasów”, poprawiła lekko składnię i wypuściła jako powieść.

Powieść nie tylko uroczą, ale i mądrą. Przez pół książki myślałam, że chodzi w niej tylko o to: pokazanie, jak rozwija się uczucie pomiędzy dwójką nastolatków w sposób bliższy prawdy niż „spojrzała na jego umięśniony tors i nagle zapragnęła się do niego przytulić, ale nie miała czasu, bo akurat atakowała ich chmara wrogich im istot nadnaturalnych (poza tym ich miłość była zakazana, no i musiała się jeszcze zdecydować, czy nie chce się przytulić do równie umięśnionego najlepszego przyjaciela, który również pojawia się w jej snach)”. Nawet gdyby Rainbow poprzestała na prostej opowieści i prostym uczuciu, jej empatia w przelaniu rzeczonego na papier by mi wystarczyła. Ale „Eleonora i Park” to nie laska lukrecji. I to też było w tej opowieści piękne.

Na szczęście z sytuacją Eleonory nie każdy się będzie utożsamiał dosłownie, ale wydaje mi się, że „Eleonora i Park” i tak jest książką biograficzną, na swój sposób. Dla każdego z nas. Nie tylko dla tych, którzy swoją „młodość” spędzali w towarzystwie walkmana, ale i dla tych, którzy polecają sobie rzeczy na spotifaju. Przynajmniej mam taka cichą nadzieję, że wy przeżywacie swoje gimnazjum tak samo jak przeżywałam ja. Właściwie to życzę wam, drogie pokolenie (która to już literka alfabetu?) tej uroczej subtelności w spojrzeniach i egzaltowanej dramy w przeżywaniu niespełnionej miłości (obyście nie mieli większych problemów). Bo to jest prawdziwe, szczere i realistyczne. Przede wszystkim jednak – dużo słowa i jeszcze więcej muzyki. Inspirującej. Takiej, która was ukształtuje i wychowa.

___________

*] Prywata. Tytuł zrozumie tylko anoriell. Której dedykuję wpis. Po mojej śmierci wszystkie moje dzienniki dziedziczysz Ty, zdania nie zmieniłam. I naprawdę nie chcę gryźć (choć piszesz naprawdę dziwne rzeczy o wojskowej propagandzie ;) ). There is no spoon. Still.

TEN moment każdej wojny

  • SŁOWA: SUZANNE COLLINS, „KOSOGŁOS”; VICTORIA AVEYARD, „CZERWONA KRÓLOWA”
  • MUZYKA: PETER & JACOB „THE RED QUEEN”; „HUNGER GAMES: CATCHING FIRE OST”

Zaczęło się od piosenki.

Choć jeszcze wcześniej był telefon od kolegi z wydawnictwa, który zapytał, czy może podrzucić mi powyższą. Puenta rozmowy była taka, że owszem, może, razem z książką (ha, ha).

Lubię tę nową modę opakowywania książek w jakiś kolorowy marketing, bo jest na ambitnym poziomie (jeszcze, za kilka lat pewnie sprowadzi się do wkładek z reklamami wklejonymi między treść). To znaczy takim, że nawet jeśli sedno, czyli literatura, okaże się średnio interesująca, to nadal nie czuję się oszukana, bo opakowanie mi to rekompensuje (jak w przypadku „Endgame”). Wtedy cieszę się kreatywnością ludzi od promocji, po prostu. Zdolne chłopaki i dziewczyny z Otwartego wpadli na pomysł, żeby w Polsce promować książkę muzyką, w dodatku cudownie gitarową, uzupełnioną bardzo ładną animacją. I tak powstała piosenka Petera & Jacoba, którą wrzuciłam sobie na respirator mp3 i tak sobie chodzimy razem od jakiegoś czasu.

…kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „Czerwonej królowej” na mojej twarzy pojawiło się wielkie skrzywienie, bo liczyłam, że będzie to YA, które przyniesie zaszczyt gatunkowi. Podobne uczucie szarga mną w momentach, kiedy zakochuje się w ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, a później oglądam go w kinie i obraz nie trafia do mnie już tak bardzo. Dla pewności zajrzałam na blog Dżuli, żeby przeczytać jej recenzję i okazało się, że jej myśli w temacie ją odwrotnie proporcjonalne do moich, a wszak Dżuli dobra jest w te klocki. Aż przestraszyłam się, że po prostu gorzknieję w starości i już nigdy nie będę mogła przeczytać żadnego YA z myślą „O, jakie to dobre”. Tylko zawsze będę szukała drobiazgów (?), do których można się przyczepić, a na Twitterze będę prowadzić żałosną krucjatę „Czy naprawdę wszyscy to łyknęli?”.  Że niby jestem taka mądra, dorosła i światła.

Mam niezwykle duże wymagania względem gatunku, bo rozpieściła mnie Pani Collins. Niezwykła Pani Collins.

Chwyciłam więc powtórnie za „Igrzyska śmierci”, które prawdziwie mnie dotknęły, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest taka, jak ją zapamiętałam, czy po prostu przeczytałam ją w idealnym momencie życia, i trochę ją przez to idealizuję. Wyszło na to, że to naprawdę mądra książka. I cenna. A mój problem z „Czerwoną królową” leży głównie w tym, że te książki w ogóle ze sobą porównuję.

„Kosogłosa” czytałam w okolicach premiery adaptacji „Igrzysk śmierci” (tak, najpierw było kino, później książka, nie jestem purystą w tej kwestii). W głośnikach leciało „Sarvation” Thomasa Bergersena, a mnie, ze strony na stronę, każde zdanie zaskakiwało co raz bardziej, bo docierało do mnie, że

„Igrzyska śmierci” to nie jest książka rewolucji. Ani o zwyciężaniu złych przez tych dobrych.

Nie jest to książka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie jest to książka o tym, że miłość do rodziny czy „tej drugiej połówki” wszystko zwycięży. Nie jest to książka o słuszności i pięknie walki, nie usprawiedliwia ona agresji, ofiar i wojny. Nie jest to książka, która powie wprost, czy gra była warta świeczki. I choć nie jesteśmy do takich treści przyzwyczajeni i nie tego spodziewaliśmy się po YA, to gdzieś w środku czujemy, że właśnie tak to wszystko działa. I że jest w tym prawda.

Po lekturze wielu stron opasłych, akademickich podręczników od historii, reportaży, artykułów i wywiadów, po analizie danych, dat, cytatów, po rozmowach z żołnierzami i aktywistami, po tym, jak na placu Rabina wyzywano mnie od zdrajców i najgorszych, bo (w sensie cielesnym, nie ideologicznym) stałam po przeciwnej stronie barykady dochodzę do wniosku, że w każdej, nawet najszlachetniejszej ideologicznie wojnie w końcu ktoś wypowiada te słowa:

Niestety.

Może kiedyś wyśmieję ten akapit, ale dzisiaj, na świeżo po przeczytaniu „Kosogłosa” po raz drugi wydaje mi się, że scena, w której siódemka ocalałych zwycięzców głosuje w sprawie zorganizowania ostatnich Głodowych Igrzysk tłumaczy jakiś straszny mechanizm tego świata.

[!] I jeśli scena w filmie zostanie zmieniona albo pominięta, pogłębi się moja nieufność w stosunku do amerykańskiej kinematografii tzw. boksofisowej.

Jest w tej książce niewymuszony morał, bez rozpisywania recepty na to, jak POWINNIŚMY postępować, co często zniechęca, bo przecież jako przedstawiciele najmądrzejszego (aha) gatunku na tym ziemskim padole, nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza. „Igrzyska śmierci” punktują nam grzechy, ale bez wytykania ich, bez głośnego obśmiewania, a nawet bez usprawiedliwiania ich. Jedynym elementem oceniającym czyny bohaterów są ich konsekwencje.

I za to bardzo cenię Suzanne Collins.

 

Dlaczego Żulczyk

No, właśnie.

Skoro w jego książkach na kilkuset stronach rozmazany jest koncentrat całego zła tego świata. Gdybyśmy spotkali jego bohaterów na ulicy, odróciliśmy wzrok, żeby tylko nas nie zauwazyli i nie zapamiętali, a kiedy czytamy o nich w ksiązkach – mamy ochotę ich przytulić i wmówić, że życie jeszcze może się ułożyć jak w bajkach Disnay’a (ba! że każdy ma do tego prawo). Dlaczego Żulczyk, skoro masakruje wszystkie rzeczy, w które chcemy wierzyć (bo wychowaliśmy się na w/w bajkach).

Skąd on mi się bierze skoro jego bohaterom nie wychodza rewolucje, miłość im nie wychodzi, nawet biznes.

Cięcie.

Jakie te teksty są… nie do końca dobre. Słucham tej płyty po latach pięciu i wychodzi na to, że nie jest spójna w żaden sposób. Najpierw teksty o balowaniu pod wpływem, a później o dziecku z miesiem w rączkach. Nie mówiąc już o tym hymnie uwłaczającym heroinie.

No, ale NELL poznałam na koncercie juwenaliowym w Żaczku, wiec to studenci, jeszcze jedną nogą w garażu.

Cięcie.

Wchodzi im za to wiele rzeczy. Kokaina na przykład.

Żulczyk dlatego, że zawsze, kiedy go czytam, czy to jest „Radio Armageddon”, czy „Ślepnąc…”, czy jakiś thriller dziejący się na krakowskich alejach („Instytut”) to za każdym razem mam wrażenie, że ktoś przetłumaczył te książki z polskiego na mój osobisty język, moją poetykę i moją wrażliwość na tekst. To jest język, którym myślę, kiedy akurat myślę po polsku, piszę nim, kiedy akurat nikt nie patrzy i język, który gwarantuje, że będę się zaczytywać w książce nim napisanej, niezależnie od treści.

Nie znam takiej Warszawy. Nie znam nawet takiego Krakowa. Nie znam taki ludzi. Fakt, że mogą istnieć moja wyobraźnia umiejscawia gdzieś na tyłach, bliżej fikcji literackiej. Aczkolwiek przyznać muszę, że po czterech miesiącach w stolicy nadal mam wrażenie, jakbym patrzyła na wielką fasadę, jakbym przemieszczała się po planie filmowym wypełnionym scenografią ze styropianu, tektury i papier mache. Jeśli już się tak sobie zwierzamy, póki co nie czuję, żeby za tą fasadą ukrywało się coś więcej.

Może to i lepiej, bo gdybym poczuła to ciężkie, ciemnem bijące serce, o który pisze Pan Żulczyk, to mogłoby mi nie być tak dobrze tutaj. Może faktycznie lepiej nie wychodzić poza scenografię.

Cięcie.

//media.myspace.com/play/song/impossibly-true-live-at-pr3-70777378-77913381

Cięcie.

10, ale 12

Nominowali mnie kolega Radiowy Janek, Kasia Koczułap oraz Szaci, którego znałam jeszcze w czasach, kiedy filmy pożyczało się na płytach cd.

To nie są książki, które uważam za najlepsze, najbardziej wciągające czy nawet ulubione. One naprawdę zmieniły moje życie. Postanowiłam podejść do tematu poważnie. Dlatego jest ich dwanaście, nie dziesięć i to w kolejności chronologicznej.

1. „Przygody kota Filemona” – Marek Nejman , Sławomir Grabowski

Miałam pięć lat. Ledwo zaczęłam czytać. I pisać.

Była taka księgarnia na osiedlu, do której zawsze, ale to zawsze musiałyśmy wejść z moją Mum. Ja czułam zew, a ona uginała się pod dziecięcym terrorem. Nie pamiętam już JAK tam pachniało, ale wiem, że genialnie. No, i na wystawie była książka o kotach, które kochałam zanim jeszcze opanowały internety. Wielka, w twardej oprawie, z pięknymi obrazkami. Deptałam obok niej bardzo długo, zanim Mum mi ją kupiła, przeczytałam bardzo szybko, a później… cóż. Napisałam swój pierwszy i jedyny w życiu fanfik. Pamiętam, że traktował o Filemonie, który wlazł na strych, znalazł tam jakieś stare, rozpadające się łóżko i w materacu zrobił sobie domek.

Opowiadanie miało chwytliwy tytuł („Dom w łóżku”), sześć zdań, pięknie zdobioną okładkę i ilustrację. Rękopis zaginął, ale książkę, która je zainspirowała, mam do dzisiaj.

2. „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – C.S. Lewis

Ta książka była mi pisana. Kiedy miałam osiem lat jakaś opiekunka na koloniach nam ją opowiedziała (nie przyznając się, że to na motywach książki). Fakt ten odnotowałam skrupulatnie w dzienniczku, który zaczęłam w tym czasie prowadzić, a opiekunka została moją ulubioną. Parę miesięcy później trafiłam na książkowy pierwowzór w szkolnej bibliotece. I część za częścią…

Moje ulubione to dwie ostatnie. Kurczę, nie mogę przeżyć, że zarzucili ekranizacje, bo każdą swoją cząstką czekałam na część szóstą i pieśń stworzenia wyśpiewaną przez Aslana.

Kto by ją skomponował? Kto zaśpiewał? No? No?

P.S. Przy okazji chciałam przypomnieć, że za „Problem Zuzanny” Gaimanowi przebiję kiedyś opony w aucie. Albo przynajmniej mu wygarnę.

P.S. 2 Tak, byłam w Narnii.

P.S. 3 Doskonały dowód na to, że ta książka mnie prześladuje:

Pan na pchlim targu w Jafie sprzedawał jedną książkę, w dodatku za 10 szekli (normalnie książki w Izraelu kosztują ze 100). I co to było? No co? „Sipurej Narnia”.

3. Oczywiście Harry Potter Pani Rowling.

Tak, w Hogwarcie też byłam. W Gryffindorze. Proszszszsz:

W sumie nie wiem dlaczego wysłali mnie do brytyjskiej szkoły magii zamiast do polskiej, ale nie wnikam.

Potter z kilku powodów. To pierwsza książka, którą przeżyłam całą sobą i z którą się identyfikowałam w jakiś sposób. W zasadzie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli filmem, który mnie wychował jest „Matrix”, to książkowym odpowiednikiem jest seria o Potterze właśnie. Nie rzucam może cytatami z Dumbledora, ale do głowy wbił mi się ogólny pogląd na wartości, poświęcenie i konieczność zrozumienia zła. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak tak banalne kwestie udało się Rowling umieścić w tak niebanalnej otoczce.

Poza tym jestem dumnym rocznikiem, który rósł razem z Harrym, a nowe części zawsze pojawiały się w księgarniach w okolicach moich urodzin. Zarywałam noce, żeby je przeczytać za jednym zamachem. Szóstą część skończyłam o 6.30 nad ranem przy dźwiękach „Lux Aeterna” w wersji orkiestrowej („Requiem for a Tower”), od której zaczęła się moja słabość do muzyki z trailerów.

W ogóle to przekleję wam cytat z mojego starego bloga. Scenka rodzajowa, na faktach (autentycznych):

Mój Młody Padawan (nowa, oficjalna ksywka dla Siostrzeńca Harry’ego, który z wiekiem co raz bardziej, o zgrozo, wdaje się w ciotkę): A ja sobie rozwaliłem rękę! Patrz jaką mam bliznę! (pokazuje mi prosta kreskę długości maks trzech centymetrów)
Ciocia Fiol: Jaaaaaa! Jak prawdziwy wojownik!
Mój Młody Padawan: NO! Szkoda, że nie jak Harry Potter, w kształcie błyskawicy…
Ciocia Fiol: A pamiętasz, co mówił Dumbledore o swojej bliźnie?
Mój Młody Padawan: No! Że jest mapą!
Ciocia Fiol: No. I że jest bardzo przydatna, bo to mapa metra londyńskiego i dzięki temu nigdy się tam nie gubi.
Mój Młody Padawan: Fajnie…
Ciocia Fiol: A ty masz mapę metra warszawskiego, wiesz?
Mój Młody Padawan: Tak?…

Z „Improwizacji mniejszej„.

4. Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, musiał pojawić się drugi Inkling. Tolkien jest moim Mistrzem. Absolutnym. I to nie są puste słowa, które tak sobie wypisuję, żeby przyszpanować, jaka to nie jestem old schoolowa względem fantasy (i w dodatku trochę gadam w Sindarinie). Uważam, że Pan T. zaczyna się po „Hobbicie” i „Władcy Pierścieni”, a jego najcenniejszą rzeczą, którą nam po sobie zostawił są te zaczątki „Silmarillionu” i „Listy”, w których znajdziemy mnóstwo wyjaśnień na temat Śródziemia.

Bardzo cierpię, kiedy popkultura powiela wypaczone postrzeganie ras Śródziemia. Chyba najbardziej przykrym dla mnie przykładem są Elfowie (TAK! NIE ELFY!). Generalnie zawsze mają +3 do szybkości +5 do zręczności +7 do zniewieścienia i bonusy do magii.

A wiecie, że Elfowie Tolkiena nie używali magii? Wcale. Ani grama.

„Silmarillion” wyrobił we mnie pewne nawyki w kwestii samego pisania. Skrupulatności, staranności i nie chodzenia na kompromisy z tym, „co się sprzeda”. Przede wszystkim jednak nauczył mnie odpowiedzialności za to, co piszę.

Właśnie dlatego nie wydałam jeszcze żadnej książki.

P.S. Frodo nie oparł się Cieniowi i Pierścieniowi. Przegrał na samym, samiutkim końcu. Zauważyliście?

5. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” – Dorota Masłowska

To jest książka, która zwróciła mi uwagę na to, że słowa są narzędziem, które można wykorzystywać kreatywnie i nadal będzie to literatura. A jako że narzędzie to jest cudownie giętkie, można je dostosować pod siebie tak, żeby być sobą, kiedy się pisze. Po „Wojnie…” zaczęłam się przyglądać słowom dokładniej.

Poza tym, jako trzynastolatka, deklamowałam końcowe fragmenty tej książki na konkursie recytatorskim, podczas kiedy moja koleżanka, dla kontrastu, w repertuarze miała jakiś wiersz o osiołku.

Piszę o tym dlatego, bo dzisiaj obie robimy to, co kochamy (koleżanka śpiewa i tańczy w musicalach tudzież dubbinguje główne bohaterki seriali Disney Channel). Więc pointa jest taka, że spełnienie życiowych marzeń wcale nie zależy od tego, co się mówi na konkursach recytatorskich.

6. „Przesunąć horyzont” – Martyna Wojciechowska

Mam osiemnaście lat, jestem dziewczynką podróżującą głównie po Śródziemiu i WTEM! dostaję od siostry książkę Martyny Wojciechowskiej, którą znam głównie ze szklanego ekranu, którym gardzę. Pani Wojciechowska na okładce jest zasmarkana, scenicznego mejkapu brak. Zaglądam ciekawie na pierwszą stronę…

Przez tę książkę przypomniało mi się, że wcale nie jestem domatorem. Po niej wchłonęłam, oczywiście, wszystkie Pawlikowskie, Cejrowskich, „Dotknięcie pustki” i innych Pałkiewiczów.

Ciekawostka. Pamiętam, że jedną Pawlikowską czytałam przy tym (proszę przymknąć swoje estetyczne oko i cieszyć się świadomością, że nawet zaśpiewy mnichów buddyjskich można sprzedać w wersji pop):

… a później przyszedł czas na Kapuścińskiego, dzienniki misjonarzy z czasów hiszpańskiego podboju Ameryki, Marco Polo nawet… a później i na podróże własne znalazł się czas.

7. „Dziady” – Adam Mickiewicz

Zawsze chichoczę, kiedy ludzie opowiadają o „Panu Tadeuszu” jako o „epopei narodowej”. To jest coś, czego wam nie powiedzą na polskim, ale to dziełko było rozbudowanym i finezyjnym żartem komponowanym na potrzeby zapełnienia czasu na wieczornych spędach z kumplami (wśród nich: Fredro, który dopisał sławną XIII księgę). Cóż, nie było jutjóba. Mickiewicz cały dzień pisał, wieczorem odczytywał kolejny fragment ku uciesze i na zdrowie. No, ale że swój wiek już miał, to każdy żarcik przeradzał się w Dzieło ze Znaczeniem.

Wolę Mickiewicza młodego. Tego, który pisał nocami i zasypiał na swoim biurku. Którym targało coś tak niesamowicie silnego, że się z Bogiem chciał wykłócać. W którego „Wielkiej Improwizacji” natężenie egzaltacji czyni przester, ale jest to tak niesamowicie prawdziwe i szczere, że trudno się z tym nie zgodzić. To są emocje spotęgowane przez młodość i poezję. Dla mnie to kwintesencja nastoletniego buntu artysty (choć Mickiewicz, kiedy „Improwizację” pisał, nastolatkiem już nie był).

Jeśli jestem czyjąkolwiek fanką, to Mickiewicza właśnie. Serio, mogłabym nosić koszulkę z jego licem.

8. „Dzienniki rewolucyjne” – Ernesto „Che” Guevara

Jest tam taka scena, którą pamiętam szczególnie dobrze. Młody Guevara, w ogniu walki ma sekundę na to, żeby zdecydować, co zabiera ze sobą: torbę z przyrządami lekarskimi, czy skrzynkę z amunicją. Ponoć to był moment, kiedy określił, kim jest „BARDZIEJ”: lekarzem, czy rewolucjonistą.

Zawsze patrzę sobie na ręce po dokonaniu podobnych wyborów, bo wierzę, że mówią prawdę.

Btw, wybrał skrzynkę z amunicją.

9. Miasto śniących książek -Walter Moers

Kontynuując wątek „Cierpienia młodego pisarza”. Przeczytałam tę książkę, kiedy miałam kryzys na zasadzie „a jeśli nigdy mi się nie uda” tudzież „a jeśli wcale nie umiem pisać” jak również „to całe moje pisanie jest bez sensu”.

Fleszbek. Mam siedemnaście lat i poznaję Pana Pisarza, z którym rozmawiamy o „rzemiośle”. Na głos zastanawiam się, czy przypadkiem nie wmówiłam sobie tego pisania, czy tym pisarzem, to trochę samozwańczo nie zostałam, czy sobie sama korony na łepek nie założyłam. A on mi zadał jedno pytanie. Na które odpowiedziałam twierdząco. „A więc jesteś pisarką” – rzekł on.

Pytanie zachowam dla siebie.

Ale napiszę tyle, że kiedy czytałam „Miasto śniących…”, w szczególności fragmenty o Ormie, to wszystko we mnie grało ze wzruszenia i wdzięczności, że to znam, że wiem, jak to jest.

P.S. Nie, Orm to nie Wena. Wena do pisania nie jest do niczego potrzebna. W zasadzie tylko przeszkadza.

P.S. 2. „Miasto śniących…” jest dla mnie jedną z trzech najważniejszych książek w życiu. Mimo to, nie mam jej na półce. Mam za to dwa inne dzieła wpółanonimowego Pana Moersa.

10. „Twierdza Beaufort”  – Ron Leshem

Fascynują mnie żołnierze.

Cahal – najprzystojniejsza armia na świecie. Gdyby stali przodem, system by się wam zawiesił od nadmiaru przeżyć estetycznych.

Zainteresowanie to wykracza daleko poza słabość do munduru (przy ogólnej niechęci względem idei zabijania innych ludzi). Obserwuję ich, zbieram opowieści i dużo z nimi rozmawiam. (Na szczęście, potrafię wytłumaczyć dlaczego)

Nie mogę napisać, że wszystko zaczęło się od tej książki, bo postaci wojowników ciekawiły (i imponowały) mi od zawsze. Ale to Leshem odważył się zajrzeć tym chłopakom do głów i zmusił mnie do zadania kilku pytań na temat żołnierskiego umysłu, na które do dzisiaj szukam odpowiedzi.

11. „13 wojen i jedna” – Krzysztof Miller

Wojna mnie ciekawi. Bo „fascynuje” to nieodpowiednie słowo w jej kontekście, choć gdybym go użyła, wyszłoby fajne powtórzenie.

Chciałabym wyjaśnić wam, co mnie do niej ciągnie, dlaczego w Hebronie noce spędzałam siedząc na dachu i wsłuchując się w demonstracje, krzyki i wybuchy granatów. Nie wiem. Choć mam teorię na ten temat. Ja się po prostu bałam, że kiedyś ją zobaczę.

Taka myśl mnie naszła sześć lat temu, kiedy obejrzałam po raz pierwszy „Walc z Bashirem”. Później oglądałam co raz więcej filmów wojennych, czytałam co raz więcej reportaży, aż w końcu, niedawno trafiłam na książkę, której udało się wpłynąć na mnie tak, że uwierzyłam, że w końcu (?) ją zobaczyłam.

12. Księga Wyjścia – Szef Wszechmogący

Można by było cisnąc całą Bibilię ogółem, albo najlepiej w ogóle całe Qumran, żeby się nie rozdrabniać („Reguła Wojny”, mmmm… cud tudzież miód). Ale nie o to chodzi, żeby zrobić z tego jakiś manifest wiary, w twarz całemu internetowi. Nie.

W zasadzie moje życie zmieniła Księga Ozeasza, później Mądrości, ale szczegóły byłoby mi bardzo ciężko wyjaśnić. Natomiast Księga Wyjścia aktualnie jest dla mnie chyba najbardziej inspirująca. Otóż jest sobie gość, który wychował się w szampanie i blichtrze, później zostaje mordercą, a następnie pastuchem, w dodatku się jąka. I takiego oto Mosze – marudę Bóg wysyła na misję tak niemożliwą, że nawet Ethan Hunt by się jej nie tknął.

Generalnie urzeka mnie to, że Bóg w Biblii często wybiera sobie chudych, średnio ogarniętych, narwanych tudzież najmłodszych. Takich Peterów Parkerów tudzież Steve’ów Rogersów.

Czego i wam życzę.

Z cyklu „Jak czytać, żeby przeczytać?”: 100/XX Antologia polskiego reportażu dwudziestego wieku, cz.1

To ważna książka. Wszyscy to wiemy.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że przeczytanie tego tomiszcza może stanowić pewien problem. Ba! Co tam czytanie! Już przyniesienie go do domu to zaawansowana logistycznie wyprawa. Pomyślałam, że warto stworzyć platformę wymiany doświadczeń. Dla potomnych. Dla przyszłych nabywców i czytelników. Co by żyło się łatwiej i, przede wszystkim, żeby się czytało. A nie tylko zakupiło i postawiło na półce obok trzydziestotomowej encyklopedii w neutralnym kolorze grafitu.

A więc.

Zebranie funduszy

159 złotych to, jak wiadomo, 548 kajzerek albo pierwsze cztery części sagi o Harrym Potterze w twardych okładkach. Piechotą nie chodzą. Kiedy jest się studentem, trudno sobie taką kwotę nawet wyobrazić (jak każda kwotą powyżej czternastu złotych dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy). Proponuję zatem przetrząsnąć wszystkie torebki, stare portfele i zimowe płaszcze, a w porywie desperacji – konta w programach lojalnościowych. Ja swoje szczęście odnalazłam na karcie payback, gdzie znajdowały się niewykorzystane punkty z czterech lat, które zbierałam bez fanatyzmu.

Ale zbierałam.

O, jak dobrze, że zbierałam.

Zamówienie

Pani sklepowa: (rzuca zamówienie na ladę) Uouch!… Co to jest, że takie ciężkie?

Moja skromna osoba: Miłość życia. Nie mają państwo mini-taczek jakichś na sklepie?

Pani sklepowa: Nie.

Moja skromna osoba: …a tragarzy do wynajęcia?

Pani sklepowa: Nie. Ale współczuję. Mamy czekoladki Lindt w promocji.

To ponad trzy kilo żywej wagi, więc jeśli jesteście samotna kobietą pełną goryczy do XXI wieku, w którym nikt nie chce wam drzwi otworzyć, nie mówiąc już o złożeniu spontanicznej propozycji poniesienia ciężkich pakunków, to „Antologia” tylko z dostawą do domu.

[!] Swoją drogą nie o takie równouprawnienie walczyłam.

W zasadzie nigdy nie walczyłam o równouprawnienie.

A, i jeśli już upieracie się przy swojej samowystarczalności, to chociaż zadbajcie o to, żeby wyprawa po „100/XX” była wyprawą TYLKO po „100/XX”. Nie „również po zakupy/ inne książki / złote runo”. Nie „przy okazji po uczelni, z której niosę również laptopa, podręczniki i kubek termiczny”. Nie. TYLKO po „100/XX”.

Uczcie się na moich błędach.

…i zrobić artystyczne zdjęcia instagramem, udając że rozumie się zabawę cieniami i półcieniami…

Lans i podjarka

Na Facebooku powstała grupa „Nie wrzuciłem Antologii Reportażu Szczygła na walla, choć to ważna książka”.

A przecież warto się posiadaniem tego tomiszcza pochwalić. Raz, bo jest drogie, a nas stać (ludzie nie muszą wiedzieć, że płaciliśmy walutą payback). Dwa, bo nasze podjaranie to zawsze jakiś dowód na obycie z literaturą ambitną. Trzy, niech zazdroszczą. A co. Chociażby tego, że udało nam się to przytachać do domu bez mini-taczki.

Ale ja się jaram. Jaram się tak bardzo, że z rozpędu, zaraz po wrzuceniu zdjęcia na twitta zaczęłam tomiszcze czytać. Zazdrośćcie. A co.

Czytanie

To dość gruba książeczka. Ale warto ją przeczytać, skoro już tyle za nią zapłaciliśmy. I naderwaliśmy tyle mięśni przy jej transporcie.

Słyszałam już różne rzeczy. Na Twitterze ktoś biadolił, że „Kiedy ja to przeczytam?”. A moja koleżanka baletnica (niezwykle zarobione dziewczę, ale z wielką miłością do reportażu w serduszku) powiedziała szczerze: „Ja wiem, że to kupię, ale nigdy tego nie przeczytam”. Wprost, ale z wielkim żalem i strachem, że faktycznie tak się może stać.

Ależ błagam was. Kto chce, ten przeczyta.

Tym bardziej, że to jest naprawdę świetna książka do czytania przy okazji, na boku, do podusi.

Ja obrałam system „Jeden reportaż dziennie”, aczkolwiek rzadko się z niego wywiązuję, bo jak czytam jeden, to zaraz chce mi się z rozpędu wciągnąć następny. A jak krótki, to i trzeci. Więcej na raz chyba i tak bym nie dała rady, bo to jednak coś, nad czym trzeba się pochylić i zaangażować nie tylko oko, ucho, móżdżek, ale też siły i cała naszą wrażliwość.

I tak oto, bez większego wysiłku, jestem już w połowie pierwszego tomu.

Bo czytam w kolejności.

Gdyby jednak ktoś wolał czytać na wyrywki (też można, czemu nie), potrzebował wskazówek i z jakiegoś powodu uznał, że jestem odpowiednią osobą do owych udzielania, przyda mu się dalsza część notki.

~ * ~

Pomyślałam sobie, że trudno napisać jest coś o reportażach zawartych w „100/XX”, bo Pan redaktor Szczygieł zrobił to lepiej (łatwo jest napisać o nich zbiorczo, a słowem-wytrychem w tym wypadku jest „monumentalna”). Zamieszczam jednak listę tych tekstów z pierwszej połowy pierwszego tomu, które poruszyły mnie najbardziej. Razem z komentarzami – tymi głupiutkimi i tymi mądrzejszymi.

Ciąg dalszy nastąpi.

~ * ~

Janusz Korczak

Znałam Korczaka głównie z jego tekstów na temat dzieci (czytanych po hebrajsku z resztą). To on. Ta sama wrażliwość i empatia dla ludzi, których nikomu nie chciało się zrozumieć.

Wacław Sieroszewski

„Kartka z podróży” tak sugestywnie napisana, że w pokoju rozpętała mi się burza śnieżna (połowa marca). TAKIE opisy czynić. Marzenie każdego grafomana.

Władysław Stanisław Reymont

„Uciekł do Niemiec z przygodnie poznanym spirytystą” – może bym jednak przeczytała jakąś jego powieść?

Juliusz Kanen-Bandrowski

Jeden z moich ulubionych reportaży z tego zbioru. Felek, wannabe-żołnierz, gimbaza wzruszająca. Aż mi się przypomniało opowiadanie Piekary ze zbioru „Księga wojny”, o którym już pisałam: „Artur Potter Lwie Serce”.

Stefan Bryła

Bardzo aktualny reportaż. Jedziemy zagranico i dziwimy się temu, co tam znajdziemy. Choć wydaje mi się, że częściej dziwujemy sie temu, co znajdziemy w swojej własnej ojczyźnie. I często dajemy temu wyraz na kwejku.

Tadeusz Staniewski

Superciekawy reportaż historyczny o strajku dzieci we Wrześni. Przynajmniej dla mnie, historyka.

Józef Moszyński

Motto Skalskiego we wstępie: „Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. I ja się z tym zgadzam.

Jan Parandowski

Który pojechał do Grecji dopiero po napisaniu swoich „Mitologii”. Czytałam z wielkim zrozumieniem i empatią, bo sama w podobnych okolicznościach pojechałam po raz pierwszy do Izraela – po latach wyczekiwania, tęsknoty i zaczytywania jej kolejnymi książkami.

Zofia Nałkowska

Z wstępu: „po przeczytaniu pointy czytelnik powinien być już trochę innym człowiekiem”. Plus, muszę przyznać, że opis spotkania Pani Liskiej i porucznika Oniewieckiego zmiękczył mi nogi jak prawdziwej babie.

Ewa Szelburg-Zarembina

Zawsze myślałam, że wsparcie lajkowe i wklejanie w opisy emotkowych zniczy to problem naszych czasów. Okazuje się jednak, że wirtualne zaangażowanie połowiczne istniało już wcześniej. Ostatnie linijki reportażu – bardzo mocne.

Myjcie owoce. Myjcie.

Zbigniew Uniłowski

Już na drugiej stronie tego reportażu byłam nieszczęśliwie zakochana w autorze. I zazdrościłam mu. Sytuacji, w której się znalazł, pióra, percepcji, reakcji. Po przeczytaniu całości zmieniło się tylko tyle, że pozazdrościłam mu jeszcze pointy.

Nie wiem, czy to moja słabość do munduru się tutaj odzywa, czy słabość do przezdolnych ludzi pióra. Ukochałam bardzo i idę wygrzebać spod ziemi inne dzieła Uniłowskiego.

Konrad Wrzos

Tego nie można pominąć. Po pierwsze: dla historii z obradami Rady Ministrów. Po drugie: dla mocnego wstępu. Po trzecie: dla samego reportażu – bo jak się już wstęp przeczyta, to i tekst należy. A później idziemy do kąta i robimy rewizję zachowań własnych.

W dodatku to reportaż o moim rodzinnym Zawierciu (którego „serce bić nie przestało” chyba tylko z uporu i przewrotności), które nadal nazywane jest „zagłębiem bezrobocia”. Tylko Argentyna jest już inna. Wieżowce zdążyły tam wyrosnąć. W jednym z nich kiedyś mieszkałam.

Antoni Słonimski

Znać Słonimskiego. Pisać recenzje jak Słonimski. Szczególnie to drugie.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, co do iluminacyjnego charakteru tej książki… Czy wersje na czytniki mają podobne bonusy?

Czy powinnam odesłać książki Łukjanience?

Sprawa Ukrainy od początku protestu na Majdanie zajmowała mi bardzo dużo RAMu. Jeszcze więcej zaczęła zajmować podczas eskalacji konfliktu – doszły emocje. Obrazki z telewizji przeżyłam bardzo, a do egzaminów uczyłam się z lewą ręką na linku do odświeżania Twittera. Chciałam tam być. Fizycznie też.

Nie miałam złudzeń, co do mocy sprawczej zachodniej dyplomacji w tej sprawie (pole manewru wąskie niczym wenecka uliczka), ale z rosnącą frustracją czytałam wszystkie oficjalne oświadczenia jej przedstawicieli. Jednak protestujący na Majdanie nie zawstydzili tylko zachodnich struktur politycznych. Zawstydzili też mnie samą, jako osobnika wyrosłego w zachodniej cywilizacji, który za przysłowiowy telefon służbowy i karnet do multisportu będzie siedział cicho i scrollował kwejka. Nawet jak podwyższą Ci wiek emerytalny, ceny za benzynę, wprowadzą czesne za drugi kierunek i podpiszą ACTA… a nie. Jak będą chcieli ACTA podpisać to ruszymy na ulice, bo nie będzie się wtedy dało dalej scrollować kwejka.

Strona główna mojego Twittera jest spełnieniem wizji Plutarcha Heavensbee z „W pierścieniu ognia” o przepływie informacji w mediach Panem

Jaką będzie miała suknię? Chłosty. Jaki będzie wyglądał tort? Egzekucje. Kto będzie na tym ślubie? Strach.

Zdjęcia ofiar przemieszały mi się z opiniami na temat najnowszego odcinka „Arrow”, a doniesienia o posunięciach Rosji z komentarzami z Oscarów. Tylko tyle, że w tym wypadku nie czuwa nad nami żaden prezydent Snow.

Pan Siergiej ma u mnie swój osobny kopczyk.

Powyższe akapity nawiały mi spod palców, czego się chyba spodziewałam, bo nie wiem, jak mogłabym napisać o Ukrainie, nie ujmując tego wątku. A muszę napisać, bo temat wdarł się niespodziewanie w tematykę poruszaną w niniejszym skrawku sieci.

Siergiej Łukjanienko to jedyny rosyjski pisarz fantasy i s-f, którego jestem w stanie czytać bez prześmiewczego chichotu. I od gimnazjum robię to z wielką przyjemnością, bo świat, który stworzył w „Patrolach” jest jednym z najbardziej klimatycznych i kreatywnych, w jakich było mi się dane znaleźć (aczkolwiek „Ostatni patrol” wdaje mi się być słabym zakończeniem serii). I WTEM! czytam sobie na BookLips, o tym, co nawypisywał na swoim blogu.

Zaznaczam, że nie znam rosyjskiego. Jestem więc skazana na tłumaczenia fragmentów zawarte w newsach, których kontekst nie jest dla mnie ujęty zbyt jasno (jak to w newsach). Autor pisze o tym, że Ukraińcy obrażają jego ojczysty język – nie uściślono, w jaki sposób. Można się tylko domyślać, że to coś poważnego, bo zakazał tłumaczenia swoich książek na ukraiński. Nazwał ukraińskich pisarzy, którzy wspierają protest na Majdanie i piszą w języku rosyjskim „półgłówkami” – ale nie jestem pewna za co (za to, że wg niego są hipokrytami?). Dlatego jeśli ktoś z was ma dostęp do tłumaczenia wpisu Łukjanienki w całości – bardzo poproszę. 

Nie ma takiego kraju, jak Ukraina, i nigdy nie powinno być. To będzie albo część Rosji, albo polski protektorat.

To jest kluczowe zdanie, które wywołało najwięcej kontrowersji. Znowu wyrwane z całości, ale można domyślić się jego ogólnego wydźwięku po reakcji samych Ukraińców, którzy w ramach protestu zaczęli odsyłać autorowi jego książki.

Jak to uczą – pojęcie „naród” zdefiniować trudno. I dlatego trudno narodom udowodnić, że są narodem, szczególnie tym, którzy się ocknęli w przeciągu ostatnich 100-150 lat. Palestyńczykom wszyscy wytykają, że nie było mowy o narodzie palestyńskim, do póki za płotem nie pojawili się Żydzi wracający z diaspory. Ale pokażcie mi jeden naród, który wykształcił się bez czynnika „wspólny wróg”. Ponoć narodowi należy się własne, suwerenne państwo. Uważam, że są to rzeczy, których nie można ludziom odmówić, jeśli wspólnie i spójnie wyrazi gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swój własny los.

I przez „suwerenność” mam na myśli głównie suwerenność wewnętrzną (bo w stosunki międzynarodowe i tak jesteśmy wszyscy zakałapućkani na amen, co z resztą widać na załączonym obrazku z Obamą i Krymem w tle). I tutaj Palestyńczyków i Ukraińców łączy to, że po wywalczeniu tego kawałka ziemi dla siebie, sytuacja wymknęła się z rąk owego narodu i przeszła z ręce grupki ludzi, która niekoniecznie temu narodowi odpowiada. Jak to się mogło stać? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem dlaczego w naszym kraju od kilku kadencji rządzą osoby, na których nikt z nas nie głosował (bo przecież nie chodzimy na wybory) i wszyscy się z nich nabijamy. Na szczęście – tylko się nabijamy, a nie boimy się ich.

Jeśli dobrze zrozumiałam, Łukjanienko dziwi się Ukraińcom. Ja się nie dziwię, choć widziałam Ukrainę tylko „z wierzchu”, ale już w tych górnych warstwach było widać, jak  bardzo choruje środek. O korupcji i prawdziwej średniej krajowej opowiadali mi miejscowi. O „zniknięciach” i warunkach, w jakich żyją ludzie w wioskach – też. Sama, oprócz kilku okolicznych wsi (w sensie dosłownym „zabitych dechami”) widziałam tylko Lwów. Miasto, w którym jeździ się albo najnowszymi modelami aut prosto z salonu, albo zardzewiałą blachą na kółkach. W którym przed lśniącą witryną sklepu znanego projektanta stoi babuszka z bukietem kwiatków w ręce, które sprzedaje na sztuki. W którym wszystko jest albo śmiesznie tanie, albo astronomicznie drogie. W którym ludzie „z góry” mają galeony i niedźwiedzie w ogródku za kradzione pieniądze, a zwykli ludzie po wejściu do marszrutki, nawet z końca busika przekazują przez współpasażerów hrywny za przejazd do kierowcy. I nikogo nie trzeba pilnować.

Tam nie było nic pośrodku. Były tylko skrajności. Dlatego uważam, że ewidentnie nie było tam dobrze. I dziwię się Panu Łukjanience, że dziwi się protestującym Ukraińcom. I że jeszcze ich obraża. Ludzi, którzy, jak już wspomniałam, zdołali zawstydzić Zachód i pokazać, że cierpi na chroniczne glinostopie.

Czy w takim wypadku wolno oddzielić osobę autora od (dobrej) literatury, która napisał? Czy należy się tylko dziwić, że „taki fajny autor, a taki dziwny człowiek”? Czy należy wyrzucić ze swojej biblioteczki wszystkich tych, którzy byli np. zadeklarowanymi antysemitami? Czy tylko wystrzegać się zakupu „Mein Kampf”?

A może zrobić coś zupełnie  innego?

Pocztówki ze Śródziemia (z podziękowaniami dla Eda Sheerana)

Fale widzów zalewają kina, a obsługa zasypywana jest pudełkami po popcornie zostawianym przez tłumy. Tak. Kolejna część „Hobbita” na ekranach.

Jako Tolkienowa konserwa z jednej strony mam marudne nastawienie do niektórych elementów, które pokazał nam Jackson w tym filmie, z drugiej zaś jestem w stanie skupić się na pozytywach. Przegiął z wątkiem romantycznym? Owszem, ale za to wygrzebał skądś Pace’a, który chyba jako jedyny aktor skumał, o co Tolkienowi chodziło z tymi całymi Elfami.

O! Ten moment! Ten!
O! Ten moment! Ten!

Tolkien chyba już czeka na niego w zaświatach z nabitą fajką i podziękowaniami.

[!] Naprawdę, wszyscy Ci, którzy przyczynili się do utrwalenia w popkulturze wizerunku Elfa jako zniewieściałego chłopca z bonusami do magii albo skocznej maszyny do zabijania z dystansu powinni iść na karnego jeżyka. Na wieczność.

Równie marudne nastawienie mam do ścieżki dźwiękowej, czego pełny wyraz dałam TUTAJ. Mnóstwo powtórzonych motywów, mnóstwo kalek i wszytko to, co już słyszeliśmy (aczkolwiek momentami całkiem urodziwe, jak na przykład w urzekającym „Feast of Starlight”, które udowadnia, że Shore nadal potrafi robić cuda z obojami i rożkami angielskimi). Marudzenia jednak powtarzać nie będę. Skupmy się na tym, co nie jest kalką z żadnej strony. Nie jest tak bardzo, że według niektórych w ogóle nie pasuje do konwencji.

Skupmy się na Edzie Sheeranie.

Sheeranie, który napisał „I See Fire” w kilka godzin. Sheeranie, który sam sobie nagrał chórki i zagrał na wszystkim, wyłączając wiolonczelę, włączając skrzypce, na których grać nie umiał. Ale potrzebował sobie zagrać, więc się dokształcił szybciutko („It’s similar to a guitar, I guess.” – powiedział w jednym z wywiadów). Sheeranie, który tekstem odwołał się do dzieła, ale tak osobiście, intymnie i indywidualnie, że trudno dopatrywać się w tym utworze choćby śladu legendarnej pieśni (jak to było w „Song of the Lonely Mountain” Neila Finna). Sheeranie, który nie potrzebował pełnej orkiestry, żeby słuchaczy po prostu, najzwyczajniej w świecie dotknąć. A warto dodać, że on pierwszy ze wszystkich artystów nagrywających piosenki promujące do tolkienowej sagi Jacksona się na to odważył. Bardzo dobrze, że ta piosenka powstała.

Generalnie gdyby ktoś mnie zesłał na dożywotnią banicję na pustynię Gobi i pozwolił zabrać ze sobą tylko trzy książki, to jedną z nich na pewno byłby „Silmarillion” Tolkiena.

Uważam i często to powtarzam, że Tolkien zaczyna się po „Władcy Pierścieni” i właśnie na tych ciężkich do przebycia rubieżach należy szukać sedna jego geniuszu. Rozumiem jednak, że łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. Z reguły człowiek żywi (niezrozumiałą dla mnie, historyka) awersję do podręczników, kronik, mitologii oraz legend. Wiem, że nie każdy potrafi przebrnąć przez tak gęste tomiszcza, nie mówiąc już o czerpaniu z tego przyjemności. „Silmarillion” czytałam po pierwszym roku studiów i może właśnie dlatego, że miałam jeszcze świeże rany po walce z sesją, zatopiłam się w to tomiszczę z  zachwytem i skupieniem. Toć to nic innego, jak podręcznik od historii mojego kochanego Śródziemia. Do tego doszedł jeszcze podziw gryzipiórka dla Pisarza.

Cudownie było zajrzeć Mistrzowi do głowy dzięki „Listom”. Z rozbawieniem porównać moje nawyki z jego procesem twórczym. Zagłębić się w pełne pasji wyjaśnienia dotyczące najdrobniejszych szczegółów uniwersum i jego niezwykłą korespondencję z C.S. Lewisem.  Poczytać marudne uwagi skierowane do wydawcy, złośliwe do filmowców i serdeczne do czytelników. A także takie, radosne, krótkie notki:

79134578752911e3b11312f22a685db9_8

Rozczuliłam i uśmiałam się nad tym tomiszczem nie raz. Tolkiena chyba do końca życia traktować będę z wielkim sentymentem. Bo Śródziemie zawsze przedkładałam ponad Narnię, a nawet ponad Hogwart.

[Scena Po Napisach:] Aha. Ed Sheeran niegdyś pisał piosenki dla One Direction.

Kot w stanie pysznym

Gdyby ktoś potrzebował przepisu na zamianę ołowiu w złoto, to proszę bardzo:

ebefd3fa35d611e3b79722000aeb11d7_7

Mam nadzieję, że przykułam waszą uwagę. Teraz przejdźmy do sedna.

Walter (WALTER, nie Łolter) Moers napisał jedną z najważniejszych książek mojego życia. Chwyciłam ją przez przypadek na Rajskiej, przygarnęłam do domu i o mały włos zwróciłabym ją bez czytania. Bez przekonania zagłębiłam się w treść z obrazkami dla przyzwoitości, po dwóch prolongatach. Kilkanaście godzin później stwierdziłam to, co zostało już napisane: „Miasto Śniących Książek” trafia na listę o patetycznym nagłówku „Książki życia mego, hej!”. Jest dla mnie tak ważna, że do dzisiaj jej sobie nie kupiłam (czekam, aż ktoś mi ją da – znajdź tu logikę). Tym bardziej, że Moers wydawany jest pięknie i prezentuje się na półce z największą godnością.

19f3cfe035d711e3a7f822000ae912d2_7
Stylizacja ze świeczką, czyli książkowe szafiarstwo.

Za to posiadam upolowane w taniej księgarni na Grodzkiej „Rumo” (rezerwowa lista „Książek życia mego, hej!”) i „Kota Alchemika”. Tę drugą skończyłam dopiero niedawno, albowiem kiedy ją zaczynałam, czas na nią jeszcze nie nadszedł. Niektóre książki po prostu trzeba czytać w odpowiednim momencie życia, inaczej nie działają.

Trudno opisać to, co robi Moers. Bo kiedy napiszę, że bohaterami jego książek są wybitnie nie-humanoidalne istoty, że to smoki-pisarze, kroty (nie koty – kroty, które umieją gadać wszystkimi językami świata), że to psy-wojownicy, to brzmi jak „niedzielne kino familijne prezentuje”. Tymczasem są to baśnie (!) cudownie mądre mądrością tak podstawową, że aż banalną i dzisiaj zapomnianą. Przy tym są bardzo współczesne w swoim zgryźliwym, garfieldowskim poczuciu humoru. Bardzo trudno się nie zakochać. Bardzo trudno powstrzymać się przed odruchem pakowania walizek. Równie trudno wytłumaczyć Panu z lotniska, gdzie leży ta cała walterowska Camonia (CAMONIA, ewentualnie ZAMONIA, nie Kamonia), do której tak bardzo chcemy się wybrać.

Pamiętam, jak wspaniała J.K. Rowling powiedziała w którymś z wywiadów, że uwielbia, kiedy w książce znajduje się dokładny opis tego, co bohaterowie jedzą. Sama z pasją opisywała, czym są zastawione stoły podczas uczt w Hogwarcie. W „Kocie Alchemika”, który jest „kulinarną baśnią”, jak głosi strona tytułowa, Moers nie ogranicza się tylko do wymieniania potraw. Jego bohater dokładnie opisuje proces ich przygotowania i robi to tak, że ślinianki pracują podwójnie. Naprawdę szkoda, że ani jednej z tych wykwintnych potraw nie da się przygotować w naszym świecie (pszczeli chleb na przykład). Właśnie dlatego przeraźnik Eisspin jest moim osobistym, moersowym odpowiednikiem Hannibala Lectera. Tym bardziej, że cała fabuła „Kota alchemika” opiera się na tym, że wszystkimi tymi smakołykami przez miesiąc jest tuczony krot, z którego pod koniec miesiąca Eisspin ma wygotować tłuszcz potrzebny mu do (sprawdź w treści).

Morał jest taki, że kto nie zna Moersa, poznać go musi. Bo szkoda nie.

A skoro już jesteśmy przy książkach życia naszego, hej! To bardzo wpasowała mi się w kontekst muzyka z „Harry’ego Pottera”. Nie z części pierwszej, której bliżej do bajki, i nie ostatnich – poważniejszych, doroślejszych, cięższych. „Prisoner of Azkaban” jest chyba moja ulubioną częścią sagi pod względem muzycznym – właśnie za to niezwykle precyzyjnie ujęte i oddanie tego momentu przejściowego. Ale przecież właśnie tego można oczekiwać od Johna Wlliamsa: doskonale przemyślanych arcydzieł na mistrzowskich poziomie (a kiedy maestro sobie odpuści, jak zrobił to np. przy „Lincolnie”, zaczynam marudzić). Nie bez powodu ścieżka w 2004 roku była nominowana do Oscara. Co prawda przegrała z „Marzycielem” Jana A.P. Kaczmarka, ale cóż… był to „Marzyciel”.

Jest zatem motyw przewodni, wygrany na magicznych cymbałkach, głębokie klarnety i oboje oraz sekcja smyczkowa, która zostaje doprowadzona do prędkości zawrotnych. W jednym z motywów, „Double Trouble”, pojawia się chłopięcy chór London Oratory School Schola, który mogliśmy usłyszeć też we „Władcy Pierścieni”, a tekst utworu przeklejony jest od samego Shakespeare‚a . Do tego „The Knight Bus” o iście jazzowym zacięciu. Dla równowagi niezwykle wzruszające „A Windows to the Past” na flet (i poprawione smyczkami). Jednym zdaniem: kiedy mam ochotę na muzykę z „Pottera”, zanim włączę Desplata, oddaję honory Williamsowi.