Z cyklu „Jak czytać, żeby przeczytać?”: 100/XX Antologia polskiego reportażu dwudziestego wieku, cz.1

To ważna książka. Wszyscy to wiemy.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że przeczytanie tego tomiszcza może stanowić pewien problem. Ba! Co tam czytanie! Już przyniesienie go do domu to zaawansowana logistycznie wyprawa. Pomyślałam, że warto stworzyć platformę wymiany doświadczeń. Dla potomnych. Dla przyszłych nabywców i czytelników. Co by żyło się łatwiej i, przede wszystkim, żeby się czytało. A nie tylko zakupiło i postawiło na półce obok trzydziestotomowej encyklopedii w neutralnym kolorze grafitu.

A więc.

Zebranie funduszy

159 złotych to, jak wiadomo, 548 kajzerek albo pierwsze cztery części sagi o Harrym Potterze w twardych okładkach. Piechotą nie chodzą. Kiedy jest się studentem, trudno sobie taką kwotę nawet wyobrazić (jak każda kwotą powyżej czternastu złotych dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy). Proponuję zatem przetrząsnąć wszystkie torebki, stare portfele i zimowe płaszcze, a w porywie desperacji – konta w programach lojalnościowych. Ja swoje szczęście odnalazłam na karcie payback, gdzie znajdowały się niewykorzystane punkty z czterech lat, które zbierałam bez fanatyzmu.

Ale zbierałam.

O, jak dobrze, że zbierałam.

Zamówienie

Pani sklepowa: (rzuca zamówienie na ladę) Uouch!… Co to jest, że takie ciężkie?

Moja skromna osoba: Miłość życia. Nie mają państwo mini-taczek jakichś na sklepie?

Pani sklepowa: Nie.

Moja skromna osoba: …a tragarzy do wynajęcia?

Pani sklepowa: Nie. Ale współczuję. Mamy czekoladki Lindt w promocji.

To ponad trzy kilo żywej wagi, więc jeśli jesteście samotna kobietą pełną goryczy do XXI wieku, w którym nikt nie chce wam drzwi otworzyć, nie mówiąc już o złożeniu spontanicznej propozycji poniesienia ciężkich pakunków, to „Antologia” tylko z dostawą do domu.

[!] Swoją drogą nie o takie równouprawnienie walczyłam.

W zasadzie nigdy nie walczyłam o równouprawnienie.

A, i jeśli już upieracie się przy swojej samowystarczalności, to chociaż zadbajcie o to, żeby wyprawa po „100/XX” była wyprawą TYLKO po „100/XX”. Nie „również po zakupy/ inne książki / złote runo”. Nie „przy okazji po uczelni, z której niosę również laptopa, podręczniki i kubek termiczny”. Nie. TYLKO po „100/XX”.

Uczcie się na moich błędach.

…i zrobić artystyczne zdjęcia instagramem, udając że rozumie się zabawę cieniami i półcieniami…

Lans i podjarka

Na Facebooku powstała grupa „Nie wrzuciłem Antologii Reportażu Szczygła na walla, choć to ważna książka”.

A przecież warto się posiadaniem tego tomiszcza pochwalić. Raz, bo jest drogie, a nas stać (ludzie nie muszą wiedzieć, że płaciliśmy walutą payback). Dwa, bo nasze podjaranie to zawsze jakiś dowód na obycie z literaturą ambitną. Trzy, niech zazdroszczą. A co. Chociażby tego, że udało nam się to przytachać do domu bez mini-taczki.

Ale ja się jaram. Jaram się tak bardzo, że z rozpędu, zaraz po wrzuceniu zdjęcia na twitta zaczęłam tomiszcze czytać. Zazdrośćcie. A co.

Czytanie

To dość gruba książeczka. Ale warto ją przeczytać, skoro już tyle za nią zapłaciliśmy. I naderwaliśmy tyle mięśni przy jej transporcie.

Słyszałam już różne rzeczy. Na Twitterze ktoś biadolił, że „Kiedy ja to przeczytam?”. A moja koleżanka baletnica (niezwykle zarobione dziewczę, ale z wielką miłością do reportażu w serduszku) powiedziała szczerze: „Ja wiem, że to kupię, ale nigdy tego nie przeczytam”. Wprost, ale z wielkim żalem i strachem, że faktycznie tak się może stać.

Ależ błagam was. Kto chce, ten przeczyta.

Tym bardziej, że to jest naprawdę świetna książka do czytania przy okazji, na boku, do podusi.

Ja obrałam system „Jeden reportaż dziennie”, aczkolwiek rzadko się z niego wywiązuję, bo jak czytam jeden, to zaraz chce mi się z rozpędu wciągnąć następny. A jak krótki, to i trzeci. Więcej na raz chyba i tak bym nie dała rady, bo to jednak coś, nad czym trzeba się pochylić i zaangażować nie tylko oko, ucho, móżdżek, ale też siły i cała naszą wrażliwość.

I tak oto, bez większego wysiłku, jestem już w połowie pierwszego tomu.

Bo czytam w kolejności.

Gdyby jednak ktoś wolał czytać na wyrywki (też można, czemu nie), potrzebował wskazówek i z jakiegoś powodu uznał, że jestem odpowiednią osobą do owych udzielania, przyda mu się dalsza część notki.

~ * ~

Pomyślałam sobie, że trudno napisać jest coś o reportażach zawartych w „100/XX”, bo Pan redaktor Szczygieł zrobił to lepiej (łatwo jest napisać o nich zbiorczo, a słowem-wytrychem w tym wypadku jest „monumentalna”). Zamieszczam jednak listę tych tekstów z pierwszej połowy pierwszego tomu, które poruszyły mnie najbardziej. Razem z komentarzami – tymi głupiutkimi i tymi mądrzejszymi.

Ciąg dalszy nastąpi.

~ * ~

Janusz Korczak

Znałam Korczaka głównie z jego tekstów na temat dzieci (czytanych po hebrajsku z resztą). To on. Ta sama wrażliwość i empatia dla ludzi, których nikomu nie chciało się zrozumieć.

Wacław Sieroszewski

„Kartka z podróży” tak sugestywnie napisana, że w pokoju rozpętała mi się burza śnieżna (połowa marca). TAKIE opisy czynić. Marzenie każdego grafomana.

Władysław Stanisław Reymont

„Uciekł do Niemiec z przygodnie poznanym spirytystą” – może bym jednak przeczytała jakąś jego powieść?

Juliusz Kanen-Bandrowski

Jeden z moich ulubionych reportaży z tego zbioru. Felek, wannabe-żołnierz, gimbaza wzruszająca. Aż mi się przypomniało opowiadanie Piekary ze zbioru „Księga wojny”, o którym już pisałam: „Artur Potter Lwie Serce”.

Stefan Bryła

Bardzo aktualny reportaż. Jedziemy zagranico i dziwimy się temu, co tam znajdziemy. Choć wydaje mi się, że częściej dziwujemy sie temu, co znajdziemy w swojej własnej ojczyźnie. I często dajemy temu wyraz na kwejku.

Tadeusz Staniewski

Superciekawy reportaż historyczny o strajku dzieci we Wrześni. Przynajmniej dla mnie, historyka.

Józef Moszyński

Motto Skalskiego we wstępie: „Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. I ja się z tym zgadzam.

Jan Parandowski

Który pojechał do Grecji dopiero po napisaniu swoich „Mitologii”. Czytałam z wielkim zrozumieniem i empatią, bo sama w podobnych okolicznościach pojechałam po raz pierwszy do Izraela – po latach wyczekiwania, tęsknoty i zaczytywania jej kolejnymi książkami.

Zofia Nałkowska

Z wstępu: „po przeczytaniu pointy czytelnik powinien być już trochę innym człowiekiem”. Plus, muszę przyznać, że opis spotkania Pani Liskiej i porucznika Oniewieckiego zmiękczył mi nogi jak prawdziwej babie.

Ewa Szelburg-Zarembina

Zawsze myślałam, że wsparcie lajkowe i wklejanie w opisy emotkowych zniczy to problem naszych czasów. Okazuje się jednak, że wirtualne zaangażowanie połowiczne istniało już wcześniej. Ostatnie linijki reportażu – bardzo mocne.

Myjcie owoce. Myjcie.

Zbigniew Uniłowski

Już na drugiej stronie tego reportażu byłam nieszczęśliwie zakochana w autorze. I zazdrościłam mu. Sytuacji, w której się znalazł, pióra, percepcji, reakcji. Po przeczytaniu całości zmieniło się tylko tyle, że pozazdrościłam mu jeszcze pointy.

Nie wiem, czy to moja słabość do munduru się tutaj odzywa, czy słabość do przezdolnych ludzi pióra. Ukochałam bardzo i idę wygrzebać spod ziemi inne dzieła Uniłowskiego.

Konrad Wrzos

Tego nie można pominąć. Po pierwsze: dla historii z obradami Rady Ministrów. Po drugie: dla mocnego wstępu. Po trzecie: dla samego reportażu – bo jak się już wstęp przeczyta, to i tekst należy. A później idziemy do kąta i robimy rewizję zachowań własnych.

W dodatku to reportaż o moim rodzinnym Zawierciu (którego „serce bić nie przestało” chyba tylko z uporu i przewrotności), które nadal nazywane jest „zagłębiem bezrobocia”. Tylko Argentyna jest już inna. Wieżowce zdążyły tam wyrosnąć. W jednym z nich kiedyś mieszkałam.

Antoni Słonimski

Znać Słonimskiego. Pisać recenzje jak Słonimski. Szczególnie to drugie.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, co do iluminacyjnego charakteru tej książki… Czy wersje na czytniki mają podobne bonusy?
Reklamy

kolejka kosionrzkoffa.txt na 2014

…czyli książki, które zawsze chciałam przeczytać, ale jakoś się nie składało.

Jest takich mnóstwo. Od liceum mam na swoim komputerze plik o przeuroczej nazwie „kolejka kosionrzkoffa.txt”, w który regularnie wpisuję tytuły „Przeczytaj zanim zejdziesz z tego padołu”. Rzadziej coś z niej wykreślam, bo wpisuje tam książki raczej trudne, długie, niemodne, prastare w swym charakterze. Postanowiłam wybrać z tego zacnego grona pięć, które niniejszym czynię moimi postanowieniami noworocznymi.

I tak.

1. „Robot” – Adam Wiśniewski-Snerg

Pamiętam, jak w dobie mojego Okresu Matrixowego (który tak naprawdę nigdy się nie skończył) przeczytałam gdzieś, że scena, w której Neo zatrzymuje kule była wzorowana na prozie naszego, rodzimego autora s-f. Pamiętam, że na pierwszy roku studiów nawet „Robota” zdobyłam i zaczęłam czytać, ale zupełnie nie pamiętam, czy udało mi się skończyć. Ciężkie to było. W tym roku podejście drugie. Tylko najpierw muszę gdzieś to dzieło zdobyć.

2. „Wielki Gatsby” – Francis Scott Fitzgerald

Jest modny. Z jakiegoś powodu (Ach, ten Baz Luhrmann i jego czarujące, teledyskowe podejście do kinematografii…). Mam ochotę przeczytać jednego z tych Amerykańskich Wielkich, a po wysłuchaniu fragmentów „Skowytu” Ginsberga, nie wiem czy do niego dorosłam. Padło na Fitzgeralda.

3. „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Jan Potocki

Ja sama znalazłam ów „Rękopis…” w krakowskim antykwariacie. Wydanie ekscytująco antyczne. W imię idei książkowego szafiarstwa zrobię zdjęcia i wam objawię. Z dziubkiem, z przeprostem, z rąsi nawet.

4. „Tristan i Izolda” – wydanie Biblioteki Narodowej

Jedna z tych rzeczy, które chciałam przeczytać jeszcze w liceum, a nie miałam na to czasu (bo „Potop”). Poza tym kroi mi się w głowie pewien gryzipiórczy pomysł i potrzebuję.

5. „Pieśń o Nibelungach” – w przekładzie Andrzeja Lama

W tym przypadku nie jest ważne, DLACZEGO chcę to przeczytać. Ważne jest, czy będę wtedy słuchać Wagnera.

Jak można się domyślać powyższa piątka jest tylko suplementem diety. Reszta zostaje po staremu i nadal się będę książkami obżerać i doprawiać muzyką. A czasem nawet vice-versa.

Mawiają, że proszenie o autograf jest mocno nieprofesjonalne. Cóż. Do póki nie jest nieetyczne…

[poza tym] Ach, co to był za rok! Kto wie, być może najzacniejszy rok mojego życia. Szczególnie pod względem około-muzycznym. ALE! Zestawień robić tu nie będę, bo nie uważam, żeby uwiązywanie muzyki w konkursy piękności było jakkolwiek zasadne albo pomocne. Chodzi bardziej o moje muzyczne przygody w prawdziwym życiu, takim na zewnątrz słuchawek. Przeżyłam kilka pięknych festiwali i koncertów: Varese Sarabande na Transatlantyku, „Matrixa” na FMF, trąbki i werble Jamesa Hornera na Koncercie Muzyki Filmowej, czarującą Koteluk, Siddharta – czyli słoweńska miłość z liceum, czy genialnych Orphaned Land. Nie mówiąc już o dźwiękach Jerozolimy o zmierzchu w szabat. Muzyka jest ważna, ale ważni też są ludzie. Dlatego podwójnie wdzięczna jestem za możliwość rozmawiania z artystami na temat tego, co tworzą. Artyści to niesamowite istoty.

[jeszcze bardziej poza tym]A dzięki Donowi Davisowi („Matrix”) i Marco Beltramiemu („World Waz Z”, „Wolverine”) udało mi się polubić moje imię – okazało się, że zagraniczni kompozytorzy reagują na nie z wielkim ożywieniem i sympatią, co pięknie łamie lody przed rozmową pod dyktafonem. Całe życie wpajano mi, że mam imię po małych, greckich, fioletowych wiechciach. Tymczasem Panowie Kompozytorzy zawsze kojarzą je z tym, co jest najbliższe ich serduszku – altówką. Totalnie zmieniło to mój sposób myślenia w tej jakże niefundamentalnej dla ludzkiego istnienia kwestii.[/jeszcze bardziej poza tym][/poza tym]

…czego i Wam życzę.

Dlaczego nigdy nie zrozumiem Dumbledore’a

Mój bożonarodzeniowy poranek od lat wygląda tak samo. Moszczę się wygodnie w fotelu, chwytam kubeczek kakao i otwieram tę samą książkę, co zwykle:

Słowo daję, brakuje tylko tęczy i hasających jelonków w tle, taka sielanka.

Moja miłość do Tolkiena jak uczuciem potężnym i ponadczasowym. Wierzę, że mogłaby pokonać jakieś zło (pomniejsze na pewno). Nie przeczytałam jeszcze wszystkich jego/o nim książek, bo dozuję je sobie tak, żeby wystarczyło na dłużej. Jednak wszystkie, które już mam za sobą, przeczytałam po kilka razy. I za każdym razem, nadal, czytam je z zachwytem. Niech istoty marudne, którym przeszkadzają „opisy przyrody” zamilkną na wieki, bowiem mocą Tolkiena jest właśnie to, że w Śródziemiu każdy krzak ma swoją legendę (z moich obserwacji wysnuwam smutny wniosek, że Ci, którzy nigdy nie przedzierali się przez opasłe tomiska wypełnione historią naszego uniwersum w celu zdania jakiegoś okropnie trudnego egzaminu ze średniowiecza, raczej nie posmakują „Silmarillionu” w pełni – ale Ci mają swojego Piekarę, innego Kresa, albo w ogóle ścisłoumysłowe s-f Dukaja, którego dzieła mój humanistyczny umysł chyba do końca życia będzie przeżywał z zachwytem tzw. „wioskowego głupka”: bez krzty zrozumienia, o co chodzi i jak to działa, ale z podziwem, bo ładnie mruga, błyszczy i gra melodyjkę).

Charakter pisma Niedźwiedzia Polarnego wzbudza pewne okołokrasnoludzie podejrzenia.

Jest jednak jedno dzieło Tolkiena, absolutnie jedyne w swoim rodzaju, które czytam od kilku lat i jeszcze nie skończyłam. Są to właśnie „Listy Świętego Mikołaja”, które przyjmuję dawkami w bożonarodzeniowe poranki. Tolkien, jako człowiek, który nie mógł powstrzymać się od pisania, co roku stawał się ghostwriterem samego Świętego M. oraz jego kolegi z Bieguna Północnego, Niedźwiedzia Polarnego. W ich imieniu pisał listy do własnych dzieci. Z czasem dzieci podrosły, krótkie liściki się rozbudowały, a sam autor mógł poluzować wodze swojej fantazji i uzupełnić proste życzenia o nowe postacie i intrygi.

Kochany pomysł.

Bardzo się cieszę, że Christopher zdecydował się opublikować te listy i że zrobił to w takiej formie: wraz z przedrukiem oryginałów. Jako Tolkienowa psychofanka mam z nich naprawdę kupę radości. Jestem dopiero w połowie, na roku 1933, więc na parę lat dzieciństwa jeszcze wystarczy.

Może dlatego w Święta zawsze chciało mi się wrócić do jakiejś książki Tolkiena? W tym roku miałam niesamowita ochotę przeczytać raz jeszcze „Dzieci Húrina”, ale WTEM! Pod choinką znalazłam „Listy”. Zatem będą  „Listy”. Wyczekane. Umiłowane. Nie oderwę się od nich chyba.

Oriana, Tolkien i Hodder na przyczepkę. Dumbledore byłby poważnie zasmucony.

[!] Nigdy nie rozumiałam cierpień Dumbledore’a z powodu zasypywania go książkami na Święta. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego marzył o ciepłych skarpetach. Ale to pewnie dlatego, że mnie skarpet pod choinką nigdy nie brakowało. Ani rajstop. Ani kapci.

Jest jeszcze jedna książka, a raczej całą seria, do której instynktownie mam ochotę wrócić w czasie świątecznym. Bo jednym Boże Narodzenie kojarzy się z zapachem piernika, innym z pierogami, a mnie z nowiutkim tomem „Harry Potter i Komnata Tajemnic” (którą czytałam brnąc samochodem przez zawiane śniegiem pola w drodze do babci). Dlatego dzisiaj, kiedy wracam do domu w grudniu, jakoś dziwnie ciągnie mnie do Hogwartu. I raczej z tym nie walczę, bo przecież wewnętrzne dziecko (wierzę, że każdy z nas gdzieś tam w środku je ma) trzeba dokarmiać regularnie.

Tak, zaklinam świąteczny nastrój. Nie tylko książkami, ale przede wszystkim muzyką. Lejdis end dżents. Moja ulubiona kolęda w ulubionym wykonaniu. Ian Anderson i jego wariacje na temat „God Rest Ye Merry Gentelmen”.

Miller ex machina

Nie wypieram się tego. Pałam nieskończoną miłością do ścieżek dźwiękowych do gier. Wyprowadziłabym się do Ósa czy Anglii tylko po to, żeby móc o nich pisać i zarabiać tym na chleb (u nas takie rzeczy nadal robi się pro okrojone publico bono i pro bono własne, niestety). To raz.

Dwa. Michael McCann. Jak do tej pory ten kanadyjski kompozytor nie napracował się zbytnio, ale za to bardzo efektownie. Jeśli ktoś należy do osób, które z radością marnują swoje życie na uciskanie wsadu na kompie (<3), na pewno tego Pana skojarzą. Wskazówka: oficjalny trailer „Deus Ex: Human Revolution”, w którym twórcy ożywili obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa” (stado facetów w kryzach ekscytuje się splotem mięśniowym martwego złodzieja płaszczy). W tle leci „Icarus” utwór, który spokojnie mógłby zastąpić „Rydwany ognia” Vangelisa, niezmiennie eksploatowane na wszystkich pokazach sztucznych ogni (biedny Vangelis…). Piękna rzecz. A na wokalu nie byle kto, bo sama Lisa Gerrard i jej genialny kontralt – tą Panią zachwycaliśmy się m.in. w „Gladiatorze” i, ostatnio, „The Bible”. 

Do  ścieżki dźwiękowej „Deus Ex: Human Revolution” wracam bardzo często (jeden z moich, tak zwanych „nocnych” score’ów). Bardzo przyjemny, niewymuszony ambient, który przekupi nawet najbardziej antyelektronicznych słuchaczy. To album, z którego nigdy nie wyrzuciłam żadnego utworu przy układaniu playlisty. Żadnego też nie omijam. Jest to produkcja tak równa, tak spójna i tak przemyślana, że po prostu nie sposób ustalić, kto tu właściwie jest najsłabszym ogniwem. Nieco przed szereg przebija się początkowy tryptyk, czyli wspomniany już „Icarus”, „Opening Credits” i muzyka z menu głównego. Warto od razu zagłębić się w edycję poszerzoną, bo na podstawce nie znajdziecie dwóch z moich absolutnych top 5 tego albumu: „After the Crash” (werble, wiadra, etno-wokal na kilka głosów, sprzedane). Do pary z „First and Last” – fuzją wspomnianych już „Main Menu”, „Opening Credits” i „Icarus”.

9c58243e253a11e39c2922000a9e48da_7

Muzyka do „Deus Ex: Human Revolution” jest bardzo… nocna: przejmuje, ale nie przytłacza, pozwala oddychać (wręcz do tego motywuje, mimo wszystko). Pozwoliła mi przetrwać historie prawdziwe Millera.  Są takie książki, które czytam bardzo długo, kilka miesięcy, czasem nawet nie potrafię skończyć ich latami. Zazwyczaj dlatego, że są potwornie nudne. Ale nie zawsze, bo parę z nich to książki-maratony, tomy długodystansowe, grzbiety, których nie można zdobyć niedzielnym trekkingiem. Trzeba się do nich aklimatyzować, jak przy wejściu na ośmiotysięcznik: zdobywasz trzecią bazę, ale na nocleg schodzisz do drugiej, żeby się nie pochorować. Albo kiblujesz tam dwa tygodnie, żeby Twoje płuca polubiły się z rozrzedzonym powietrzem.

„13 wojen i jedną” Millera czytałam od czerwca. Czasami odkładałam ją na dwie minuty, żeby rozmasować sobie czoło i przemyśleć rzeczywistość. Czasami na kilka dni, żeby przeczytać coś innego. Raz porzuciłam ją na ponad miesiąc. Jest to rzecz trudna, szczera i bezkompromisowa. Nieedytowalna, z jednego powodu. Ćwierka się na mieście, że korekta i redakcja wydawnictwa walczyła ze stylem pisania Millera zażarcie i uparcie, a jednak pokonać się go nie dało, bo autor nic zmieniać w dziele swoim nie chciał. Za co bardzo dziękuję. Ubranie opowieści Millera w jakiś klasyczny styl pisania (cokolwiek to znaczy) ukradło by im charakter.

Szkoła Kapuścińskiego mówi, że reportera powinno być w tekście jak najmniej, ma się przewijać gdzieś w tle, jako obserwator na służbie. Na pierwszym planie mają być ludzie, o których opowiada. Miller natomiast ważył się uczynić siebie bohaterem tych opowieści. Miller tam jest bardzo wyraźnie – ze swoimi wadami i zaletami (bo pomników sobie nie stawia), ze swoim komentarzem do rzeczywistości, ze swoją oceną i osądem, ze swoim gniewem i irytacją, jest tam również ze swoim, iście fotoreporterskim stylem pisania. Tę stylistyczną rebelię można kochać, można jej nie kochać. Osobiście argumentów tej drugiej grupy społecznej nie rozumiem. Ale ja się wychowałam na Masłowskiej, może to dlatego.

Nie zrozumcie mnie źle, Miller nawet nie pcha się na plan pierwszy. Nie jest bogiem z pudełka, który bohatersko zmienia bieg wydarzeń i decyduje o losach świata. On nadal pozostaje obserwatorem z biletem powrotnym w kieszeni. Poza tym, nie jest tam sam. Jest zatem Wojciech (nie mylić z Wojtkiem) Jagielski, jest Paweł Smoleński, jest Maria Wiernikowska. Są, oczywiście, bohaterowie-lokalsi. Czyli wszystko, jak Kapuściński przykazał. Ale oprócz tego jest i przekleństwo (dużo przekleństw), i narkotyki, i trauma powojenna, i reporterka, owszem, nadal w szatach nieco misyjnych, ale bez bijącej od nich poświaty.

6ffd3fe0253b11e3a34522000ae80008_7

„13 wojen i jedna”. Ciekawa jestem, co powiedziałby na to prawdziwy Kapuściński (nie ten odlany z brązu). Czy stężenie Millera w Millerze naprawdę jest TAKIM minusem (nie jest, wręcz przeciwnie), skoro poziom wojny w wojnie został zachowany na reporterskim poziomie?