Wiatr od morza, wiatr od lądu

  • SŁOWA: NORMAN LEWIS, „GŁOSY STAREGO MORZA”
  • MUZYKA: ALEJANDRO AMENÁBAR, „MAR ADENTRO” („THE SEA INSIDE”)

Mam takie płyty, które trafiły na moją półkę zupełnym przypadkiem. Nie chodzi o te momenty, w których idziecie przez sklep i jakiś album nagle pojawia się w waszych rączkach i tak już zostaje. Albo kiedy jakaś płyta z promocji w supermarkecie wpadnie wam do koszyczka i zauważacie to dopiero przy pakowaniu zakupów („Ooooch, płyta Kowalskiej, która śpiewa Ciechowskiego za 14,99… Nie mam pojęcia, skąd ona się tu wzięła, przecież przyszłam tylko po najpotrzebniejsze rzeczy, mleko, ziemniaki i pomelo, pewnie już nie można zwrócić, no trudno, jakoś to przeżyję”).

Czasami ktoś chce zrobić miejsce na swoich półkach i pozbywa się płyt, a tak się składa, że ja prowadzę schronisko dla tych niechcianych. Przygarniam zatem, ale nie słucham ich wszystkich na raz od razu. Czasami się odleżą i czekają na swój moment. Czasami jest to moment idealny. Tak było z „The Sea Inside”. Albo „Mar adentro”, jeśli ktoś woli w najoryginalniejszym oryginale.

Na pracę domową w pracy zadano mi przeczytanie „Głosów starego morza” Normana Lewisa i słowem kluczowym w szukaniu odpowiedniej muzyki zostało to ostatnie w tytule. Niepotrzebni mi byli piraci, a większość morskich soundtracków, które znam, związana jest właśnie z czarną banderą. Już miałam wracać do „Cast Away” Silvestriego, ale zupełnie nie o to chodziło.

Chodziło o piszczałki, wyobraźnia podpowiadała mi szklane harmoniki, ba! dudy, coś na miarę Hevii, ale nie tak dosłownie wyspowe. To musiała być jednak Hiszpania, nie Szkocja. Tam musiała być gitara, koniecznie hiszpańska, ze strunami, które łaskoczą palce Hiszpana, bo przecież Lewis o Hiszpanii pisał.

To wszystko muzyką opowiedział mi Alejandro Amenabar, znaleziony w moim schronisku dla dźwięków. Człowiek-wszystko: potrafi sobie sam film wymyślić, napisać, nakręcić i jeszcze skomponować do niego ścieżkę dźwiękową. Do współpracy przy tym ostatnim zaprosił Carlosa Nuneza, który zagrał mi na tych wszystkich dudach, nie tylko irlandzkich, ale i tych ze wszystkich chyba zakątków Półwyspu Iberyjskiego (Tak! Mieli swoje własne, gaita!), birimbao, okarynach i flecikach.

I nie o morzu, którego trzeba się bać, albo z nim walczyć tylko o takim, które jest kapryśne, ale jednak współpracuje z tymi, którzy weszli z nim w jakiś związek. Tak, jak ludzie z „Głosów starego morza”.

Na kompie czytałam, jeszcze w erze przedKundlowej.

Lewis pięknie ich opisał – mieszkańców dwóch nadmorskich wiosek, jednej rolniczej, drugiej rybackiej, których życie i obyczaje zależą od wielkiej wody. I którzy ją za to szanują. Nic dziwnego, że Lewis właśnie tam postanowił spędzić trzy sezony wakacyjne. Druga wojna świata ledwo co się skończyła. Nie było wiele takich miejsc, szczególnie w Europie, którym darowała.

W pierwszym sezonie Lewis z dobrze opanowanym zachwytem opisuje tę szczególną relację ludzi z morzem. Sam się dostosowuje – nie pcha się, nie stara się przekupić rybaków pieniędzmi, żeby zabrali go na swoją łódkę. Stara się zdobyć ich zaufanie wytrwale ćwicząc łowienie, chce im się na coś przydać, wtopić się w nich. Nie narzuca się, nawet nie marudzi, kiedy kucharka gotuje mu na obiad jakieś ochłapy, bez pieczątki sanepidu. Je to, co wszyscy i je tak, jak oni.

[Chyba nie można dostąpić większego zaszczytu podróżując niż zaproszenie miejscowych do wspólnego posiłku – na ich zasadach, w ich gronie, według ich przepisu; coś cudownego]

A okładka wygląda tak. Ze strony Wyd. Czarne podebrałam.

Lewis odwiedza te nadmorskie wioski przez trzy sezony i te trzy sezony wystarczą, żeby zmieniły się nie do poznania. Bo pojawiają się w nich turyści, inni niż Lewis. Tacy z aparatami, wymaganiami i, przede wszystkim, pieniędzmi. Okazuje się, że są w stanie dać mieszkańcom większe bogactwa niż morze. To jest koniec układu, koniec tradycji i koniec wiosek, rybaków i rolników, takich, jakimi jeszcze zdążył poznać je Lewis.

Kiedy rozmawiałam z redaktorką książki, powiedziała jedno ważne zdanie. Że samo nasze pojawienie się w jakimś miejscu zmienia je.

Nawet jeśli chcemy tylko zrobić parę zdjęć i kupić na pamiątkę magnes na naszą lodówkę. A może właśnie szczególnie wtedy.

Książka na mentalny jet lag

Mój problem polega na tym, że wcale nie wróciłam.

Kiedy wyjeżdżam zawsze mam przy sobie odtwarzacz z moim kawałkiem muzyki, ale tak naprawdę rzadko go słucham. Nawet, jeśli mam założone słuchawki na uszy (świetny sposób na to, żeby w TLV móc nadal podsłuchiwać miasto i spokojnie przechodzić jego ulicami bez odpowiadania tysiąc razy na pytanie „skąd jesteś?”, które podszyte jest nadzieją na romans z turystką z Ejropy). Za to staram się zawsze jakąś muzykę  przywieźć sobie na pamiątkę. Tym razem mój Izraelski Przyjaciel podzielił się ze mną Panem Avishaiem Cohenem. Jazzmanem. Proszę bardzo, oto dowód: powyższa piosenka w wersji podstawowej.

Muzyka i spotkania z miejscowymi to dla mnie najcenniejsze pamiątki, jakie mogę sobie przywieźć z podróży. Nawet nie widoki wyryte w pamięci, czy zdjęcia. Chyba rzadko potrzebuję turystyki: zwiedzania kościołów, wypisywania pocztówek, odpoczynku na plaży i robienia sobie zdjęć „na tle”. Z resztą tego ostatniego nie uskuteczniam wcale. Często śni mi się pustynia, rozmowy przy mocnej herbacie z miętą i łazęga. Taka, o jakiej pisze Raja Shehadeh w „Palestyńskich wędrówkach”, którymi leczyłam swój mentalny jet lag po powrocie.

Nie da się zrozumieć (ani tym bardziej osądzić – gdyby ktoś miał tak irracjonalne ambicje) tego skrawka Palestyny, na którym w 1948 roku powstało Państwo Izrael, po przeczytaniu najgrubszej nawet książki, najdokładniejszego przewodnika (którymi raczej gardzę), po zaczytaniu wszystkich możliwych reportaży. Jest to zjawisko tak złożone, osobiste, wrażliwe i zapalne, a logika tego miejsca jest dla „zachodniej” mentalności tak orientalna, że chyba należy przyznać rację Panu Smoleńskiemu – że jesteśmy w stanie tylko rozmawiać z konkretnymi ludźmi i opowiadać ich historie. Indywidualnie polerować każdy kamyczek tej mozaiki, nie ważąc się na jakieś uogólnienia. A przynajmniej ja na chwilę obecną nie jestem na to gotowa.

Mentalny jet lag zapija się koszerną kawą z kardamonem.

Zanim Raja Shehadeh porozmawiał z Pawłem Smoleńskim (obacz: „Oczy zasypane piaskiem”), sam opisał swoją historię na tle tej większej, o której czytamy w podręcznikach. „Palestyńskie wędrówki” to pierwsza książka tego autora, która wpadła mi pod oko, za to w idealnym czasie. Kiedy ciałem i główką musiałam być w 100% w okołokinowej pracy, a serduszko z myślą, korzystając z chwili wolnego, często uciekały na szczyt Masady, stary szuk i dachy Jerozolimy. Zatem dobrze było mi chodzić sobie z Panem Shahadehem, oprowadził mnie tu i ówdzie, opowiedział jak parę Ważnych Spraw wygląda z jego perspektywy (palestyńskiego prawnika) i z wyrozumiałością dla mojego mentalnego jet laga ugościł mnie u siebie. Dzięki jego wrażliwości na krajobraz i umiejętność jego opisywania łagodniej przeżyłam zderzenie z nawałem roboty, codzienności i zimnego deszczu.

Dwa tygodnie po powrocie spotkałam się z moją Przygodną Towarzyszką Podróży. Okazało się, że leczyła mentalny jet lag tą samą książką.

P.S. A Mark Twain, czego Shahadeh nie omieszkał mu wytknąć, pisał tak:

10296650_1476527432581879_1425851474_n

O ile z opisem Morza Martwego się zgodzę połowicznie (ostrość, kontrasty, jaskrawość, która zaskakuje człowieka tak, że pyta Boga, czy przypadkiem nie przesadził z retuszem koloru w tym miejscu) o tyle Jezioro Galilejskie, wzgórza, doliny widziałam zupełnie inne niż Pan Twain.

Książka, której nigdy bym nie przeczytała

„Ależ to był gniot…” – rzekła koleżanka, kiedy po ekranie zaczęły pełznąć napisy końcowe – „Ale oglądało się tak przyjemnie!”

Trudno się było nie zgodzić. Z obiema uwagami. Tym bardziej w momencie, kiedy okazało się w ilu rolach obsadzony był Hugh Grant i co najmniej połowa była dla mnie zaskoczeniem (brawa dla kreatywnego charakteryzatora). Tym bardziej, że nie do końca jasne dla mnie było… w zasadzie wszystko. Kilka historii zlepionych w jeden film i cóż z tego, skoro każdą z nich kiedyś już widziałam. Fajnie, że w każdej wykorzystali ten sam zestaw aktorów. Fajnie, że łączy je kometa na skórze. Nie fajnie, że nic z tego nie wynika – oprócz tego, że strach przed inkarnacją w drzewo można z oddechem ulgi posłać do przeszłości i nazwać ciemnogrodem.

Skąd ten zachwyt nad książką? Oto wielka tajemnica wiary „Atlasu chmur”.

I nawet bym się nie pofatygowała, żeby ją odkryć, gdyby Malita, co czyta nie wcisnęła mi książki w łapki. Kiedy ktoś ci wciska książkę w łapki, to się nie odmawia. A kiedy robi to Malita, to nie tylko się bierze bez marudzenia, ale i oddaje dopiero po przeczytaniu.

Pidżamy w małpy jako symbol leniwego poranka
Pidżama w małpy jako środek artystyczny podkreślający leniwość poranka

Naprawdę sięgałam po „Atlas chmur” z myślą „A, miejmy to już za sobą”. Najpierw zwróciłam uwagę na jej budowę, która była pierwszym sygnałem, że adaptację nieco spaprano. Później przebrnęłam z bólem przez część pierwszą. I w końcu zakochałam się, po pierwszym akapicie części drugiej. Dalej poszło bardzo gładko.

Nie wiem, czy wiecie, ale pisanie o muzyce instrumentalnej, a w szczególności opisywanie, „streszczanie” jej jest bardzo trudne. O wiele trudniejsze od pisania o książkach, czy filmach. Nie tylko dlatego, że wypada mieć jako-takie pojęcie w zakresie teorii muzyki, odpowiednio rozbudowany słownik i, przede wszystkim, trzeba coś słyszeć (a o to bardzo trudno w kraju, gdzie większość obywateli klaszcze na raz). Trzeba mieć w sobie artystę, najlepiej muzyka, aktora i poetę jednocześnie, po to, żeby umieć się wsłuchać, wczuć, a później jeszcze umieć to wszystko przelać na papier. Tak, żeby czytelnik usłyszał te opisywane frazy.

Listy Roberta Frobishera. Tym rozmiękczył moje uprzedzenie autor „Atlasu chmur”. Opis snu o spadających naczyniach to idealny przykład tego, że pewne rzeczy warto jednak zostawić na papierze i nie starać się ich ekranizować. Choć doceniam próbę, to nie mogę wybaczyć reżyserowi i scenarzystom, że tak spłycili niektóre wątki (np. historia Sonmi-451). Mitchell nie dość, że pięknie włada słowem, miał świetnym koncept, to jeszcze udało mu się zawrzeć w „Atlasie chmur” kilka mądrych wniosków. Trochę przykro, że w filmie nie udało się pokazać nawet tego ostatniego.

I tak, w końcu, po latach, liberalne podejście do zasady „najpierw pierwowzór, później adaptacja” oraz „nie oceniaj książki po jej adaptacji filmowej” prawie się na mnie zemściło. Ba! Naprawdę nie tknęłabym patykiem „Atlasu chmur”, gdyby nie Malita, co czyta. Za co, z wdzięczności, popisałam jej trochę (bardzo) marginesy „Listów….” zapisem licznych przeżyć własnych i własnych wykrzyknień. Ołówkiem.

…i nic nie słuchałam podczas czytania, bo przez większość czasu byłam w lesie (w lesie i górach odtwarzaczo-respiratora używam z tak zwanego rzadka). Z resztą i tak bym nie mogła nic puścić, bo w głowie grała mi partytura Frobishera. Żal było zagłuszać.

Czy Bilbo miał książkę w plecaku?

Na lotnisko w Pyrzowicach zmierzałam w takim (dostojnym) stylu.

Wyjeżdżając na inny kontynent owszem, zaopatrzyłam się w awaryjne tomiszcze. Była to z resztą biografia Tolkiena autorstwa Grotta. Bardzo chętnie napisałabym o niej coś więcej (np. czy jest ciekawsza od biografii Carpentera), ale byłam tak zajęta przeżywaniem Izraela, że przeczytałam tylko jej tytuł. Jak zwykle w takich przypadkach.  Ale wziąć trzeba było, bo jakże tak bez.

No, i na miejscu kupić coś trzeba, bo jakże tak nie. Tym bardziej, że (nie wiedzieć czemu) w Polsce kupienie książki po hebrajsku jest dość problematyczne, tym bardziej, jeśli chcemy aby opiewała postać żołnierza w kinematografii izraelskiej. Kiedy za nią płaciłam nie wiedziałam jeszcze, że ów publikacja, w kolorze napromieniowanej pistacji, w odpowiednim momencie złagodzi obyczaje i przełamie lody.

Z nadłamanym serduszkiem stoję na lotnisku w Tel Awiwie czekając w kolejeczce na odprawę i powrót do kraju. Pani Celnik zaczyna mnie wypytywać kim jestem, ile dni tu byłam, gdzie nocowałam, norma. W końcu pada pytanie, czy przyjmowałam prezenty od kogoś świeżo poznanego. Też norma. Zgodnie z prawdą odpowiadam, że owszem. Zostaję zaproszona na boczek, gdzie świecznik dla Mum, który dostałam od Józefa zostaje przebadany z większą skrupulatnością niż pacjenci w polskiej służbie zdrowia. Znów norma.

Ale jak tu nie przyjąć takiego prezentu? Jednym z poważnych plusów podróżowania samotnie po Izraelu (czego mimo wszystko NIE polecam przedstawicielkom płci pięknej) jest to, że zwiedzanie można uzupełnić o przysiadanie tu i ówdzie, i rozmawianie z autochtonami bez obaw, że przewodnik pielgrzymki zaraz każe zwiedzać kolejny kościół/ synagogę/ meczet. Często korzystałam z tego przywileju. Na przykład wtedy, kiedy (znowu) zabłądziłam na Starym Mieście w Jerozolimie i trafiłam na jakąś pustawą uliczkę w dzielnicy chrześcijańskiej. Turystów brak, bo nie było na niej ani pół zabytkowego kościoła. Zamiast tego trzy sklepiki: jeden z rękodziełem, drugi z dewocjonaliami, trzeci z jedzonkiem. Sprzedawcy siedzą przed drzwiami z lekkim rozleniwieniem przesuwają pionki po planszy jakiejś gry. Niby coś sprzedają, ale widać, że nie jest to sensem ich życia.

DSC_3465
Stoisko z tanimi (dla autochtonów) książkami na dworcu w Jerozolimie.

Przystaję na chwilkę przy sklepie z rękodziełem i słyszę, że ktoś mnie woła ze środka. Wchodzę zatem, może znajdę kubek dla Mality, która czyta, o który mnie prosiła. Pośród ceramiki wszelkiej maści i kolorów, ozdobionej mozaikowym wzorem siedzi sprzedawca i częstuje mnie czymś podobnym do pasztecików, jeno farsz był raczej bezmięsny. Sprzedawca Józef: izraelski Arab i w dodatku chrześcijanin. Proszę nie wytrzeszczać oczu, w Jerozolimie dość często można spotkać podobnych Józefów. Przepracował wiele lat za słuszną pensję, teraz jest na emeryturze, a malowanie po naczyniach to jego hobby. Ot, tak. Dzieci odchowane, a coś w życiu robić trzeba. Zostaję na dłużej, rozmawiamy, w międzyczasie ja wybieram kubek i płacę za niego „co łaska”. Oprócz tego Józef wciska mi w ręce jeszcze miseczkę, dwa obrazki i świecznik, w którym, przyznać to trzeba, to i owo zmieścić by się mogło.

Tyle, że nic niebezpiecznego tam nie było. Służby celne świecznik Józefa prześwietliły i obmacały na wszystkie strony. Bez irytacji, spokojnie i uprzejmie. Jeśli ktoś był kandydatem do przejścia w stan irytacji, to tylko ja sama, szczególnie, że następnym punktem programu była kontrola sprzętu elektronicznego. A miałam tego dużo. Już przy samym wymienianiu („No, wie Pan, trzy ładowarki, aparat, dwa obiektywy, dwa telefony…” itd.) poczułam smutek i żal. Celnik z resztą chyba też, ale procedura to procedura. Nie ważne jak długo, skrupulatnie i z jak wielkim pietyzmem pakowałeś swój plecak, żeby mogło się w nim zmieścić więcej, niż może. Musisz wszystko z niego wyciągnąć. Raz jeszcze – bo pierwszy raz zrobiłeś to udowadniając, że Józef po prostu bardzo Cię polubił.

Wyrzucam zatem (ponownie) wszystkie złącza i ładowarki chyba z pięć minut. Oddzielam ziarno od plew wyplątując jakiś kabel z rajtek. Wyciągam zapasowy telefon ze skarpety. Tylko z moim laptopkiem w barwie radioaktywnej pistacji (Malita, nabijałaś się z niego, a celniczki izraelskie na jego widok się rozczuliły doszczętnie i stwierdziły, że w życiu nie widziały nic bardziej uroczego) nie było problemu. Celnik uprzejmie mi współczuje, ja współczuję sobie, oboje zatapiamy się w jeziorze współczucia do mnie i wtedy wypada wspomniana już równie radioaktywna książka. O żołnierzach.

Sandman. Byłam dzielna. Nie kupiłam.
Sandman. Byłam dzielna. Nie kupiłam.

To, że starałam się z autochtonami rozmawiać po hebrajsku zazwyczaj ich wzruszało i radowało (głównie wtedy, kiedy myliłam słowa). Natomiast czytanie, rzecz trudna, wywołało prawdziwe zaskoczenie i podekscytowanie. Serio? Ale że tak bez nikudu, kropeczek i kreseczek podpowiadających, która samogłoska powinna pojawić się w wyrazie zapisanym (uproszczając) samymi spółgłoskami? Po chwili pół lotniska (hiperbolizując) wiedziało, że gadam po hebrajsku. I że czytam. Bez nikudu. Człowiek, któremu edukacji nikudem nie upraszczano nawet na samym początku walki z hebrajskim zupełnie nie czuje, że jest to jakiś wielki wyczyn. Ale uśmiech wypływa mu na mordkę jakoś tak sam.

Nie pamiętam, czy książkowy Bilbo zabrał w podróż pod Samotną Górę jakąś lekturę. Z filmu dowiedzieliśmy się tylko tyle, że zapomniał zabrać chusteczki. Jestem jednak pewna, że gdyby domniemana książka wypadła mu z plecaka podczas pobytu na włościach Smauga historia potoczyłaby się dużo przyjemniej. Dla Bilbo. I być może dla smoka. Książki lepsze niż lodołamacze. Wiem, co piszę.

Choć jeszcze lepszy jest hummus, który wypadł mi z plecaka chwilkę później.

Książka drogi

W podróży każda książka staje się lekturą obowiązkową. W sensie, że obowiązkiem każdego obywatela jest wziąć książkę w podróż. Ideałem byłoby, gdyby była lekka (wagowo), przy tym względnie obszerna (żeby nam się, broń Boże, w połowie drogi nie skończyła) i wciągająca jak (tu wstaw błyskotliwe porównanie na poziomie Pratchettowskim).

Tuż przed dziewięciogodzinną podróżą, w tak zwany „tę i nazad” otrzymałam w darach od HatakPeeL nowiutką, świeżutką, drugą część pierwszej części (ha, a wydawca się śmieje, bo rozbijając tom na atomy zarabia dwa razy więcej) „Przebudzenia lewiatana”. Na okładce dumnie wisi cytat z (TEGO) Martina, który przyznaje, że „ta space opera skopała mu dupę”. Jako że jestem konsumentem przewrotnym, widząc takie hasła automatycznie lekko się uprzedzam i obiecuję sobie po cichutku, że ja niczego sobie skopać nie dam.

I stało się tak, że pierwsza część pierwszego tomu może nie rzuciła mną o ścianę, ale urzekła mnie wystarczającą ilością elementów, żeby uznać ją za wstęp do nadchodzącej kocówki. Żeby przeczytać więcej na ten temat, trzeba się wkliknąć w recenzję na Hataku. W skrócie, zachwyciło mnie dobrze uargumentowane uniwersum i postacie, którym daleko do sztampy i płaskostopia osobowości.

No, i te bezbłędne dialogi.

Autor fantastyki, któremu chce się podjąć trud wsłuchania się w swojego bohatera zawsze ma u mnie +10 na starcie. Jeśli dodatkowo podpala wszystkie wytarte schematy na postać, bądź też z nich kpi, dostaje moje czytelnicze serduszko. I moje pieniądze, bo gotowa jestem kupować wszystkie jego następne książki w ciemno. I z pisarskim tandemem Franck-Abraham ukrywającym się pod szyldem „James S.A. Corey” dokładnie tak będzie. Bo drugą częścią pierwszego tomu sagi „Ekspansja”, faktycznie, skopano mi to i owo.

Skojarzenie muzyczne z „Przebudzeniem Lewiatana” było dość oczywiste. O ile inwazję Żniwiarzy odparłam dopiero niecałe dwa tygodnie temu, o tyle ścieżki dźwiękowej do „Mass Effect 3” słucham od dnia premiery. I znam na pamięć. I kocham każdym zakamarkiem mojego serduszka.

Nie chodzi tutaj tylko o piękny, temat przewodni na pianino skomponowany przez samego Clinta Mansella („Leaving Earth”) znanego głownie z „Requiem dla snu”. Przy tym soundtracku pracowała czołówka kompozytorów zajmujących się muzyką do gier, więc wyobraźcie sobie, co powstało z ich połączonych mocy. Piękne, poruszające, zawieszone między elektroniką, a klasyką rzeczy.

Bo wcale nie chodzi tylko o to, że Jim Holden z „Przebudzenia Lewiatana” ma dla mnie wygląd domyślnej postaci komandora Sheparda. Nie, nie.