Wszystkie strony kartki z Gatsby’ego

Podtytuł: wpis w trzech aktach, do kupy się składający i traktujący o jednym, choć pozbawiony zdań-łączników.

Pierwsza strona

Można też dopisać swoje komentarze – ale grzecznie, na post-icie.

Mam koleżankę baletnicę. Kiedy się na nią spojrzy po raz pierwszy, nie dostrzeże się w niej nic z tych rzeczy, które wiesz o baletnicach z filmów i książek. Jest w niej ta przysłowiowa baletowa delikatność, ale przybiera niezwykle wyjątkowa formę i nie rzuci się nam w oczy przy pierwszej rozmowie.

W zasadzie chyba nic nie jest w stanie zdradzić jej pasji do baletu (a nie jest to baletnica początkująca, o nie) i żeby się o niej dowiedzieć trzeba po prostu pogadać. Nawiedzić jej pokój, który ozdabia przywieszony na szafie pęk baletowego tiulu. Prześledzić wzrokiem jej książki i spomiędzy tłumnie obecnej literatury faktu wygrzebać „Wielkiego Gatsby’ego”. Przeczytać, zwracając uwagę na fragmenty, które podkreśliła.

Śródstronie

Oczy doktora Eckleburga wcale nie są opisanie jakoś wyjątkowo wzniośle – homerowski opis tarczy Achillesa, z którego wylewa się starożytna epickość może się nie czuć zagrożony. Jak się okazało, jest to billboard czasowników, a nie przymiotników, a już na pewno nie jest to reklama dygresyjna.

Fitzgerald i jego Gatsby nie są przesiąknięci słowną/tematyczną dekadencją ani deszczem. A już na pewno nie w sposób oczywisty. Choć tego właśnie się spodziewałam.

Oczywiste jest za to przesłanie – i pewnie wiele osób będzie ta banalność drażnić, aż do momentu, w którym sami się będą musieli z nią zmierzyć w tak zwanym realu.

Druga strona

Lubię koncepcje Baza Luhrmanna, choć musiałam się do nich przekonywać (nie polubiłam „Moulin Rouge!” od razu). Lubię jego duety z Craigiem Armstrongiem (bo nie ma to jak spojrzenie na kulturę wysoką przez pryzmat kultury pop). Konwencja ścieżki dźwiękowej do „Wielkiego Gatsby’ego” była naprawdę świetna (na ten temat rozpisałam się już kiedyś na Hatak.pl w tekście „Retro techno liryka„).

Spodobała mi się na tyle, że w trakcie czytania zamiast klasyki, poszukiwałam dźwięków elektronicznych, z bitem wyraźnym, lekko transowym, a jednocześnie kompletnie do klubów niepasujących. Takich, których słuchałam podczas letnich wieczorów pachnących ambientem, na wspomnianych przez Fitzgeralta „dużych przyjęciach” w momentach „intymnego nastroju”. Dźwięków patrzących na tłum z bezpiecznego dystansu – nie ze względu na pogardę, czy wyniosłość, ale wyjątkowa pokorę, życzliwość i wrażliwość.

Wiecie, jest taka płyta Schillera… „Leben” się nazywa i ma już ponad 10 lat. Wyobrażam sobie, że tak brzmi Berlin, kiedy nikt na niego nie patrzy.

Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

Z cyklu: trudne wyznania.

34de2ca8488111e3b55122000a1f9be7_8
Myszkovska (l.20-ileśtam). Twierdzi, że kocha swój parapet.

Trudna jest to miłość, bo niewygodnie, ale za to niezmiernie romantycznie.

Nie wiem kto jest winiem mojej słabości do czytania na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych. Prawdopodobnie wszyscy filmowcy, którzy umieszczali w swoich filmach przekaz nie do końca podprogowy, ze czytanie na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych jest osoom, i każdy fajny bohater, który później okazuje się głównym, to robi.

„Listy starego diabła do młodego” pewnie czyta.

To jest taka czytelnicza wersja „Cool guys don’t look at explosions”. Serio.

Swój parapet w Krakowie lubię, ale raczej głęboką nocą, kiedy Szalom Awenju na chwilę przestaje się tłuc milijonem aut, tramwajów i autobusów. Ale w lipcu, o trzeciej nad ranem nie ma lepszego miejsca do kontemplacji przysłowiowego życia, śmierci i gier RPG. To też mój ulubiony czas i okoliczności na pisanie, grafomanienie bezwstydne o moich własnych, prywatnych światach i innych tego typu bzdurkach.

Filmowcy wam tego że pokażą, ale kiedy zapalasz lampkę przy otwartym oknie o trzeciej nad ranem w lipcu, możesz się spodziewać stad irytujących ciem o skłonnościach samobójczych roztrzaskujących się o żarówkę, która niezbędna ci w procesie czytania. Więc, czytasz, powiedzmy, do czwartej, a do piątej wyrzucasz z pokoju nabyty niechcący inwentarz.

(w przypadku gałęzi jest tak, że zaraz oblezą cię pająki i skorki, a w rdzeń kręgowy wbijać ci się będzie wyjątkowo irytująco wypukły kawałek kory)

ec53442248bd11e3a82a1204e629ce97_8Naprawdę nie rozumiem tej swojej trudnej miłości, ale pewnie wynika to jakichś typowo kobiecych kaprysów serduszka. Na parapecie na przykład (tym w stronach rodzinnych, nie-krakowskich) pochłonęłam bite 500 stron „Czasu Żniw” Samanthy Shannon, jeszcze w listopadzie, w czasie bardzo krótkim, bo spieszno mi było przed wylotem.  Z tempem nie było problemu, bo książka należy raczej do lekkich, łatwych i dziewczęcych. Nie jest to może poziom „Igrzysk Śmierci” (których zawsze w towarzystwie bronię i na siłę wywlekam z szufladki „lekkie czytadełka dla gimnazjalistek”), ale też nie jest to rzecz nad którą załamywałam ręce z rozpaczy.

Z literaturę dla kobiet (tych starszych i młodszych) traktuję z pewną dozą wyrozumiałości. Nie tylko dla autorek (których zdjęcie na skrzydełku często mogłoby być ilustracją przedstawiającą główną bohaterkę, ale trudno mi jest w nie rzucać za to kamieniem, bo dobrze wiem, jak trudno jest się oprzeć pokusie w tej sytuacji), ale przede wszystkim dla samej siebie. Nie ma co ukrywać – może i bawiłam się karabinami, moje lalki musiały przeżyć nie jeden pożar/ eksplozję/ porwanie, a moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan (no, i ostatnio Obi van Kenobi) ALE. Ale wzdychało się czasami. W dawnych czasach podstawówkowych nad „Dziewczyną Ameryki” Meg Cabot na przykład. A i teraz nad Jane Austen nie raz („You transfix me quite”). Wzdycha się. W momentach tak literacko naiwnych, że gotowa jestem się do nich przyznać tylko Malicie, która czyta.

Nad „Czasem żniw” nie wzdychałam co prawda, ale jestem w stanie zrozumieć, że można. I nie protestuję, kiedy ktoś wydaje książce dobre recenzje (aczkolwiek porównanie do Matrixa i Dr Who ze skrzydełka to chyba lekka przesada; z gatunku tych mocnych; albo lekkich świętokradztw). Tym bardziej, że stylem autorka się wybija, a i wyobraźni trochę wodze popuściła. Momentami sięga do motywów i rozwiązań dość banalnych, ale potrafi je bardzo ładnie ubrać w słowa (karty tarota na przykład). Doceniam to.

To, co jednak dotyka mnie w tej książce najbardziej, to jej osobisty charakter. Czego dowodzi lista przebojów w aneksie, przy których autorka pisała swoje dzieło. I wiersze Johna Donna. I, oczywiście, zdjęcie Smanthy na skrzydełku. To jest zawsze dla mnie największy problem, jeśli chodzi o literaturę kobiecą/ dziewczęcą. Że trudno jest mi oceniać te twory jako dzieło literackie – owszem można odnieść się do uniwersum (które mnie nie oczarowało raczej), stylu czy fabuły, ale jeśli chodzi o rzecz najważniejszą (choć w tym wypadku jednak drugoplanową), czyli bohaterów i ich relację to trochę tak, jakby oceniać ją samą, jej sedno  i jej wśrodek. Jako kobietę, nie gryzipiórka. Można mówić o rozdziale dzieła od autora, ale czasami czyta się książkę i czujesz, że niektóre jej wątki są wbudowane w autora tak bardzo, że przestają być tylko i wyłącznie l’art pour l’art.

Staram się stąpać po takich książkach bardzo ostrożnie.

A czego wtedy słuchałam? Nie, nie listy przebojów, która autorka dołączyła w aneksie. W głośnikach (Myszkovska, l.20-cośtam. Twierdzi, że kocha swoje radzieckie głośniki wielkości stołka barowego) miałam to:

Uwielbiam SoundQ. Zakochałam się już w czasach EPki, w „Elephants’ Graveyard” konkretnie. Ukazanie się Long Play’a zwanego „Barbarians” bardzo mnie ucieszyło, a za pożyczenie krążka muszę podziękować Jankowi, który w naszym radiu prowadzi audycję dla malkontentów. On jest taki typ Trójkowy, wiecie. Dużo muzyki i dużo gadania o muzyce. I dobry gust ma. Czasami.

Po bardzo pracowitym styczniu mam kilka dni wolnego, więc czym prędzej rzuciłam się do domu rodzinnego odpocząć chwilę i nadrobić robotę, która mi się mocno nawarstwiła – w tym szczotkę „Długiej wojny” Pretchetta-Baxter, którą ofiarowano mi w celu napisania czegoś na Hatak.pl. I w końcu doznałam samo uświadomienia w kwestii nowego Wiedźmina (o czym napiszę). I, co by dokończyć obnoszenie się z osiągami, przeczytałam też „Wielkiego Gatsby’ego” z mojej listy postanowień noworocznych (o którym nie wiem czy napiszę cokolwiek w najbliższym czasie, bo Fitzgerald porzucił mnie smutną i w żałobie).

I to wszystko na parapecie właśnie. Twardo i cierpną nogi czasami, ale nic to, skoro za oknem potrafi być tak, o. Po babsku romantycznie.

201f8dc448be11e38fa71247c1292a16_8ddf54d7e6d8611e3b330122dbaf13212_8

Ale fotel też mam tutaj bardzo fajny.

kolejka kosionrzkoffa.txt na 2014

…czyli książki, które zawsze chciałam przeczytać, ale jakoś się nie składało.

Jest takich mnóstwo. Od liceum mam na swoim komputerze plik o przeuroczej nazwie „kolejka kosionrzkoffa.txt”, w który regularnie wpisuję tytuły „Przeczytaj zanim zejdziesz z tego padołu”. Rzadziej coś z niej wykreślam, bo wpisuje tam książki raczej trudne, długie, niemodne, prastare w swym charakterze. Postanowiłam wybrać z tego zacnego grona pięć, które niniejszym czynię moimi postanowieniami noworocznymi.

I tak.

1. „Robot” – Adam Wiśniewski-Snerg

Pamiętam, jak w dobie mojego Okresu Matrixowego (który tak naprawdę nigdy się nie skończył) przeczytałam gdzieś, że scena, w której Neo zatrzymuje kule była wzorowana na prozie naszego, rodzimego autora s-f. Pamiętam, że na pierwszy roku studiów nawet „Robota” zdobyłam i zaczęłam czytać, ale zupełnie nie pamiętam, czy udało mi się skończyć. Ciężkie to było. W tym roku podejście drugie. Tylko najpierw muszę gdzieś to dzieło zdobyć.

2. „Wielki Gatsby” – Francis Scott Fitzgerald

Jest modny. Z jakiegoś powodu (Ach, ten Baz Luhrmann i jego czarujące, teledyskowe podejście do kinematografii…). Mam ochotę przeczytać jednego z tych Amerykańskich Wielkich, a po wysłuchaniu fragmentów „Skowytu” Ginsberga, nie wiem czy do niego dorosłam. Padło na Fitzgeralda.

3. „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Jan Potocki

Ja sama znalazłam ów „Rękopis…” w krakowskim antykwariacie. Wydanie ekscytująco antyczne. W imię idei książkowego szafiarstwa zrobię zdjęcia i wam objawię. Z dziubkiem, z przeprostem, z rąsi nawet.

4. „Tristan i Izolda” – wydanie Biblioteki Narodowej

Jedna z tych rzeczy, które chciałam przeczytać jeszcze w liceum, a nie miałam na to czasu (bo „Potop”). Poza tym kroi mi się w głowie pewien gryzipiórczy pomysł i potrzebuję.

5. „Pieśń o Nibelungach” – w przekładzie Andrzeja Lama

W tym przypadku nie jest ważne, DLACZEGO chcę to przeczytać. Ważne jest, czy będę wtedy słuchać Wagnera.

Jak można się domyślać powyższa piątka jest tylko suplementem diety. Reszta zostaje po staremu i nadal się będę książkami obżerać i doprawiać muzyką. A czasem nawet vice-versa.

Mawiają, że proszenie o autograf jest mocno nieprofesjonalne. Cóż. Do póki nie jest nieetyczne…

[poza tym] Ach, co to był za rok! Kto wie, być może najzacniejszy rok mojego życia. Szczególnie pod względem około-muzycznym. ALE! Zestawień robić tu nie będę, bo nie uważam, żeby uwiązywanie muzyki w konkursy piękności było jakkolwiek zasadne albo pomocne. Chodzi bardziej o moje muzyczne przygody w prawdziwym życiu, takim na zewnątrz słuchawek. Przeżyłam kilka pięknych festiwali i koncertów: Varese Sarabande na Transatlantyku, „Matrixa” na FMF, trąbki i werble Jamesa Hornera na Koncercie Muzyki Filmowej, czarującą Koteluk, Siddharta – czyli słoweńska miłość z liceum, czy genialnych Orphaned Land. Nie mówiąc już o dźwiękach Jerozolimy o zmierzchu w szabat. Muzyka jest ważna, ale ważni też są ludzie. Dlatego podwójnie wdzięczna jestem za możliwość rozmawiania z artystami na temat tego, co tworzą. Artyści to niesamowite istoty.

[jeszcze bardziej poza tym]A dzięki Donowi Davisowi („Matrix”) i Marco Beltramiemu („World Waz Z”, „Wolverine”) udało mi się polubić moje imię – okazało się, że zagraniczni kompozytorzy reagują na nie z wielkim ożywieniem i sympatią, co pięknie łamie lody przed rozmową pod dyktafonem. Całe życie wpajano mi, że mam imię po małych, greckich, fioletowych wiechciach. Tymczasem Panowie Kompozytorzy zawsze kojarzą je z tym, co jest najbliższe ich serduszku – altówką. Totalnie zmieniło to mój sposób myślenia w tej jakże niefundamentalnej dla ludzkiego istnienia kwestii.[/jeszcze bardziej poza tym][/poza tym]

…czego i Wam życzę.