Dzienniki bateryjki*

  • SŁOWA: RAINBOW ROWELL, „ELEONORA I PARK”
  • MUZYKA: P.O.D. „PAYABLE ON DEATH”

– Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna… Wszystko dzieje się w latach 80. Główna bohaterka chodzi do liceum. Jest ruda, gruba i ubiera się w losowe ciuchy…

– O! To ja z gimnazjum!

Tak sobie rozmawiałyśmy miesiąc temu z Moniką Frankiewicz w siedzibie Wydawnictwa Otwarte (mają cudowny taras) o „Eleonorze i Parku”, których uczucie wyraża się nie tylko poprzez dzielenie jednego walkmana. Książkę od razu wgrano mi na Kundelka i zaczęłam swoją podróż sentymentalną w przeszłość.

Wróciłam aż do rzeczonego gimnazjum, przez które starałam się przebrnąć na początku aktualnego tysiąclecia. Owszem, byłam gruba, rudość na głowie miałam z tubki, a mój styl ubierania (wzorowany na tym, jak się nosili czołowi dziennikarze muzyczni tego kraju) był szeroko komentowany na korytarzach szkolnych przez ładne dziewczyny z kółka tanecznego. Oczywiście, zamiast się nimi przejmować zajmowałam się oglądaniem offowego kina amerykańskiego i czytaniem Orwella w niezachwianym przeświadczeniu, że czyni mnie to lepszą od nich (później przeświadczenie się zachwiało i padło na pyszczek).

Klisza, prawda?

Absolutną podstawą mojego życia były dwie rzeczy. Po pierwsze, muzyka. „Eleonora i Park” wydali mi się tym bardziej sentymentalni, że w gimnazjum nie miałam discmana. Nie mówiąc już o tej pożądanej nowince technicznej, jaką były odtwarzacze mp3 (creative zen na przykład).

 łokmen

Na discmana nie było mnie stać; albo inaczej: jeśli już miałam jakąś kasę, to wolałam ją wydawać na nowe płyty/ kasety. Za to miałam świetnego walkmana. I genialne, stare kolumny wielkości stołka barowego. Działają jeszcze. Dzisiaj już takich nie robią. Spędzałam mnóstwo czasu leżąc na podłodze z głową między nimi, rozkładając „Chateau” Roba Dougana na czynniki pierwsze („I obój!”*).

Drugą rzeczą było pisanie. Opowiadań, powieści, recenzji, wszystko „do folderu”. Pisałam też bloga. I dziennik. Postanowiłam, że nigdy tych nastu zeszytów nie spalę. I nie spaliłam.

„…I zostanę recenzentką muzyczną. To jedyne, na czym się znam, a pisanie, to jedyne co potrafię.

– to ja, lat 14. Proszę się nie śmiać. Zamiłowanie do egzaltacji zostało mi do dzisiaj.

Bardzo dużo piszę w nich o muzyce. Na przykład jest taki fragment, w którym starałam się przewidzieć, co się stanie z artystami, którzy wtedy byli na topie (pomyliłam się w przypadku Craiga Davida, niestety). Albo taki, naskrobany przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz w góry (do dzisiaj mam tak, że kiedy szlajam się po górach, nie słucham muzyki – no, chyba że tej, co wiecznie gra mi w głowie).

„Po co próbuję się nasłuchać P.O.D., skoro to niemożliwe?”

Pisałam o koncertach, na które chciałabym iść (kilka marzeń się spełniło) i o płytach, które nagminnie pożyczałam od znajomych. Poza tym, był to też czas, kiedy odkryłam muzykę filmową, głównie za sprawą „Matriksa” (który mnie wychował) i Roba Dougana (który jest odpowiedzialny za moją słabość do muzyki instrumentalnej mieszanej z elektroniką i australijskiego akcentu).

„Płyty przyszły. „Fundamental elements of Southtown” P.O.D. i muzyka z „Matrix: Reloaded”. (…) Znalazłam tam prawdziwy damencik, który odstaje od całości: Dave Matthews Band, „When the world ends”. Wokalista rewelacyjnie stopniuje emocje. Poza tym doszłam do wniosku, że Rob Dougan to geniusz.”

(Bo faktycznie tak jest. Aczkolwiek nie mogę odnaleźć moich zapisków z pierwszego przesłuchania „Furious angels”, jego pierwszej i jedynej solowej płyty. Znam jej każdą nutkę. Mogłabym ją wyśpiewać na jakimś karaoke bez tekstu pomocniczego.)

„Zmówiłam płytę OXY.GEN. W sklepie muzycznym zapytali mnie, czy to jakiś polski zespół. Ręce mi opadły…”

(Bardzo się cieszę, że ją kupiłam wtedy, bo dzisiaj jest praktycznie nie do dostania…)

„Kazik Staszewski i Tom Waits. Już mi się podoba ta płyta, a jestem dopiero przy trzeciej piosence.”

(Kazik zapoznał mnie z Tomem.)

I takie tam, takie tam… Dlatego podczas czytania „Eleonory i Parka” postanowiłam wybrać którąś z płyt zarzynanych przeze mnie w gimnazjum własnie. Padło na P.O.D. Musiało paść na P.O.D. I na „Payable on Death”. To pierwsza płyta, którą zakupiłam w dniu premiery, tak bardzo na nią czekałam. I do dzisiaj mam ciary słuchając „Sleeping Awake”.

Oprócz muzyki w dziennikach dużo piszę też o Bogu i, oczywiście, pierwszych miłościach. Takich na spojrzenia, dotykanie dłoni mimochodem i wmawianie sobie, że ktoś to uczucie odwzajemnia. Rainbow Rowell bardzo pięknie oddała tę subtelność i słodkość, która rządziła tamtymi zauroczeniami. Wypada bardzo realistycznie w porównaniu z treścią moich dzienników popełnianą w latach nastoletnich. Może dlatego, że kiedy odwinęłam skrzydełko „Eleonory i Parka”, żeby zobaczyć zdjęcie pisarki, mrugnęła do mnie Eleonora? Monika F. i Bartek W. z Otwartego też uważają, że to nie przypadek. Mamy teorię, że autorka chwyciła swoje dzienniki z „dawnych czasów”, poprawiła lekko składnię i wypuściła jako powieść.

Powieść nie tylko uroczą, ale i mądrą. Przez pół książki myślałam, że chodzi w niej tylko o to: pokazanie, jak rozwija się uczucie pomiędzy dwójką nastolatków w sposób bliższy prawdy niż „spojrzała na jego umięśniony tors i nagle zapragnęła się do niego przytulić, ale nie miała czasu, bo akurat atakowała ich chmara wrogich im istot nadnaturalnych (poza tym ich miłość była zakazana, no i musiała się jeszcze zdecydować, czy nie chce się przytulić do równie umięśnionego najlepszego przyjaciela, który również pojawia się w jej snach)”. Nawet gdyby Rainbow poprzestała na prostej opowieści i prostym uczuciu, jej empatia w przelaniu rzeczonego na papier by mi wystarczyła. Ale „Eleonora i Park” to nie laska lukrecji. I to też było w tej opowieści piękne.

Na szczęście z sytuacją Eleonory nie każdy się będzie utożsamiał dosłownie, ale wydaje mi się, że „Eleonora i Park” i tak jest książką biograficzną, na swój sposób. Dla każdego z nas. Nie tylko dla tych, którzy swoją „młodość” spędzali w towarzystwie walkmana, ale i dla tych, którzy polecają sobie rzeczy na spotifaju. Przynajmniej mam taka cichą nadzieję, że wy przeżywacie swoje gimnazjum tak samo jak przeżywałam ja. Właściwie to życzę wam, drogie pokolenie (która to już literka alfabetu?) tej uroczej subtelności w spojrzeniach i egzaltowanej dramy w przeżywaniu niespełnionej miłości (obyście nie mieli większych problemów). Bo to jest prawdziwe, szczere i realistyczne. Przede wszystkim jednak – dużo słowa i jeszcze więcej muzyki. Inspirującej. Takiej, która was ukształtuje i wychowa.

___________

*] Prywata. Tytuł zrozumie tylko anoriell. Której dedykuję wpis. Po mojej śmierci wszystkie moje dzienniki dziedziczysz Ty, zdania nie zmieniłam. I naprawdę nie chcę gryźć (choć piszesz naprawdę dziwne rzeczy o wojskowej propagandzie ;) ). There is no spoon. Still.

Reklamy

TEN moment każdej wojny

  • SŁOWA: SUZANNE COLLINS, „KOSOGŁOS”; VICTORIA AVEYARD, „CZERWONA KRÓLOWA”
  • MUZYKA: PETER & JACOB „THE RED QUEEN”; „HUNGER GAMES: CATCHING FIRE OST”

Zaczęło się od piosenki.

Choć jeszcze wcześniej był telefon od kolegi z wydawnictwa, który zapytał, czy może podrzucić mi powyższą. Puenta rozmowy była taka, że owszem, może, razem z książką (ha, ha).

Lubię tę nową modę opakowywania książek w jakiś kolorowy marketing, bo jest na ambitnym poziomie (jeszcze, za kilka lat pewnie sprowadzi się do wkładek z reklamami wklejonymi między treść). To znaczy takim, że nawet jeśli sedno, czyli literatura, okaże się średnio interesująca, to nadal nie czuję się oszukana, bo opakowanie mi to rekompensuje (jak w przypadku „Endgame”). Wtedy cieszę się kreatywnością ludzi od promocji, po prostu. Zdolne chłopaki i dziewczyny z Otwartego wpadli na pomysł, żeby w Polsce promować książkę muzyką, w dodatku cudownie gitarową, uzupełnioną bardzo ładną animacją. I tak powstała piosenka Petera & Jacoba, którą wrzuciłam sobie na respirator mp3 i tak sobie chodzimy razem od jakiegoś czasu.

…kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „Czerwonej królowej” na mojej twarzy pojawiło się wielkie skrzywienie, bo liczyłam, że będzie to YA, które przyniesie zaszczyt gatunkowi. Podobne uczucie szarga mną w momentach, kiedy zakochuje się w ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, a później oglądam go w kinie i obraz nie trafia do mnie już tak bardzo. Dla pewności zajrzałam na blog Dżuli, żeby przeczytać jej recenzję i okazało się, że jej myśli w temacie ją odwrotnie proporcjonalne do moich, a wszak Dżuli dobra jest w te klocki. Aż przestraszyłam się, że po prostu gorzknieję w starości i już nigdy nie będę mogła przeczytać żadnego YA z myślą „O, jakie to dobre”. Tylko zawsze będę szukała drobiazgów (?), do których można się przyczepić, a na Twitterze będę prowadzić żałosną krucjatę „Czy naprawdę wszyscy to łyknęli?”.  Że niby jestem taka mądra, dorosła i światła.

Mam niezwykle duże wymagania względem gatunku, bo rozpieściła mnie Pani Collins. Niezwykła Pani Collins.

Chwyciłam więc powtórnie za „Igrzyska śmierci”, które prawdziwie mnie dotknęły, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest taka, jak ją zapamiętałam, czy po prostu przeczytałam ją w idealnym momencie życia, i trochę ją przez to idealizuję. Wyszło na to, że to naprawdę mądra książka. I cenna. A mój problem z „Czerwoną królową” leży głównie w tym, że te książki w ogóle ze sobą porównuję.

„Kosogłosa” czytałam w okolicach premiery adaptacji „Igrzysk śmierci” (tak, najpierw było kino, później książka, nie jestem purystą w tej kwestii). W głośnikach leciało „Sarvation” Thomasa Bergersena, a mnie, ze strony na stronę, każde zdanie zaskakiwało co raz bardziej, bo docierało do mnie, że

„Igrzyska śmierci” to nie jest książka rewolucji. Ani o zwyciężaniu złych przez tych dobrych.

Nie jest to książka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie jest to książka o tym, że miłość do rodziny czy „tej drugiej połówki” wszystko zwycięży. Nie jest to książka o słuszności i pięknie walki, nie usprawiedliwia ona agresji, ofiar i wojny. Nie jest to książka, która powie wprost, czy gra była warta świeczki. I choć nie jesteśmy do takich treści przyzwyczajeni i nie tego spodziewaliśmy się po YA, to gdzieś w środku czujemy, że właśnie tak to wszystko działa. I że jest w tym prawda.

Po lekturze wielu stron opasłych, akademickich podręczników od historii, reportaży, artykułów i wywiadów, po analizie danych, dat, cytatów, po rozmowach z żołnierzami i aktywistami, po tym, jak na placu Rabina wyzywano mnie od zdrajców i najgorszych, bo (w sensie cielesnym, nie ideologicznym) stałam po przeciwnej stronie barykady dochodzę do wniosku, że w każdej, nawet najszlachetniejszej ideologicznie wojnie w końcu ktoś wypowiada te słowa:

Niestety.

Może kiedyś wyśmieję ten akapit, ale dzisiaj, na świeżo po przeczytaniu „Kosogłosa” po raz drugi wydaje mi się, że scena, w której siódemka ocalałych zwycięzców głosuje w sprawie zorganizowania ostatnich Głodowych Igrzysk tłumaczy jakiś straszny mechanizm tego świata.

[!] I jeśli scena w filmie zostanie zmieniona albo pominięta, pogłębi się moja nieufność w stosunku do amerykańskiej kinematografii tzw. boksofisowej.

Jest w tej książce niewymuszony morał, bez rozpisywania recepty na to, jak POWINNIŚMY postępować, co często zniechęca, bo przecież jako przedstawiciele najmądrzejszego (aha) gatunku na tym ziemskim padole, nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza. „Igrzyska śmierci” punktują nam grzechy, ale bez wytykania ich, bez głośnego obśmiewania, a nawet bez usprawiedliwiania ich. Jedynym elementem oceniającym czyny bohaterów są ich konsekwencje.

I za to bardzo cenię Suzanne Collins.

 

Dlaczego Żulczyk

No, właśnie.

Skoro w jego książkach na kilkuset stronach rozmazany jest koncentrat całego zła tego świata. Gdybyśmy spotkali jego bohaterów na ulicy, odróciliśmy wzrok, żeby tylko nas nie zauwazyli i nie zapamiętali, a kiedy czytamy o nich w ksiązkach – mamy ochotę ich przytulić i wmówić, że życie jeszcze może się ułożyć jak w bajkach Disnay’a (ba! że każdy ma do tego prawo). Dlaczego Żulczyk, skoro masakruje wszystkie rzeczy, w które chcemy wierzyć (bo wychowaliśmy się na w/w bajkach).

Skąd on mi się bierze skoro jego bohaterom nie wychodza rewolucje, miłość im nie wychodzi, nawet biznes.

Cięcie.

Jakie te teksty są… nie do końca dobre. Słucham tej płyty po latach pięciu i wychodzi na to, że nie jest spójna w żaden sposób. Najpierw teksty o balowaniu pod wpływem, a później o dziecku z miesiem w rączkach. Nie mówiąc już o tym hymnie uwłaczającym heroinie.

No, ale NELL poznałam na koncercie juwenaliowym w Żaczku, wiec to studenci, jeszcze jedną nogą w garażu.

Cięcie.

Wchodzi im za to wiele rzeczy. Kokaina na przykład.

Żulczyk dlatego, że zawsze, kiedy go czytam, czy to jest „Radio Armageddon”, czy „Ślepnąc…”, czy jakiś thriller dziejący się na krakowskich alejach („Instytut”) to za każdym razem mam wrażenie, że ktoś przetłumaczył te książki z polskiego na mój osobisty język, moją poetykę i moją wrażliwość na tekst. To jest język, którym myślę, kiedy akurat myślę po polsku, piszę nim, kiedy akurat nikt nie patrzy i język, który gwarantuje, że będę się zaczytywać w książce nim napisanej, niezależnie od treści.

Nie znam takiej Warszawy. Nie znam nawet takiego Krakowa. Nie znam taki ludzi. Fakt, że mogą istnieć moja wyobraźnia umiejscawia gdzieś na tyłach, bliżej fikcji literackiej. Aczkolwiek przyznać muszę, że po czterech miesiącach w stolicy nadal mam wrażenie, jakbym patrzyła na wielką fasadę, jakbym przemieszczała się po planie filmowym wypełnionym scenografią ze styropianu, tektury i papier mache. Jeśli już się tak sobie zwierzamy, póki co nie czuję, żeby za tą fasadą ukrywało się coś więcej.

Może to i lepiej, bo gdybym poczuła to ciężkie, ciemnem bijące serce, o który pisze Pan Żulczyk, to mogłoby mi nie być tak dobrze tutaj. Może faktycznie lepiej nie wychodzić poza scenografię.

Cięcie.

//media.myspace.com/play/song/impossibly-true-live-at-pr3-70777378-77913381

Cięcie.

10, ale 12

Nominowali mnie kolega Radiowy Janek, Kasia Koczułap oraz Szaci, którego znałam jeszcze w czasach, kiedy filmy pożyczało się na płytach cd.

To nie są książki, które uważam za najlepsze, najbardziej wciągające czy nawet ulubione. One naprawdę zmieniły moje życie. Postanowiłam podejść do tematu poważnie. Dlatego jest ich dwanaście, nie dziesięć i to w kolejności chronologicznej.

1. „Przygody kota Filemona” – Marek Nejman , Sławomir Grabowski

Miałam pięć lat. Ledwo zaczęłam czytać. I pisać.

Była taka księgarnia na osiedlu, do której zawsze, ale to zawsze musiałyśmy wejść z moją Mum. Ja czułam zew, a ona uginała się pod dziecięcym terrorem. Nie pamiętam już JAK tam pachniało, ale wiem, że genialnie. No, i na wystawie była książka o kotach, które kochałam zanim jeszcze opanowały internety. Wielka, w twardej oprawie, z pięknymi obrazkami. Deptałam obok niej bardzo długo, zanim Mum mi ją kupiła, przeczytałam bardzo szybko, a później… cóż. Napisałam swój pierwszy i jedyny w życiu fanfik. Pamiętam, że traktował o Filemonie, który wlazł na strych, znalazł tam jakieś stare, rozpadające się łóżko i w materacu zrobił sobie domek.

Opowiadanie miało chwytliwy tytuł („Dom w łóżku”), sześć zdań, pięknie zdobioną okładkę i ilustrację. Rękopis zaginął, ale książkę, która je zainspirowała, mam do dzisiaj.

2. „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – C.S. Lewis

Ta książka była mi pisana. Kiedy miałam osiem lat jakaś opiekunka na koloniach nam ją opowiedziała (nie przyznając się, że to na motywach książki). Fakt ten odnotowałam skrupulatnie w dzienniczku, który zaczęłam w tym czasie prowadzić, a opiekunka została moją ulubioną. Parę miesięcy później trafiłam na książkowy pierwowzór w szkolnej bibliotece. I część za częścią…

Moje ulubione to dwie ostatnie. Kurczę, nie mogę przeżyć, że zarzucili ekranizacje, bo każdą swoją cząstką czekałam na część szóstą i pieśń stworzenia wyśpiewaną przez Aslana.

Kto by ją skomponował? Kto zaśpiewał? No? No?

P.S. Przy okazji chciałam przypomnieć, że za „Problem Zuzanny” Gaimanowi przebiję kiedyś opony w aucie. Albo przynajmniej mu wygarnę.

P.S. 2 Tak, byłam w Narnii.

P.S. 3 Doskonały dowód na to, że ta książka mnie prześladuje:

Pan na pchlim targu w Jafie sprzedawał jedną książkę, w dodatku za 10 szekli (normalnie książki w Izraelu kosztują ze 100). I co to było? No co? „Sipurej Narnia”.

3. Oczywiście Harry Potter Pani Rowling.

Tak, w Hogwarcie też byłam. W Gryffindorze. Proszszszsz:

W sumie nie wiem dlaczego wysłali mnie do brytyjskiej szkoły magii zamiast do polskiej, ale nie wnikam.

Potter z kilku powodów. To pierwsza książka, którą przeżyłam całą sobą i z którą się identyfikowałam w jakiś sposób. W zasadzie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli filmem, który mnie wychował jest „Matrix”, to książkowym odpowiednikiem jest seria o Potterze właśnie. Nie rzucam może cytatami z Dumbledora, ale do głowy wbił mi się ogólny pogląd na wartości, poświęcenie i konieczność zrozumienia zła. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak tak banalne kwestie udało się Rowling umieścić w tak niebanalnej otoczce.

Poza tym jestem dumnym rocznikiem, który rósł razem z Harrym, a nowe części zawsze pojawiały się w księgarniach w okolicach moich urodzin. Zarywałam noce, żeby je przeczytać za jednym zamachem. Szóstą część skończyłam o 6.30 nad ranem przy dźwiękach „Lux Aeterna” w wersji orkiestrowej („Requiem for a Tower”), od której zaczęła się moja słabość do muzyki z trailerów.

W ogóle to przekleję wam cytat z mojego starego bloga. Scenka rodzajowa, na faktach (autentycznych):

Mój Młody Padawan (nowa, oficjalna ksywka dla Siostrzeńca Harry’ego, który z wiekiem co raz bardziej, o zgrozo, wdaje się w ciotkę): A ja sobie rozwaliłem rękę! Patrz jaką mam bliznę! (pokazuje mi prosta kreskę długości maks trzech centymetrów)
Ciocia Fiol: Jaaaaaa! Jak prawdziwy wojownik!
Mój Młody Padawan: NO! Szkoda, że nie jak Harry Potter, w kształcie błyskawicy…
Ciocia Fiol: A pamiętasz, co mówił Dumbledore o swojej bliźnie?
Mój Młody Padawan: No! Że jest mapą!
Ciocia Fiol: No. I że jest bardzo przydatna, bo to mapa metra londyńskiego i dzięki temu nigdy się tam nie gubi.
Mój Młody Padawan: Fajnie…
Ciocia Fiol: A ty masz mapę metra warszawskiego, wiesz?
Mój Młody Padawan: Tak?…

Z „Improwizacji mniejszej„.

4. Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, musiał pojawić się drugi Inkling. Tolkien jest moim Mistrzem. Absolutnym. I to nie są puste słowa, które tak sobie wypisuję, żeby przyszpanować, jaka to nie jestem old schoolowa względem fantasy (i w dodatku trochę gadam w Sindarinie). Uważam, że Pan T. zaczyna się po „Hobbicie” i „Władcy Pierścieni”, a jego najcenniejszą rzeczą, którą nam po sobie zostawił są te zaczątki „Silmarillionu” i „Listy”, w których znajdziemy mnóstwo wyjaśnień na temat Śródziemia.

Bardzo cierpię, kiedy popkultura powiela wypaczone postrzeganie ras Śródziemia. Chyba najbardziej przykrym dla mnie przykładem są Elfowie (TAK! NIE ELFY!). Generalnie zawsze mają +3 do szybkości +5 do zręczności +7 do zniewieścienia i bonusy do magii.

A wiecie, że Elfowie Tolkiena nie używali magii? Wcale. Ani grama.

„Silmarillion” wyrobił we mnie pewne nawyki w kwestii samego pisania. Skrupulatności, staranności i nie chodzenia na kompromisy z tym, „co się sprzeda”. Przede wszystkim jednak nauczył mnie odpowiedzialności za to, co piszę.

Właśnie dlatego nie wydałam jeszcze żadnej książki.

P.S. Frodo nie oparł się Cieniowi i Pierścieniowi. Przegrał na samym, samiutkim końcu. Zauważyliście?

5. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” – Dorota Masłowska

To jest książka, która zwróciła mi uwagę na to, że słowa są narzędziem, które można wykorzystywać kreatywnie i nadal będzie to literatura. A jako że narzędzie to jest cudownie giętkie, można je dostosować pod siebie tak, żeby być sobą, kiedy się pisze. Po „Wojnie…” zaczęłam się przyglądać słowom dokładniej.

Poza tym, jako trzynastolatka, deklamowałam końcowe fragmenty tej książki na konkursie recytatorskim, podczas kiedy moja koleżanka, dla kontrastu, w repertuarze miała jakiś wiersz o osiołku.

Piszę o tym dlatego, bo dzisiaj obie robimy to, co kochamy (koleżanka śpiewa i tańczy w musicalach tudzież dubbinguje główne bohaterki seriali Disney Channel). Więc pointa jest taka, że spełnienie życiowych marzeń wcale nie zależy od tego, co się mówi na konkursach recytatorskich.

6. „Przesunąć horyzont” – Martyna Wojciechowska

Mam osiemnaście lat, jestem dziewczynką podróżującą głównie po Śródziemiu i WTEM! dostaję od siostry książkę Martyny Wojciechowskiej, którą znam głównie ze szklanego ekranu, którym gardzę. Pani Wojciechowska na okładce jest zasmarkana, scenicznego mejkapu brak. Zaglądam ciekawie na pierwszą stronę…

Przez tę książkę przypomniało mi się, że wcale nie jestem domatorem. Po niej wchłonęłam, oczywiście, wszystkie Pawlikowskie, Cejrowskich, „Dotknięcie pustki” i innych Pałkiewiczów.

Ciekawostka. Pamiętam, że jedną Pawlikowską czytałam przy tym (proszę przymknąć swoje estetyczne oko i cieszyć się świadomością, że nawet zaśpiewy mnichów buddyjskich można sprzedać w wersji pop):

… a później przyszedł czas na Kapuścińskiego, dzienniki misjonarzy z czasów hiszpańskiego podboju Ameryki, Marco Polo nawet… a później i na podróże własne znalazł się czas.

7. „Dziady” – Adam Mickiewicz

Zawsze chichoczę, kiedy ludzie opowiadają o „Panu Tadeuszu” jako o „epopei narodowej”. To jest coś, czego wam nie powiedzą na polskim, ale to dziełko było rozbudowanym i finezyjnym żartem komponowanym na potrzeby zapełnienia czasu na wieczornych spędach z kumplami (wśród nich: Fredro, który dopisał sławną XIII księgę). Cóż, nie było jutjóba. Mickiewicz cały dzień pisał, wieczorem odczytywał kolejny fragment ku uciesze i na zdrowie. No, ale że swój wiek już miał, to każdy żarcik przeradzał się w Dzieło ze Znaczeniem.

Wolę Mickiewicza młodego. Tego, który pisał nocami i zasypiał na swoim biurku. Którym targało coś tak niesamowicie silnego, że się z Bogiem chciał wykłócać. W którego „Wielkiej Improwizacji” natężenie egzaltacji czyni przester, ale jest to tak niesamowicie prawdziwe i szczere, że trudno się z tym nie zgodzić. To są emocje spotęgowane przez młodość i poezję. Dla mnie to kwintesencja nastoletniego buntu artysty (choć Mickiewicz, kiedy „Improwizację” pisał, nastolatkiem już nie był).

Jeśli jestem czyjąkolwiek fanką, to Mickiewicza właśnie. Serio, mogłabym nosić koszulkę z jego licem.

8. „Dzienniki rewolucyjne” – Ernesto „Che” Guevara

Jest tam taka scena, którą pamiętam szczególnie dobrze. Młody Guevara, w ogniu walki ma sekundę na to, żeby zdecydować, co zabiera ze sobą: torbę z przyrządami lekarskimi, czy skrzynkę z amunicją. Ponoć to był moment, kiedy określił, kim jest „BARDZIEJ”: lekarzem, czy rewolucjonistą.

Zawsze patrzę sobie na ręce po dokonaniu podobnych wyborów, bo wierzę, że mówią prawdę.

Btw, wybrał skrzynkę z amunicją.

9. Miasto śniących książek -Walter Moers

Kontynuując wątek „Cierpienia młodego pisarza”. Przeczytałam tę książkę, kiedy miałam kryzys na zasadzie „a jeśli nigdy mi się nie uda” tudzież „a jeśli wcale nie umiem pisać” jak również „to całe moje pisanie jest bez sensu”.

Fleszbek. Mam siedemnaście lat i poznaję Pana Pisarza, z którym rozmawiamy o „rzemiośle”. Na głos zastanawiam się, czy przypadkiem nie wmówiłam sobie tego pisania, czy tym pisarzem, to trochę samozwańczo nie zostałam, czy sobie sama korony na łepek nie założyłam. A on mi zadał jedno pytanie. Na które odpowiedziałam twierdząco. „A więc jesteś pisarką” – rzekł on.

Pytanie zachowam dla siebie.

Ale napiszę tyle, że kiedy czytałam „Miasto śniących…”, w szczególności fragmenty o Ormie, to wszystko we mnie grało ze wzruszenia i wdzięczności, że to znam, że wiem, jak to jest.

P.S. Nie, Orm to nie Wena. Wena do pisania nie jest do niczego potrzebna. W zasadzie tylko przeszkadza.

P.S. 2. „Miasto śniących…” jest dla mnie jedną z trzech najważniejszych książek w życiu. Mimo to, nie mam jej na półce. Mam za to dwa inne dzieła wpółanonimowego Pana Moersa.

10. „Twierdza Beaufort”  – Ron Leshem

Fascynują mnie żołnierze.

Cahal – najprzystojniejsza armia na świecie. Gdyby stali przodem, system by się wam zawiesił od nadmiaru przeżyć estetycznych.

Zainteresowanie to wykracza daleko poza słabość do munduru (przy ogólnej niechęci względem idei zabijania innych ludzi). Obserwuję ich, zbieram opowieści i dużo z nimi rozmawiam. (Na szczęście, potrafię wytłumaczyć dlaczego)

Nie mogę napisać, że wszystko zaczęło się od tej książki, bo postaci wojowników ciekawiły (i imponowały) mi od zawsze. Ale to Leshem odważył się zajrzeć tym chłopakom do głów i zmusił mnie do zadania kilku pytań na temat żołnierskiego umysłu, na które do dzisiaj szukam odpowiedzi.

11. „13 wojen i jedna” – Krzysztof Miller

Wojna mnie ciekawi. Bo „fascynuje” to nieodpowiednie słowo w jej kontekście, choć gdybym go użyła, wyszłoby fajne powtórzenie.

Chciałabym wyjaśnić wam, co mnie do niej ciągnie, dlaczego w Hebronie noce spędzałam siedząc na dachu i wsłuchując się w demonstracje, krzyki i wybuchy granatów. Nie wiem. Choć mam teorię na ten temat. Ja się po prostu bałam, że kiedyś ją zobaczę.

Taka myśl mnie naszła sześć lat temu, kiedy obejrzałam po raz pierwszy „Walc z Bashirem”. Później oglądałam co raz więcej filmów wojennych, czytałam co raz więcej reportaży, aż w końcu, niedawno trafiłam na książkę, której udało się wpłynąć na mnie tak, że uwierzyłam, że w końcu (?) ją zobaczyłam.

12. Księga Wyjścia – Szef Wszechmogący

Można by było cisnąc całą Bibilię ogółem, albo najlepiej w ogóle całe Qumran, żeby się nie rozdrabniać („Reguła Wojny”, mmmm… cud tudzież miód). Ale nie o to chodzi, żeby zrobić z tego jakiś manifest wiary, w twarz całemu internetowi. Nie.

W zasadzie moje życie zmieniła Księga Ozeasza, później Mądrości, ale szczegóły byłoby mi bardzo ciężko wyjaśnić. Natomiast Księga Wyjścia aktualnie jest dla mnie chyba najbardziej inspirująca. Otóż jest sobie gość, który wychował się w szampanie i blichtrze, później zostaje mordercą, a następnie pastuchem, w dodatku się jąka. I takiego oto Mosze – marudę Bóg wysyła na misję tak niemożliwą, że nawet Ethan Hunt by się jej nie tknął.

Generalnie urzeka mnie to, że Bóg w Biblii często wybiera sobie chudych, średnio ogarniętych, narwanych tudzież najmłodszych. Takich Peterów Parkerów tudzież Steve’ów Rogersów.

Czego i wam życzę.

Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Malita, która czyta jest niezmiernie wyczulona na słowną egzaltację i banał.

Wiem, bo daję jej do czytania swoje teksty (wypełnione jednym i drugim), w których zakreśla ostrą fuksją fragmenty napompowane emocjonalnym uniesieniem tej części mojej duszy, która kiedyś mogłaby stawać w zawodach (Wannabe-)Poetów Cierpiących na Wletschmerz (kategoria: teen, styl: wolny i z namysłem). Wszystkim grafomanom życzę takiej Mality.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Malicie (i mnie też) można wcisnąć historię prostą, miłosną, a nawet tak bardzo jednowątkową, że wręcz ociera się o banał. Ot, wystarczy ją niebanalnie napisać. Co zazwyczaj jest największym problemem.

[Tymczasem w przeszłości:]

Obracam w rękach książeczkę niedużą, lichą wręcz. Okładka raczej nieciekawa, na niej włosko brzmiące nazwisko. Tytuł: „Złomiarz”. I że to niby autora „Nakręcanej dziewczyny”, której nigdy się nie przeczytało, ale nasłuchało się przy okazji o nowym nurcie „eko-fantastyki” (z jakiegoś powodu wszystko, co przywłaszcza sobie przedrostek „eko-” wywołuje u mnie podejrzliwość).

– Polubię? – pytam Mality, bom nieprzekonana.

– Zakochasz się! – mówi ona z pewnością, która entuzjazmem zabija wszystkie moje wątpliwości. No, powiedzmy, że wszystkie, bo do przeczytania tej książki zbierałam się prawie rok.

Paolo Bacigalupi, jak na syna hipisów przystało, służy eko-idei, którą promuje w swoich eko-fantastycznych książkach. Mamy więc apokalipsę, oczywiście eko-, bez głębszych wyjaśnień (które akurat nie wszystkim książkom są potrzebne), morza pokryte maślana ropą, slumsy nadmorskie i porzucone wraki statków, które biedni mieszkańcy wybrzeża obierają do szkieletu z wartościowych odpadków. Proszę się jednak nie przestraszyć, w swojej służbie eko-idei autor nie jest natarczywy i nie będzie pukał do naszych drzwi z pytaniem „Czy mamy czas porozmawiać o ekologii?” (i tu parę cytatów z objawienia ojca Greenpeaca). Nie, nie. To tylko tło.

Bardzo niekonwencjonalne, klimatyczne, dobrze opisane, pachnące ropą naftową i rdzą tło dla… powszechnie znanej historii  z gatunku tych romantycznych.

Oto żebrak ratuje księżniczkę w przypływie (irracjonalnego?) współczucia dla bliźniego. Przedkłada ją ponad (jej) bogactwo (które mógłby spokojnie zwinąć), ratuje z opresji (licząc na to, że rodzina wyrazi wdzięczność pieniędzmi) i w końcu zakochuje się (tak troszkę, bez niekontrolowanego wykrzykiwania jej imienia w sytuacjach o podwyższonym ryzyku). Jest tu nawet zły wujek (wujowie i stryjowie to czarne charaktery prawie każdej z bliskowschodnich baśni, jestem bardzo na ten motyw wyczulona), jeszcze gorszy ojciec i jeden wątek, bez jakiejś politycznej, skomplikowanej obudówki (do której przyzwyczaiła nas fantastyka).

Nie pisze tego, żeby zedrzeć autorowi maskę z twarzy i krzyknąć „Aha! Mam cię!”. Tak naprawdę chciałam mu maskę pochwalić, bo jest wartością samą w sobie. Paolo Bacigalupi wymalował ją tak ładnie i tak klimatycznie, że tylko pozazdrościć pióra i wyobraźni. W czasie czytania „Złomiarza” można się utopić. W ropie naftowej. Jej ostry zapach drażni nos, tak samo z resztą jak pity przez bohaterów alkohol, jedzenie na ich talerzach i patroszone przez nich ryby. Warto zaznaczyć, że książka jest książką zwyczajną, nie pachnącą, jak niektóre wydania dzieł Cejrowskiego.

Serio. Kreacja tego mikro-świata jest tak intensywna, że człowiek czyta „Złomiarza” i odkrywa, że fabuła to czysta historia miłosna dopiero jak się głębiej nad tym zastanowi („No, dobra. Miłość. Coś jeszcze? Polityka? Nie. Eko? Bardzo trochę. Komentarz do problemów społecznych? Śladowy. Coś innego? Nie bardzo…”). Jakby ktoś chciał napisać coś takiego na poważnie i uniknąć egzaltacji, klisz, dotykania opuszkami palców, to powinien zapisać się do Pana Bacigalupiego na kurs korespondencyjny.

To było tak kontrastowe uniwersum, że dopasowanie do niego muzyki, bez konieczności komponowania jej samemu, było wyzwaniem. Najpierw szukałam u Japończyków, żeby było bardzo s-f apokaliptycznie, ale brakowało w tym otwartego morza i wiatru. Jak znalazłam błękitne morze i fale, to brakło rdzy i żelastwa. Wtedy zaczęłam tropić soundtracki po dzieciach w s-f, ale (genialne!) wiolonczele wojenne w „Ender’s Game” to byłby przerost. Ale Ender przypomniał mi o innej ścieżce dźwiekowej Steve’a Jablonsky’ego, którą męczyłam w wieku gimnazjalnym (czytając „Travelera” o ile dobrze pamiętam).

„Island” nie jest dopasowaniem idealnym. W swoich „jasnych” momentach („My name is Lincoln„) jest zbyt przestrzenna, co nie do końca pasuje do mikro-świata „Złomiarza” (nawet jeśli rzecz się dzieje na otwartym morzu). Mamy tu jednak wystarczająco „industrialne” (jak dla mnie) „Starkweather” i „Mass Vehicular Carnage„, choć brakuje w nich rdzy. W tej muzyce słychać, że „Island” to głównie pomieszczenia sterylne, niczym oddział położniczy w szwajcarskim szpitalu. Na szczęście, trochę przestrzeni i smaru pojawia się w jednym utworze z tej ścieżki dźwiękowej – „Renovatio„. Kto oglądał film, ten nie będzie widział w tym nic dziwnego.

„Siku hauzu”, czyli wcale nie oglądam anime: Najlepsze piosenki z openingów

Mama nigdy nie pozwalała mi oglądać „japońskich bajek”, by były „krzykliwe” i „pełne przemocy”.

Zupełnie inaczej niż reszta bajek. Czy w ogóle współczesny świat. Przecież.

Ale nadrobiłam w gimnazjum i liceum. Nigdy nie oglądałam anime jakoś szczególnie nałogowo, ale parę serii się capnęło. Do dzisiaj kiedy jest mi wyjątkowo źle po obejrzeniu Kolejnego Filmu z Zachodu, którego zakończenie dało się przewidzieć już w trakcie odczytywania tytułu, zapuszczam sobie jakąś serię na pocieszenie, gdyż:

a] jeśli chodzi o nieprzewidywalność scenariusza na Japończyków zawsze można liczyć (często nawet trudną ją zrozumieć – zakończenia „The Third – Aoi Hitomi no Shōjo” do dzisiaj nie skumałam);

b] mechy;

c] to, do czego zachodni kompozytorzy potrzebują pełnej orkiestry, japońscy osiągają przy użyciu połowy keyboardu i trzech strun skrzypiec;

d] z piosenki wątpliwej jakości (dla zachodniego ucha) potrafią zrobić tak mocny opening/ending dla serii, że człowiek nagle przyłapuje się na tym, że słucha j-popu.

Słucham j-popu. Choć śladowo, jednostkowo, kapryśnie i wybiórczo. Cóż. Jest taki j-pop, który gdzieś tak od okresu kredy mam ustawiony na budzik. I to jest ten z rodzaju energetycznych i przyjemnych, nie wkurzających. Nawet się chyba tego nie wstydzę.

Zmierzając do meritum. Dżuli zainspirowała mnie, co by podzielić się ze światem moimi ulubionymi piosenkami z openingów/endingów anime (na całe ścieżki dźwiękowe kiedyś przyjdzie czas). Co niniejszym czynię. Póki co, część pierwsza, czyli piosenki otwarcia.

Nie jest to ranking, nie będę wybierać na siłę jakiejś określonej ich liczby, po prostu będzie to, powiedzmy, składanka z ostatniej dekady mojego życia. I kolejność też będzie przypadkowa.

MELL – „Red Fraction” [Black Lagoon]

„Black Lagoon” zachwyciło masy, może dlatego, że ma w sobie coś z Tarantino. Jedyne anime, które mogłabym obejrzeć drugi raz z angielskim dubbingiem (powód jest dość oczywisty dla tych, którzy widzieli). Jeśli chodzi o piosenkę MELL – nie wsłuchujcie się za bardzo w tekst. Poglądowo można zobaczyć jeszcze pełną wersję utworu z okolicznościowym teledyskiem i remix, na swój sposób przyjemny.

COOL JOKE – „UNDO” [Fullmetal Alchemist]

Już pomijam fakt, że „FullMetal Alchemist” jest w moim prywatnym top 3 ulubionych anime wszechczasów (i to w obu wersjach – oddaję szacunek wersji pierwszej za zakończenie, po którym ryczałam trzy dni). Jeśli chodzi o warstwę muzyczną zdecydowanie wolę wersję pierwszą, bez podtytułu „Brotherhood”: Michiru ponad Akirę. Temat przewodni był lepszy. Openingi / endingi też. „UNDO” jest własnie tym j-popem, który przez długi czas miałam ustawiony na budzik.

Fat Jon – „Way of the Samurai” [Samurai Champloo]

O ile „FMA” jest w top 3, „Samurai Champloo” jest najbliżej mojego serduszka. Watanabe pokochałam najpierw za „Kid’s Story” i „A Detective Story” z „Animatrixa”. Później za „Samurai Champloo” i dopiero na końcu za „Cowboy Bebop”. Uwielbiam jego skrupulatność historyczną, którą sobie odbija z nawiązką w warstwie muzycznej. Tak więc era Edo i hip-hop. Bo niby dlaczego nie?

„Inner Universe” – Yoko Kanno f. Origa f. Ben del Maestro [Ghost in the Shell Stand Alone Complex]

Ten utwór podrzucam w pełnej wersji, bo jest niesamowity. Po pierwsze: Yoko Kanno, która sama w sobie jest skondensowaną niesamowitością. W dodatku bardzo wszechstronną. Do tego Origa z genialnym wokalem (rzućcie okiem na jej bio, jak wam się chce). No, i… uwaga, uwaga, sam Ben del Maestro. Tak, ten chłopiec ze ścieżki dźwiękowej do „Władcy Pierścieni”.

Ikimono-gakari – „Blue Bird” [Naruto Shippuden]

Harmonijka ustna. I już się mordka śmieje. I to nie jakaś melancholijna, pitoląca, tylko harmonijka po całości (jest szansa, że wydobywają ją z syntezatora, ale kto by sięprzejmował). No, i bardzo lubię, jak Japonki śpiewają po zachodniemu, z przepony, ha.

Toshiyuki Omori – „The Sacred Moon” [Shingetsutan Tsukihime]

Bardzo specyficzne anime i na pewno nie każdy przez nie przebrnie. „Sacred Moon” w openingu niesamowicie gockie, ale ze smakiem. Od samego początku otula nas odpowiednim klimatem.

MONORAL – „Kiri” [Ergo Proxy]

Dla wielu anime kultowe, dla mnie dobre (spróbuje jeszcze raz, może wtedy czas nie był odpowiedni). Jeden z najpiękniejszych openingów, jakie widziałam w życiu. Piosenka, którą się zarzynało w głośnikach nie jeden raz. Lubię takie gitary. I taki wokal. Koniecznie dobrnijcie do pełnej wersji.

~ * ~

Na pewno o czymś zapomniałam. Także nie krępujcie się mi tego wytknąć.

A na endingi przyjdzie czas, więc stay tuned.

Można nie kochać Wiedźmina. Za to piszczałki trzeba

Nie mam nic przeciwko pisaniu dla kasy, o ile owo pisanie jest (przynajmniej) tej kasy warte. Także nie fukałam po usłyszeniu wiadomości, że Sapkowski postanowił uraczyć nas uzupełnieniem sagi o Wiedźminie. Bardziej ciekawa byłam, jak autor wybrnie z tak niezręcznej sytuacji (bowiem niezręcznie robiło się przy czytaniu czyichś anonimowych komentarzy o tym, jak „Żmija mu nie wyszła, a wódka przecież kosztuje”).

Nie jestem jakimś wyznawcą Sapkowskiego. Podoba mi się świat, który stworzył w „Wiedźminie”, podoba mi się fundament mitologiczny. Lubię go też jako gryzipiórka – dialogi, które pisze i dynamiczną formę. Nie pałam wielkim uwielbieniem do bohaterów, których sobie obiera na pierwszy plan (szarość, praworządna neutralność starająca się zachować równowagę, nie opowiadając się po żadnej ze stron? Hm. Nawet sam Sapkowski się z tego nabija w trylogii husyckiej), ale nie jestem w stanie przejść obojętnie obok postaci drugoplanowych.

Do dzisiaj pamiętam pełne nazwisko Cahira. Parę razy udało mi się zaszpanować tym w towarzystwie.

I choć Sapkowski nie dźgnął mnie palcem w serduszko, to dźgnął mnie na pewno w główkę. Nie przez swoich bohaterów, a swoja własną, autorską osobę. Właśnie podczas czytania jego tworów w gimnazjum pomyślałam sobie po raz pierwszy, że fantastyka to swoiste traktaty filozoficzne, tylko trzeba wiedzieć, jak je czytać. Gdzieś w głębinach serduszka chyba nadal zgadzam się z tą tezą – jako czytelnik i jako autÓrka.

„Sezon burz” czytało się z lekkością i chichotem zrodzonym z sentymentu. Bardzo podobało mi się  ostatnie 20 stron. Ale ja mam słabość do Apokalipsy. Jej mini-odmian też.

Na tę specjalną okazję odgrzebałam coś naprawdę wyjątkowego. I równie sentymentalnego. Moją fascynację z liceum, którą wcisnęła mi w łapki Koleżanka Mru. Odkrywałam wtedy wszelakie odmiany folku i etno – od wikińskiego metalu typu XIV Dark Centuries przez melodyjnego Hevię i jego dudy, aż po tak zwany new age Adiemusa. Moi rodzice wspominają ten czas jako erę lekkiego niepokoju. Tym bardziej, że ich Altusy (głośniki takie) już od dawna stały w moim pokoju i dudniły wesoło razem z pogan-wiking-metalheadami.

Piękne czasy. W których nadszedł Maleńczuk. Bez Pudelsów już, za to z Consortem.

Nie tylko parapet. Na biurku też lubię siedzieć.

Maleńczuk, bo kto artyście zabroni, swego czasu nawrócił się na catingi, czyli średniowieczne pieśni poetyckie. Konkretnie na Cantigas de Santa Maria, które w XIII wieku był napisał w chwilach religijnego uniesienia król Kastylii i Leonu, Alfons X Mądry. Zrobił Maleńczuk na początku wieku XXI wersje swoje własne. Consort dostarczył porywającą wokalem Wandę Laddę i kilka średniowiecznych gadżetów: lirę walijską, piszczałki i różne kobzowate dziwy, a to wszystko uzupełniały perkusjonalia, wydawać się, bardzo współczesne. Kilka cantig był artysta zabrał królowi, parę historii sam dopisał i oto proszę. Płyta cała. „Cantigas de Santa Maria”.

Możliwe, że to był moment, w którym zakochałam się w piszczałkach. Spróbuj posłuchać i się nie rozradować. Albo nie jarać.

Niecny Scott Lynch i crossover z Kydem

U mnie Lynch stoi błogosławiony między Tolkienami.

Blogerstwo odkryło Scotta Lyncha. Miło na to patrzeć. Na ten zachwyt, oczarowanie i entuzjazm. Miło jest w końcu spotkać kogoś, kto wie, o kim mówię. I miło, że wydawnictwo zrobiło tej książce W KOŃCU promocję, na jaką zasługiwała już od tomu pierwszego. Przynajmniej nie muszę już ludziom Lyncha wciskać z (wyćwiczoną) iskrą groźby w oczach („Jak mi oddasz bez przeczytania, to przyjdę do Twojego domu i pozaginam rogi we wszystkich Twoich książkach”). Lyncha, na reszcie! przeczytało pół internetu, nie marudząc na opasłość tomiska i brak ekranizacji (prawa wykupione, scenariusz się pisze).

Nie chcę tu podkreślić swojego (wątpliwego) hipstertwa, ani tego, że znałam Lyncha wcześniej niż Ty (choć prawdopodobnie tak było, HA!). Chcę podkreślić swoje cierpienie z Lynchem związane (albowiem o wiele bardziej lubię się nad sobą użalać niźli szpanować czymkolwiek). A samotność w przeżywaniu geniuszu jego dialogów i ciekawie skrojonych bohaterów była przez te pięć lat (słownie: PIĘĆ) problemem najmniejszym.

Odkryłam go już po wydaniu „Na szkarłatnych morzach”, więc oba tomy przeczytałam za jednym zamachem (co nie jest jakimś wyczynem, w przypadku prozy Lyncha odbywa się to naturalnie). Przypomnijcie sobie cliffhanger z jakim zostawił nas autor w drugiej części.

I teraz wyobraźcie sobie, że musicie czekać pięć (słownie: PIĘĆ!!) lat na ciąg dalszy.

Jestem prawie pewna, że Lynch w ten sposób stanął w kontrze do praw człowieka, konwencji genewskich i paru innych , wzniosłych ideologicznie dokumentów zakładających, żeby nie krzywdzić nikogo nadaremno.

Zapowiadało się, że „Republikę złodziei” będę musiała z żalem odłożyć jeszcze na dwa tygodnie, bo dostałam ją do recenzji na krótko (trzy dni) przed wyjazdem do Izraela. Poza tym miałam już napoczętą inną książeczkę, którą koniecznie chciałam dokończyć. Ale trzeba się było spiąć, zarwać noc, wyłączyć kompa i większość funkcji życiowych, bo z czymś takim się nie walczy. A recenzję, gdyby to kogokolwiek interesowało, napisałam po powrocie: [Tu jestem!].

Generalnie i w skrócie: uwielbiam przeintelektualizowane szermierki słowne bohaterów. Bardzo lubię też sposób, w jaki Lynch szpanuje swoją błyskotliwością. W każdej sytuacji.

scott
Noc 31.12.2013 / 1.01.2014.

Jego niecność nie drażni mnie w ogóle, wręcz buńczucznie śmiem twierdzić, że polubiłabym Go (a może i nawet vice versa), gdyby przyszło nam się ze sobą zetknąć na tym ziemskim padole. Jednakowoż czerwona lampka zapala się, kiedy w świecie przez niego kreowanym każdy (parobek, urzędnik, ochroniarz), ale to absolutnie każdy (karczmiarz, sierota z ulicy, staruszka) jest w stanie przeprowadzić z rozmówcą (piekarzem, szefem mafii, stajennym) zgrabną szermierkę słowną na wysokim poziomie intelektualnym. I jeszcze za sam koniec docisnąć jakąś ciętą ripostą.

To jest moja utopia. W myśl zasady, że „mój ograniczony mózg podświadomie odrzuca istnienie świata idealnego” (Agent Smith / „Matrix”) – nie wierzę. Ale nie marudzę tak znowu głośno, bo ogólnie Niecnego Lyncha, za niecność Jego, lubię i będę kontynuować moją krucjatę wciskania Go każdemu.

Podobnie terroryzuję ludzi w sprawie Jespera Kyda. Jest to kompozytor, który kiedyś tworzył muzykę do gier z pojedynczych piknięć na Commodorze, a dzisiaj ma do dyspozycji całą orkiestrę (albo bogate biblioteki sampli). Kto zna serię „Assassin’s Creed” ten zna Kyda: napisał muzykę do pierwszej i drugiej części gry, a także dodatków „Brotherhood” i „Revelations” (w duecie z uczniem Hansa Zimmera – Lorne Balfe). Szczególnie ochoczo wciskam ludziom muzykę z dwójki, do której z niezmierną radością wróciłam z okazji „Republiki złodziei”.

To, jaki przeskok zrobił Kyd pomiędzy pierwszą częścią AC, tworzoną raczej w starym duchu ścieżek dźwiękowych do gier (przypadkiem nie oderwij gracza od ekranu), jest fascynujące. Historia Ezia ma już wyraźny temat przewodni, bardzo złożony i, tutaj kryje się rewolucyjne podejście, kuszący do przerwania rozgrywki, żeby tylko móc się nim napawać.

Bardzo lubię Kyda za szacunek do historii i to, że nie ma oporów przed zagłębieniem się w podręczniki w celu wygrzebywania z nich jakichś fajnych instrumentów czy form muzycznych charakterystycznych dla miejsca i okresu, w którym dzieje się akcja gry. W tym przypadku są to renesansowe Włochy, zatem usłyszymy tamburyna, wszelkiego rodzaju piszczałki i prawdziwe włoską tarantellę („Florence Tarantella„). Poza tym jest piękny wokal, chóralne kołysanie i jest gitara. Niesamowita gitara. Przede wszystkim w tym, co lubię nazywać „tryptykiem Auditore”, czyli trzech pierwszych utworach ścieżki „Earth/Heart„, „Venice Rooftops” i „Ezio’s Family„. Jest tam zadziorność, upór i wytrwałość, ale również pewna wrażliwość i… słabość.

Tak sobie myślę, że zawodowy crossover Lyncha i Kyda mógłby się skończyć czymś bardzo ładnym. Czy ja już pisałam, że prawa do ekranizacji „Kłamstw Locke’a Lamory” zostały wykupione przez Warner Bros?