TEN moment każdej wojny

  • SŁOWA: SUZANNE COLLINS, „KOSOGŁOS”; VICTORIA AVEYARD, „CZERWONA KRÓLOWA”
  • MUZYKA: PETER & JACOB „THE RED QUEEN”; „HUNGER GAMES: CATCHING FIRE OST”

Zaczęło się od piosenki.

Choć jeszcze wcześniej był telefon od kolegi z wydawnictwa, który zapytał, czy może podrzucić mi powyższą. Puenta rozmowy była taka, że owszem, może, razem z książką (ha, ha).

Lubię tę nową modę opakowywania książek w jakiś kolorowy marketing, bo jest na ambitnym poziomie (jeszcze, za kilka lat pewnie sprowadzi się do wkładek z reklamami wklejonymi między treść). To znaczy takim, że nawet jeśli sedno, czyli literatura, okaże się średnio interesująca, to nadal nie czuję się oszukana, bo opakowanie mi to rekompensuje (jak w przypadku „Endgame”). Wtedy cieszę się kreatywnością ludzi od promocji, po prostu. Zdolne chłopaki i dziewczyny z Otwartego wpadli na pomysł, żeby w Polsce promować książkę muzyką, w dodatku cudownie gitarową, uzupełnioną bardzo ładną animacją. I tak powstała piosenka Petera & Jacoba, którą wrzuciłam sobie na respirator mp3 i tak sobie chodzimy razem od jakiegoś czasu.

…kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „Czerwonej królowej” na mojej twarzy pojawiło się wielkie skrzywienie, bo liczyłam, że będzie to YA, które przyniesie zaszczyt gatunkowi. Podobne uczucie szarga mną w momentach, kiedy zakochuje się w ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, a później oglądam go w kinie i obraz nie trafia do mnie już tak bardzo. Dla pewności zajrzałam na blog Dżuli, żeby przeczytać jej recenzję i okazało się, że jej myśli w temacie ją odwrotnie proporcjonalne do moich, a wszak Dżuli dobra jest w te klocki. Aż przestraszyłam się, że po prostu gorzknieję w starości i już nigdy nie będę mogła przeczytać żadnego YA z myślą „O, jakie to dobre”. Tylko zawsze będę szukała drobiazgów (?), do których można się przyczepić, a na Twitterze będę prowadzić żałosną krucjatę „Czy naprawdę wszyscy to łyknęli?”.  Że niby jestem taka mądra, dorosła i światła.

Mam niezwykle duże wymagania względem gatunku, bo rozpieściła mnie Pani Collins. Niezwykła Pani Collins.

Chwyciłam więc powtórnie za „Igrzyska śmierci”, które prawdziwie mnie dotknęły, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest taka, jak ją zapamiętałam, czy po prostu przeczytałam ją w idealnym momencie życia, i trochę ją przez to idealizuję. Wyszło na to, że to naprawdę mądra książka. I cenna. A mój problem z „Czerwoną królową” leży głównie w tym, że te książki w ogóle ze sobą porównuję.

„Kosogłosa” czytałam w okolicach premiery adaptacji „Igrzysk śmierci” (tak, najpierw było kino, później książka, nie jestem purystą w tej kwestii). W głośnikach leciało „Sarvation” Thomasa Bergersena, a mnie, ze strony na stronę, każde zdanie zaskakiwało co raz bardziej, bo docierało do mnie, że

„Igrzyska śmierci” to nie jest książka rewolucji. Ani o zwyciężaniu złych przez tych dobrych.

Nie jest to książka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie jest to książka o tym, że miłość do rodziny czy „tej drugiej połówki” wszystko zwycięży. Nie jest to książka o słuszności i pięknie walki, nie usprawiedliwia ona agresji, ofiar i wojny. Nie jest to książka, która powie wprost, czy gra była warta świeczki. I choć nie jesteśmy do takich treści przyzwyczajeni i nie tego spodziewaliśmy się po YA, to gdzieś w środku czujemy, że właśnie tak to wszystko działa. I że jest w tym prawda.

Po lekturze wielu stron opasłych, akademickich podręczników od historii, reportaży, artykułów i wywiadów, po analizie danych, dat, cytatów, po rozmowach z żołnierzami i aktywistami, po tym, jak na placu Rabina wyzywano mnie od zdrajców i najgorszych, bo (w sensie cielesnym, nie ideologicznym) stałam po przeciwnej stronie barykady dochodzę do wniosku, że w każdej, nawet najszlachetniejszej ideologicznie wojnie w końcu ktoś wypowiada te słowa:

Niestety.

Może kiedyś wyśmieję ten akapit, ale dzisiaj, na świeżo po przeczytaniu „Kosogłosa” po raz drugi wydaje mi się, że scena, w której siódemka ocalałych zwycięzców głosuje w sprawie zorganizowania ostatnich Głodowych Igrzysk tłumaczy jakiś straszny mechanizm tego świata.

[!] I jeśli scena w filmie zostanie zmieniona albo pominięta, pogłębi się moja nieufność w stosunku do amerykańskiej kinematografii tzw. boksofisowej.

Jest w tej książce niewymuszony morał, bez rozpisywania recepty na to, jak POWINNIŚMY postępować, co często zniechęca, bo przecież jako przedstawiciele najmądrzejszego (aha) gatunku na tym ziemskim padole, nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza. „Igrzyska śmierci” punktują nam grzechy, ale bez wytykania ich, bez głośnego obśmiewania, a nawet bez usprawiedliwiania ich. Jedynym elementem oceniającym czyny bohaterów są ich konsekwencje.

I za to bardzo cenię Suzanne Collins.

 

Reklamy

10, ale 12

Nominowali mnie kolega Radiowy Janek, Kasia Koczułap oraz Szaci, którego znałam jeszcze w czasach, kiedy filmy pożyczało się na płytach cd.

To nie są książki, które uważam za najlepsze, najbardziej wciągające czy nawet ulubione. One naprawdę zmieniły moje życie. Postanowiłam podejść do tematu poważnie. Dlatego jest ich dwanaście, nie dziesięć i to w kolejności chronologicznej.

1. „Przygody kota Filemona” – Marek Nejman , Sławomir Grabowski

Miałam pięć lat. Ledwo zaczęłam czytać. I pisać.

Była taka księgarnia na osiedlu, do której zawsze, ale to zawsze musiałyśmy wejść z moją Mum. Ja czułam zew, a ona uginała się pod dziecięcym terrorem. Nie pamiętam już JAK tam pachniało, ale wiem, że genialnie. No, i na wystawie była książka o kotach, które kochałam zanim jeszcze opanowały internety. Wielka, w twardej oprawie, z pięknymi obrazkami. Deptałam obok niej bardzo długo, zanim Mum mi ją kupiła, przeczytałam bardzo szybko, a później… cóż. Napisałam swój pierwszy i jedyny w życiu fanfik. Pamiętam, że traktował o Filemonie, który wlazł na strych, znalazł tam jakieś stare, rozpadające się łóżko i w materacu zrobił sobie domek.

Opowiadanie miało chwytliwy tytuł („Dom w łóżku”), sześć zdań, pięknie zdobioną okładkę i ilustrację. Rękopis zaginął, ale książkę, która je zainspirowała, mam do dzisiaj.

2. „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – C.S. Lewis

Ta książka była mi pisana. Kiedy miałam osiem lat jakaś opiekunka na koloniach nam ją opowiedziała (nie przyznając się, że to na motywach książki). Fakt ten odnotowałam skrupulatnie w dzienniczku, który zaczęłam w tym czasie prowadzić, a opiekunka została moją ulubioną. Parę miesięcy później trafiłam na książkowy pierwowzór w szkolnej bibliotece. I część za częścią…

Moje ulubione to dwie ostatnie. Kurczę, nie mogę przeżyć, że zarzucili ekranizacje, bo każdą swoją cząstką czekałam na część szóstą i pieśń stworzenia wyśpiewaną przez Aslana.

Kto by ją skomponował? Kto zaśpiewał? No? No?

P.S. Przy okazji chciałam przypomnieć, że za „Problem Zuzanny” Gaimanowi przebiję kiedyś opony w aucie. Albo przynajmniej mu wygarnę.

P.S. 2 Tak, byłam w Narnii.

P.S. 3 Doskonały dowód na to, że ta książka mnie prześladuje:

Pan na pchlim targu w Jafie sprzedawał jedną książkę, w dodatku za 10 szekli (normalnie książki w Izraelu kosztują ze 100). I co to było? No co? „Sipurej Narnia”.

3. Oczywiście Harry Potter Pani Rowling.

Tak, w Hogwarcie też byłam. W Gryffindorze. Proszszszsz:

W sumie nie wiem dlaczego wysłali mnie do brytyjskiej szkoły magii zamiast do polskiej, ale nie wnikam.

Potter z kilku powodów. To pierwsza książka, którą przeżyłam całą sobą i z którą się identyfikowałam w jakiś sposób. W zasadzie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli filmem, który mnie wychował jest „Matrix”, to książkowym odpowiednikiem jest seria o Potterze właśnie. Nie rzucam może cytatami z Dumbledora, ale do głowy wbił mi się ogólny pogląd na wartości, poświęcenie i konieczność zrozumienia zła. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak tak banalne kwestie udało się Rowling umieścić w tak niebanalnej otoczce.

Poza tym jestem dumnym rocznikiem, który rósł razem z Harrym, a nowe części zawsze pojawiały się w księgarniach w okolicach moich urodzin. Zarywałam noce, żeby je przeczytać za jednym zamachem. Szóstą część skończyłam o 6.30 nad ranem przy dźwiękach „Lux Aeterna” w wersji orkiestrowej („Requiem for a Tower”), od której zaczęła się moja słabość do muzyki z trailerów.

W ogóle to przekleję wam cytat z mojego starego bloga. Scenka rodzajowa, na faktach (autentycznych):

Mój Młody Padawan (nowa, oficjalna ksywka dla Siostrzeńca Harry’ego, który z wiekiem co raz bardziej, o zgrozo, wdaje się w ciotkę): A ja sobie rozwaliłem rękę! Patrz jaką mam bliznę! (pokazuje mi prosta kreskę długości maks trzech centymetrów)
Ciocia Fiol: Jaaaaaa! Jak prawdziwy wojownik!
Mój Młody Padawan: NO! Szkoda, że nie jak Harry Potter, w kształcie błyskawicy…
Ciocia Fiol: A pamiętasz, co mówił Dumbledore o swojej bliźnie?
Mój Młody Padawan: No! Że jest mapą!
Ciocia Fiol: No. I że jest bardzo przydatna, bo to mapa metra londyńskiego i dzięki temu nigdy się tam nie gubi.
Mój Młody Padawan: Fajnie…
Ciocia Fiol: A ty masz mapę metra warszawskiego, wiesz?
Mój Młody Padawan: Tak?…

Z „Improwizacji mniejszej„.

4. Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, musiał pojawić się drugi Inkling. Tolkien jest moim Mistrzem. Absolutnym. I to nie są puste słowa, które tak sobie wypisuję, żeby przyszpanować, jaka to nie jestem old schoolowa względem fantasy (i w dodatku trochę gadam w Sindarinie). Uważam, że Pan T. zaczyna się po „Hobbicie” i „Władcy Pierścieni”, a jego najcenniejszą rzeczą, którą nam po sobie zostawił są te zaczątki „Silmarillionu” i „Listy”, w których znajdziemy mnóstwo wyjaśnień na temat Śródziemia.

Bardzo cierpię, kiedy popkultura powiela wypaczone postrzeganie ras Śródziemia. Chyba najbardziej przykrym dla mnie przykładem są Elfowie (TAK! NIE ELFY!). Generalnie zawsze mają +3 do szybkości +5 do zręczności +7 do zniewieścienia i bonusy do magii.

A wiecie, że Elfowie Tolkiena nie używali magii? Wcale. Ani grama.

„Silmarillion” wyrobił we mnie pewne nawyki w kwestii samego pisania. Skrupulatności, staranności i nie chodzenia na kompromisy z tym, „co się sprzeda”. Przede wszystkim jednak nauczył mnie odpowiedzialności za to, co piszę.

Właśnie dlatego nie wydałam jeszcze żadnej książki.

P.S. Frodo nie oparł się Cieniowi i Pierścieniowi. Przegrał na samym, samiutkim końcu. Zauważyliście?

5. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” – Dorota Masłowska

To jest książka, która zwróciła mi uwagę na to, że słowa są narzędziem, które można wykorzystywać kreatywnie i nadal będzie to literatura. A jako że narzędzie to jest cudownie giętkie, można je dostosować pod siebie tak, żeby być sobą, kiedy się pisze. Po „Wojnie…” zaczęłam się przyglądać słowom dokładniej.

Poza tym, jako trzynastolatka, deklamowałam końcowe fragmenty tej książki na konkursie recytatorskim, podczas kiedy moja koleżanka, dla kontrastu, w repertuarze miała jakiś wiersz o osiołku.

Piszę o tym dlatego, bo dzisiaj obie robimy to, co kochamy (koleżanka śpiewa i tańczy w musicalach tudzież dubbinguje główne bohaterki seriali Disney Channel). Więc pointa jest taka, że spełnienie życiowych marzeń wcale nie zależy od tego, co się mówi na konkursach recytatorskich.

6. „Przesunąć horyzont” – Martyna Wojciechowska

Mam osiemnaście lat, jestem dziewczynką podróżującą głównie po Śródziemiu i WTEM! dostaję od siostry książkę Martyny Wojciechowskiej, którą znam głównie ze szklanego ekranu, którym gardzę. Pani Wojciechowska na okładce jest zasmarkana, scenicznego mejkapu brak. Zaglądam ciekawie na pierwszą stronę…

Przez tę książkę przypomniało mi się, że wcale nie jestem domatorem. Po niej wchłonęłam, oczywiście, wszystkie Pawlikowskie, Cejrowskich, „Dotknięcie pustki” i innych Pałkiewiczów.

Ciekawostka. Pamiętam, że jedną Pawlikowską czytałam przy tym (proszę przymknąć swoje estetyczne oko i cieszyć się świadomością, że nawet zaśpiewy mnichów buddyjskich można sprzedać w wersji pop):

… a później przyszedł czas na Kapuścińskiego, dzienniki misjonarzy z czasów hiszpańskiego podboju Ameryki, Marco Polo nawet… a później i na podróże własne znalazł się czas.

7. „Dziady” – Adam Mickiewicz

Zawsze chichoczę, kiedy ludzie opowiadają o „Panu Tadeuszu” jako o „epopei narodowej”. To jest coś, czego wam nie powiedzą na polskim, ale to dziełko było rozbudowanym i finezyjnym żartem komponowanym na potrzeby zapełnienia czasu na wieczornych spędach z kumplami (wśród nich: Fredro, który dopisał sławną XIII księgę). Cóż, nie było jutjóba. Mickiewicz cały dzień pisał, wieczorem odczytywał kolejny fragment ku uciesze i na zdrowie. No, ale że swój wiek już miał, to każdy żarcik przeradzał się w Dzieło ze Znaczeniem.

Wolę Mickiewicza młodego. Tego, który pisał nocami i zasypiał na swoim biurku. Którym targało coś tak niesamowicie silnego, że się z Bogiem chciał wykłócać. W którego „Wielkiej Improwizacji” natężenie egzaltacji czyni przester, ale jest to tak niesamowicie prawdziwe i szczere, że trudno się z tym nie zgodzić. To są emocje spotęgowane przez młodość i poezję. Dla mnie to kwintesencja nastoletniego buntu artysty (choć Mickiewicz, kiedy „Improwizację” pisał, nastolatkiem już nie był).

Jeśli jestem czyjąkolwiek fanką, to Mickiewicza właśnie. Serio, mogłabym nosić koszulkę z jego licem.

8. „Dzienniki rewolucyjne” – Ernesto „Che” Guevara

Jest tam taka scena, którą pamiętam szczególnie dobrze. Młody Guevara, w ogniu walki ma sekundę na to, żeby zdecydować, co zabiera ze sobą: torbę z przyrządami lekarskimi, czy skrzynkę z amunicją. Ponoć to był moment, kiedy określił, kim jest „BARDZIEJ”: lekarzem, czy rewolucjonistą.

Zawsze patrzę sobie na ręce po dokonaniu podobnych wyborów, bo wierzę, że mówią prawdę.

Btw, wybrał skrzynkę z amunicją.

9. Miasto śniących książek -Walter Moers

Kontynuując wątek „Cierpienia młodego pisarza”. Przeczytałam tę książkę, kiedy miałam kryzys na zasadzie „a jeśli nigdy mi się nie uda” tudzież „a jeśli wcale nie umiem pisać” jak również „to całe moje pisanie jest bez sensu”.

Fleszbek. Mam siedemnaście lat i poznaję Pana Pisarza, z którym rozmawiamy o „rzemiośle”. Na głos zastanawiam się, czy przypadkiem nie wmówiłam sobie tego pisania, czy tym pisarzem, to trochę samozwańczo nie zostałam, czy sobie sama korony na łepek nie założyłam. A on mi zadał jedno pytanie. Na które odpowiedziałam twierdząco. „A więc jesteś pisarką” – rzekł on.

Pytanie zachowam dla siebie.

Ale napiszę tyle, że kiedy czytałam „Miasto śniących…”, w szczególności fragmenty o Ormie, to wszystko we mnie grało ze wzruszenia i wdzięczności, że to znam, że wiem, jak to jest.

P.S. Nie, Orm to nie Wena. Wena do pisania nie jest do niczego potrzebna. W zasadzie tylko przeszkadza.

P.S. 2. „Miasto śniących…” jest dla mnie jedną z trzech najważniejszych książek w życiu. Mimo to, nie mam jej na półce. Mam za to dwa inne dzieła wpółanonimowego Pana Moersa.

10. „Twierdza Beaufort”  – Ron Leshem

Fascynują mnie żołnierze.

Cahal – najprzystojniejsza armia na świecie. Gdyby stali przodem, system by się wam zawiesił od nadmiaru przeżyć estetycznych.

Zainteresowanie to wykracza daleko poza słabość do munduru (przy ogólnej niechęci względem idei zabijania innych ludzi). Obserwuję ich, zbieram opowieści i dużo z nimi rozmawiam. (Na szczęście, potrafię wytłumaczyć dlaczego)

Nie mogę napisać, że wszystko zaczęło się od tej książki, bo postaci wojowników ciekawiły (i imponowały) mi od zawsze. Ale to Leshem odważył się zajrzeć tym chłopakom do głów i zmusił mnie do zadania kilku pytań na temat żołnierskiego umysłu, na które do dzisiaj szukam odpowiedzi.

11. „13 wojen i jedna” – Krzysztof Miller

Wojna mnie ciekawi. Bo „fascynuje” to nieodpowiednie słowo w jej kontekście, choć gdybym go użyła, wyszłoby fajne powtórzenie.

Chciałabym wyjaśnić wam, co mnie do niej ciągnie, dlaczego w Hebronie noce spędzałam siedząc na dachu i wsłuchując się w demonstracje, krzyki i wybuchy granatów. Nie wiem. Choć mam teorię na ten temat. Ja się po prostu bałam, że kiedyś ją zobaczę.

Taka myśl mnie naszła sześć lat temu, kiedy obejrzałam po raz pierwszy „Walc z Bashirem”. Później oglądałam co raz więcej filmów wojennych, czytałam co raz więcej reportaży, aż w końcu, niedawno trafiłam na książkę, której udało się wpłynąć na mnie tak, że uwierzyłam, że w końcu (?) ją zobaczyłam.

12. Księga Wyjścia – Szef Wszechmogący

Można by było cisnąc całą Bibilię ogółem, albo najlepiej w ogóle całe Qumran, żeby się nie rozdrabniać („Reguła Wojny”, mmmm… cud tudzież miód). Ale nie o to chodzi, żeby zrobić z tego jakiś manifest wiary, w twarz całemu internetowi. Nie.

W zasadzie moje życie zmieniła Księga Ozeasza, później Mądrości, ale szczegóły byłoby mi bardzo ciężko wyjaśnić. Natomiast Księga Wyjścia aktualnie jest dla mnie chyba najbardziej inspirująca. Otóż jest sobie gość, który wychował się w szampanie i blichtrze, później zostaje mordercą, a następnie pastuchem, w dodatku się jąka. I takiego oto Mosze – marudę Bóg wysyła na misję tak niemożliwą, że nawet Ethan Hunt by się jej nie tknął.

Generalnie urzeka mnie to, że Bóg w Biblii często wybiera sobie chudych, średnio ogarniętych, narwanych tudzież najmłodszych. Takich Peterów Parkerów tudzież Steve’ów Rogersów.

Czego i wam życzę.

Wojna. Ach, to ty

Dużo czytam na temat wojny. Jeszcze więcej wojny oglądam, najchętniej w wydaniu izraelskim (nikt nie kręci takich filmów wojennych jak oni). W sensie metaforycznym czasami wojny słucham, najczęściej w wydaniu heroicznym i podniosłym, prosto z katalogów Audiomachine, czy Two Steps from Hell.

[!] Choć ostatnio udało mi się też usłyszeć ją na żywo. Z dość bezpiecznego dystansu, ale to wystarczyło, żeby poznać różnicę pomiędzy wybuchem fajerwerku, rakiety i granatu hukowo-błyskowego. Fajerwerki słyszą tylko uszy. Granaty są słyszalne też przez żołądek, kości i płuca, które na chwilkę zatrzymują się w bezdechu. Rakiety są transmitowane przez całe otoczenie, trzęsą się od nich ściany i ulice, a to wszystko przy wtórze syren. Do których idzie się przyzwyczaić. Ale dopiero za trzecim razem, bo za pierwszym i drugim rączki jeszcze się trzęsą.

[!] [!] Nie wiem, gdzie byliście na wakacjach, ale ja byłam w Izraelu.

[!] [!] [!] Przy okazji podrzucam trzy linki do „Tygodnika…” – nie dlatego, że moje, tylko dlatego, że to ważne. Bo jeśli Gaza płonęła, to Zachodni Brzeg wrzał. Raz, dwa i trzy.

Często mówi się, że pisarzowi najlepiej wychodzi opisywanie tego, w czym sam uczestniczył. Że jeśli chce się coś opisać wiarygodnie, to czasami trzeba dostać w szczękę, zjeść robaka i strzelić sobie młotkiem w palec. Pewnie tak. Natomiast nie wiem, czy ta sama zasada działa w przypadku wojny. Wszyscy, którzy ją widzieli, zazwyczaj nie mówią o niej ani opisowo, ani literacko, ani nawet dużo. Wszyscy byli żołnierze, z którymi rozmawiałam na ten temat wypowiadają się dość lakonicznie. Możliwe, że nie mają pomysłu, jak to opisać (wszak to trochę tak, jakbyśmy starali się wytłumaczyć staremu Aborygenowi czym jest bankomat). Możliwe, że tego po prostu nie da się opisać słowami. Właściwie z moich ostatnich obserwacji wynika, że o wojnie opowiada się głównie spojrzeniem i powściągliwymi gestami.

Czy w takim razie wierzyć pisarzom? Nawet reportażystom? Bo tym, którzy opisali wojnę jako rzecz podniosłą i honorową nie wierzymy już dawno. Sapkowski nas tego nauczył, do spółki z Ziemiańskim, że wojna jest brzydka, nie ma w niej nic bohaterskiego i chodzi głównie o to, żeby przeżyć. A jak się uderza mieczem to tak, żeby ranić, a nie jakieś tańce odstawiać, które świetnie zaprezentują się w slow motion w adaptacji filmowej.

Piszą o „szczęku stali”, „huku” i „chaosie pola walki”. Jest parę „przeszywających wybuchów” i „grunt trzęsący się pod stopami”. No, i „świst ostrza”, „klekot karabinu” oraz „wrzask rannych”. Im więcej czytam tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli chodzi o wojnę, to przepisujemy siebie nawzajem. Bo często jedyna wojna, w jakiej uczestniczyliśmy, to bitwa o Helmowy Jar, hemingwayowska wojna domowa w Hiszpanii i rebelia w Panem. Nie znając nic innego, trochę odbijamy z odbitki.

Cóż, jakoś trzeba sobie radzić. I tak wszystko sprowadza się do tego, czy czytelnik nam uwierzy, czy nie.

Zdjęcie z serii: no, nie wyszło zbyt ostro, ale zawsze można udawać, że to artyzm.

Ostatnio, jeszcze przed wyjazdem do Izraela przeczytałam króciutką książeczkę o wojnie/ walce. Ma to może ledwo ponad 200 stron, ale napisane jest tak niesamowicie sugestywnie, że długo nie wychodzi spod skóry. „ALL YOU NEED IS KILL” Hiroshi Sakurazakary, pięknie przetłumaczone na „Na skraju jutra”.

Proszę nie krzyczeć, że film był słaby. To znaczy można, bo faktycznie był. I kompletnie nielogiczny (zakończenia nie kumam do dzisiaj). Dodatkowo, barbarzyńsko nie pokazał tego, co w książce było najlepsze.

Po pierwsze – był niesamowity morał.

Po drugie – inspiracja (w posłowiu).

Po trzecie – narracja. W której dzisiaj rozpoznać mogę ten charakterystyczny styl opowieści: konkretny, pełen skondensowanego sedna. Czasem słyszę ten ton weterana „No, tak było, to był mój zwykły piątek, myśl, co chcesz”. I język pełen, slangu, określeń sytuacyjnych i nieszablonowych porównań.

No, i po wielkie czwarte. Kiedy czytałam początkowe sceny z pola bitwy napisane jako wspomnienie perspektywy zielonego rekruta, wszystko wokół mnie drżało, trzęsło się i wywoływało drżenie rąk.

Może odbiór spotęgowało to, co miałam w słuchawkach. „Battle cry”, Imagine Dragons.

Piosenka z niezwykle przeładowanego eksplozjami i akcją „Transformers 4”. Promująca (albo inaczej: creditsowa) i zarazem bardzo dobry temat przewodni, który od czasu do czasu, wariacjami pojawia się w filmie, pompując go nieco tonem wzniosłym. Kiedy jednak obierze się ten utwór z Ojca Gotowego się Poświęcić, Walki do Ostatniego Tchu i innych rzeczy, które z upodobaniem kserujemy (albo, w tym konkretnym przypadku, autoplagiatujemy z „Armagedonu”) – jest emocjonalnie w mniej heroicznym tego słowa znaczeniu.

Pomyślałam sobie, że może wcale nie trzeba sobie tym młotkiem w palec trzasnąć, bo ani Imagine Dragons, ani Hiroshi na wojnie nie byli (nie licząc strzelanek na konsoli). Jednak na pewno trzeba coś przeżyć.

Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Malita, która czyta jest niezmiernie wyczulona na słowną egzaltację i banał.

Wiem, bo daję jej do czytania swoje teksty (wypełnione jednym i drugim), w których zakreśla ostrą fuksją fragmenty napompowane emocjonalnym uniesieniem tej części mojej duszy, która kiedyś mogłaby stawać w zawodach (Wannabe-)Poetów Cierpiących na Wletschmerz (kategoria: teen, styl: wolny i z namysłem). Wszystkim grafomanom życzę takiej Mality.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Malicie (i mnie też) można wcisnąć historię prostą, miłosną, a nawet tak bardzo jednowątkową, że wręcz ociera się o banał. Ot, wystarczy ją niebanalnie napisać. Co zazwyczaj jest największym problemem.

[Tymczasem w przeszłości:]

Obracam w rękach książeczkę niedużą, lichą wręcz. Okładka raczej nieciekawa, na niej włosko brzmiące nazwisko. Tytuł: „Złomiarz”. I że to niby autora „Nakręcanej dziewczyny”, której nigdy się nie przeczytało, ale nasłuchało się przy okazji o nowym nurcie „eko-fantastyki” (z jakiegoś powodu wszystko, co przywłaszcza sobie przedrostek „eko-” wywołuje u mnie podejrzliwość).

– Polubię? – pytam Mality, bom nieprzekonana.

– Zakochasz się! – mówi ona z pewnością, która entuzjazmem zabija wszystkie moje wątpliwości. No, powiedzmy, że wszystkie, bo do przeczytania tej książki zbierałam się prawie rok.

Paolo Bacigalupi, jak na syna hipisów przystało, służy eko-idei, którą promuje w swoich eko-fantastycznych książkach. Mamy więc apokalipsę, oczywiście eko-, bez głębszych wyjaśnień (które akurat nie wszystkim książkom są potrzebne), morza pokryte maślana ropą, slumsy nadmorskie i porzucone wraki statków, które biedni mieszkańcy wybrzeża obierają do szkieletu z wartościowych odpadków. Proszę się jednak nie przestraszyć, w swojej służbie eko-idei autor nie jest natarczywy i nie będzie pukał do naszych drzwi z pytaniem „Czy mamy czas porozmawiać o ekologii?” (i tu parę cytatów z objawienia ojca Greenpeaca). Nie, nie. To tylko tło.

Bardzo niekonwencjonalne, klimatyczne, dobrze opisane, pachnące ropą naftową i rdzą tło dla… powszechnie znanej historii  z gatunku tych romantycznych.

Oto żebrak ratuje księżniczkę w przypływie (irracjonalnego?) współczucia dla bliźniego. Przedkłada ją ponad (jej) bogactwo (które mógłby spokojnie zwinąć), ratuje z opresji (licząc na to, że rodzina wyrazi wdzięczność pieniędzmi) i w końcu zakochuje się (tak troszkę, bez niekontrolowanego wykrzykiwania jej imienia w sytuacjach o podwyższonym ryzyku). Jest tu nawet zły wujek (wujowie i stryjowie to czarne charaktery prawie każdej z bliskowschodnich baśni, jestem bardzo na ten motyw wyczulona), jeszcze gorszy ojciec i jeden wątek, bez jakiejś politycznej, skomplikowanej obudówki (do której przyzwyczaiła nas fantastyka).

Nie pisze tego, żeby zedrzeć autorowi maskę z twarzy i krzyknąć „Aha! Mam cię!”. Tak naprawdę chciałam mu maskę pochwalić, bo jest wartością samą w sobie. Paolo Bacigalupi wymalował ją tak ładnie i tak klimatycznie, że tylko pozazdrościć pióra i wyobraźni. W czasie czytania „Złomiarza” można się utopić. W ropie naftowej. Jej ostry zapach drażni nos, tak samo z resztą jak pity przez bohaterów alkohol, jedzenie na ich talerzach i patroszone przez nich ryby. Warto zaznaczyć, że książka jest książką zwyczajną, nie pachnącą, jak niektóre wydania dzieł Cejrowskiego.

Serio. Kreacja tego mikro-świata jest tak intensywna, że człowiek czyta „Złomiarza” i odkrywa, że fabuła to czysta historia miłosna dopiero jak się głębiej nad tym zastanowi („No, dobra. Miłość. Coś jeszcze? Polityka? Nie. Eko? Bardzo trochę. Komentarz do problemów społecznych? Śladowy. Coś innego? Nie bardzo…”). Jakby ktoś chciał napisać coś takiego na poważnie i uniknąć egzaltacji, klisz, dotykania opuszkami palców, to powinien zapisać się do Pana Bacigalupiego na kurs korespondencyjny.

To było tak kontrastowe uniwersum, że dopasowanie do niego muzyki, bez konieczności komponowania jej samemu, było wyzwaniem. Najpierw szukałam u Japończyków, żeby było bardzo s-f apokaliptycznie, ale brakowało w tym otwartego morza i wiatru. Jak znalazłam błękitne morze i fale, to brakło rdzy i żelastwa. Wtedy zaczęłam tropić soundtracki po dzieciach w s-f, ale (genialne!) wiolonczele wojenne w „Ender’s Game” to byłby przerost. Ale Ender przypomniał mi o innej ścieżce dźwiekowej Steve’a Jablonsky’ego, którą męczyłam w wieku gimnazjalnym (czytając „Travelera” o ile dobrze pamiętam).

„Island” nie jest dopasowaniem idealnym. W swoich „jasnych” momentach („My name is Lincoln„) jest zbyt przestrzenna, co nie do końca pasuje do mikro-świata „Złomiarza” (nawet jeśli rzecz się dzieje na otwartym morzu). Mamy tu jednak wystarczająco „industrialne” (jak dla mnie) „Starkweather” i „Mass Vehicular Carnage„, choć brakuje w nich rdzy. W tej muzyce słychać, że „Island” to głównie pomieszczenia sterylne, niczym oddział położniczy w szwajcarskim szpitalu. Na szczęście, trochę przestrzeni i smaru pojawia się w jednym utworze z tej ścieżki dźwiękowej – „Renovatio„. Kto oglądał film, ten nie będzie widział w tym nic dziwnego.

Babski odwieczny konflikt wewnętrzny

Wchodzę do domu rodzinnego, wzrokiem sięgam do piramidki książek, które moja Mum łowi w miejscowej bibliotece. I co widzę? Michalak. No, to musi być przeznaczenie. Jedna z tych autorek, która zalazła za powiekę całemu Internetowi (relacja na żywo z czytania „Gry o Ferrin” via Zombie Samurai na przykład, czy Notka Usiana Facepalmami Zwierza). 320 stron, czcionka jak w „Poczytaj mi, mamo”. Myślę: machnę. A co. Co prawda to tylko „Poczekajka”, a nie osławione romas-fantasy, ale, jak to mówi moja babcia: „Starcy!”.

Na całe życie.

Literatura w spódnicy, wielkich wymagań nie mam. Nurkuję więc w lekkich dialogach, przymykając oko na kompletnie irracjonalne sytuacje, w których się toczą i od czasu do czasu pojawiający się czerstwy dowcip (słowo daję, to był pierwszy raz, kiedy nie rozśmieszył mnie błąd ortograficzny). Przymykam oko do póki, do póty nie stwierdzam, że bohaterka Pipi wcale nie jest uroczo trzepnięta, tylko po prostu głupia w najgorszy z możliwych sposobów – jest żałośnie głupia.

A później rzucam okiem na informacje o autorce i robi mi się nieswojo tudzież brzydko w serduszku, bo czuję, że nie obraziłam Pipi, tylko żywego człowieka. Niechcący. Bo z zasady zastanawiam się pięć razy, zanim nazwę kogoś żałośnie głupim.

Jedna z blogerek zadała Pani Michalak genialne pytanie: „Czy bohaterki z twoich powieści mają coś wspólnego z Kasią Michalak?(…)”. Nie wiem, jak na nie wpadła. Może zasugerowała się kilkoma wskazówkami w notce biograficznej na skrzydełku (znajdź pięć różnic w porównaniu z opisem Paprycji)?… Nie wiem. W każdym razie odpowiedź była równie zaskakująca:

Najbardziej utożsamiam się z Patrycją z Poczekajki, ale każda postać jest mi bliska. Kiedyś rzeczywiście czułam potrzebę umieszczania choć odrobiny siebie w książkach, teraz uważam, że istnieją ciekawsi bohaterowie, niż ja. :-)

„Odrobiny”.

Chęć umieszczania siebie samej w książkach, w roli heroiny idealnej, bez wosku + w świecie wymarzonym (czy to chatka, czy to elfie królestwo) + oczywiście, obok perfekcyjnego mężczyzny zabiegającego o nasze względy, jest tak odwieczna, jak najstarsi Indianie i legenda miejska o tym, że koka kola była kiedyś zielona. Jestem prawie pewna, że kiedy w ogrodzie Eden Bóg grzmiał „I będziesz dzieci rodzić, a mężczyzna będzie nad tobą panował” dodał jeszcze: „a bohaterka każdej książki, którą napiszesz będzie niebezpiecznie podobna do ciebie, na twój wzór i podobieństwo będzie stworzona”.

Bo myślicie, że niby skąd na świecie wzięło się tyle fanfickow. Wizja sprzątnięcia Pottera sprzed nosa Ginny jest niezmiernie kusząca. Pytanie tylko, skąd wzięła się w nas potrzeba dzielenia się tymi osobistymi fantazjami z szeroką publicznością (Ja tam nie wiem, bo nie dość, że nigdy nie napisałam żadnego fanficka, to jeszcze dwa tygodnie się zastanawiałam, zanim posłałam swoje opowiadanie na licealny konkurs literacki). I, przede wszystkim – dlaczego inni chcą to czytać (bo chcą).

Znajdź pięć różnic.

Przez pierwsze paręnaście stron „Poczekajki” byłam pewna, że to całkiem niezły pastisz, autoironia i satyra-na. Utwierdzał mnie w  tym przekonaniu dość przaśny (w sensie cepeliowym) motyw romansowy. Później się okazało, że ten Amre to tak na poważnie. W głowie zaświtała mi myśl, że może to jest powieść moralizatorska na zasadzie: jeśli jesteś 25-letnią dziewicą i nadal szukasz swojego idealnego ukochanego z wbudowaną elfią gracją (tak, tak, tam wszyscy faceci zeskakiwali z konia niczym Glorfindel himself), z którym zamieszkacie w leśnej chatce, to przestań, bo świat jest ZŁY (i ja ci ten mrok świata jeszcze przerysuję dwa razy w tasiemcowym rycie i manierze „Dlaczego ja?!”, żeby dotarło do tego naiwnego łebka). To by było nawet spoko. Choć cholernie niesprawiedliwe.

Ale nie. Bo następują dwie, ostatnie strony. Gdzie po tych wszystkich pożarach, ukrytych żonach, gwałtach, zwrotach akcji, palpitacjach, emocjach w deszczu, intryGACH (przez duże GACH) i pięknych-ale-złych mężczyznach następuje, a jakże, happy end.

Mój kolega Janek znalazł kiedyś w czeluściach internetów gifa idealnego na podobne okoliczności.

Tak więc zmagamy się ze sobą. Bo skłonności do happy endów mają w nas, kobietach, równie głębokie korzenie, co chęć stania się Heroiną Równie Epicką, co Historia, w której się Uczestniczy. Jedne z nas wygrały parę bitew (bo wojna nie dość, że odwieczna to jeszcze wieczna – co by podbić poziom jej epickości, rozmachu, chórów w tle). Inne przegrały. Po czym ktoś je wydał. I szczerze mówiąc, nie wiem, komu bardziej zazdrościć, bo te wydane wcale na tym tak źle nie wyszły. W sensie finansowym. Pisałam już, że nie skreślam na wstępie autorek, których zdjęcie na okładce mylę z ilustracją ich powieści przedstawiającą główną bohaterkę bo, trzeba przyznać, że niektórym udało się napisać o sobie dość jawnie, ale bez jakiejś większej żenady. Np. Jane Austen. Tak, Jane była w tym całkiem niezła.

Ale niektórym się nie udało. Więcej, z tego, co mi donieśli męczennicy „Gry o Ferrin” – motyw jest powtarzany, ciśnięty, recyklingowany i z uporem mielony na nowo, nawet bez zadania sobie trudu, żeby wymyślić sobie nowe, wymarzone imię. Pani Anaelo. W dodatku godząc w dobre imię fantasy, gatunku literackiego, który w dobrych, pisarskich rękach, potrafi zrobić z ludźmi i ich spojrzeniem na świat cuda.

Są rzeczy, które można sobie napisać, ale naprawdę nie godzi się ich wydawać. Dla własnego dobra.

[I dobra innych, bo przecież słowa to odpowiedzialność – jadąc prawdziwym banałem]

A wiem co mówię, bo sama nie wydałam jeszcze nic.

____

P.S. Taką „Poczekajkę” dla gimnazjalistek (choć emocje bohaterów były szargane w o wiele mniejszym stopniu) napisałam, kiedy miałam 14 lat i dostarczałam ją koleżankom z klasy w odcinkach NA DYSKIETKACH (same chciały). Często zastanawiam się, ostatnio nawet na poważnie, czy przypadkiem tego nie wydać pod pseudonimem. Żeby mieć na chlebek.

Smutne to czasy jednak.

Mój tydzień z Kańtoch

W oczekiwaniu na tom trzeci „Przedksiężycowych” przypomniałam sobie, że Anneke napisała przecież parę innych książek. W tym „Czarne”, którego towarzystwo zajdlowe nachwalić się nie może, a ja byłam go niezmiernie ciekawa, bo wydawnictwo wydało je z metką „nie do zaszufladkowania”. Lubię książki nie do zaszufladkowania. Udałam się zatem do Internetów, na tereny łowieckie mojej ulubionej taniej księgarni a tam…

…promocja na (prawie) wszystkie książki Kańtoch. Oczywiście. Bo przecież żyjemy w świecie w pełni interaktywnym i wyczulonym na potrzeby konsumenta. Zdaję sobie sprawę z tego, owa empatia handlowa ma na celu tylko wciśnięcie mi większej ilości towaru bezczelne żerując na mojej słabości.

Bo ja naprawdę jestem bardzo asertywnym klientem. Ale przecież każdy ma swój kryptonit.

Tym sposobem zamiast jednej książki kupiłam cztery, a moje zamówienie wyglądało jak lista zakupów początkującego satanisty.

A później jeszcze do tej wieżyczki doszło grande finale „Przedksiężycowych”. I tak spędziłam dwa tygodnie z Anneke.

„Czarne”

Anneke poznałam i zapamiętałam z tego, że potrafi kreować niesamowicie interesujące uniwersa. I zawsze w myśl zasady „nothing is really as it seems”. W “Czarym”, drażniąc się ze mną, dręczy główną bohaterkę wciskając ją w świat dobrze znany (ale nadal „nothing is really as it seems”). Sama mierzy się z pisarskim wyzwaniem budowania czegoś, co z braku lepszego słowa, zwykło nazywać się klimatem.

Zaczęłam czytać w tramwaju, który wiózł mnie do domu z rytuału odbioru zamówienia. Jechałam i nawet nie przeszkadzało mi, że nie siedzę i nie mam trzeciej ręki, którą mogłabym się przytrzymać czegokolwiek.

W kwestiach udźwiękowienia proponuję wrzucić w wyszukiwarkę swojego odtwarzacza The XX. W większości ciężkawe dźwięki z lekkim wokalem. „Czarne” jest podobne: mocne, ciężkie, a mimo wszystko bardzo kobiece.

„Diabeł na wieży”

Jeśli chodzi o Domenica Jordana. Trudno mnie przekonać do wynurzeń detektywistycznych, nawet jeśli autor chwyta się tak nieczystych zagrań jak próba przekupienia mnie inspiracjami osiemnastowieczną Francją. Książka to kompilacja sześciu procedurali i muszę przyznać, że kilka z nich zapamiętałam. To dużo w moim przypadku. Nawet bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie pałam sympatią do głównego bohatera.

Jest w świecie muzycznym ktoś, kto z łatwością potrafi wydłubać złote okruszki barokowej maniery, użyć ich, i nie przedobrzyć. Oczywiście, jest Japończykiem, który z definicji nie powinien mieć kulturowego wyczucia w kwestii czegoś tak obrzydliwie europejskiego jak barok. Nazywa się Oshima Michiru i znamy go m.in. ze ścieżek dźwiękowych do „Fullmetal Achemist”. Jako tło do Jordana polecam jego o wiele mniej znane dzieło: „Le Chevalier d’Eon” (na tym albumie znaleźć można jedną z najcudowniejszych piosenek tzw. endingowych).

„Tajemnica diabelskiego kręgu”

Kańtoch dla dzieci. Tego świat się nie spodziewał.

Raczej nie dałabym tej książki do czytania mojemu siedmioletniemu siostrzeńcowi. A dla trzynastolatek za mało tam uganiania się za chłopakami. 510 stron, z których pierwsze 200 przyjęłam dożylnie na jedno mlaśnięcie. Później, z jakiegoś powodu straciłam zainteresowanie i czytało się co raz mozolniej. Ale, jak już wspomniałam, dla mnie detektywistyczne rozkminy zawsze mogą być o połowę krótsze. Aczkolwiek muszę przyznać, że te w wykonaniu trzynastoletniej Niny były wyjątkowo urocze.

Kiedy czytałam „Tajemnicę diabelskiego kręgu” byłam na etapie komentowania nominacji muzycznych do Oscarów i uczyłam się na pamięć ścieżki dźwiękowej do „Tajemnicy Filomeny” Alexandre Desplata. Coś pomiędzy Potterem Williamsa, a „Stokerem” Mansella. Nie wiadomo, czy się wyluzować, czy bać. Idealnie dopasowało i się do przygody Niny.

„Przedksiężycowi” tom 3

Naprawdę byłam ciekawa, jak Anneke wybrnie z tej całej kabały. I nawet podobało mi się, jak to zrobiła. Podziwiam jej zdolność balansowania na granicy zgrzytu przy mieszaniu elementów z kilku zupełnie różnych bajek. No i, nieodmiennie, podziwiam uniwersa które stworzyła.

O pierwszych dwóch tomach już pisałam. Z okazji trzeciego wróciłam do ścieżki dźwiękowej z „Ghost In the Shell: Stand Alone Complex”. Tym razem część pierwsza. Ta z genialnym „Inner Universe”, o którym pisałam w notce poprzedniej.

Po tym wszystkim mam do Anneke miliony pytań. Muszę się z nią umówić na kawę, czy coś.

Czy powinnam odesłać książki Łukjanience?

Sprawa Ukrainy od początku protestu na Majdanie zajmowała mi bardzo dużo RAMu. Jeszcze więcej zaczęła zajmować podczas eskalacji konfliktu – doszły emocje. Obrazki z telewizji przeżyłam bardzo, a do egzaminów uczyłam się z lewą ręką na linku do odświeżania Twittera. Chciałam tam być. Fizycznie też.

Nie miałam złudzeń, co do mocy sprawczej zachodniej dyplomacji w tej sprawie (pole manewru wąskie niczym wenecka uliczka), ale z rosnącą frustracją czytałam wszystkie oficjalne oświadczenia jej przedstawicieli. Jednak protestujący na Majdanie nie zawstydzili tylko zachodnich struktur politycznych. Zawstydzili też mnie samą, jako osobnika wyrosłego w zachodniej cywilizacji, który za przysłowiowy telefon służbowy i karnet do multisportu będzie siedział cicho i scrollował kwejka. Nawet jak podwyższą Ci wiek emerytalny, ceny za benzynę, wprowadzą czesne za drugi kierunek i podpiszą ACTA… a nie. Jak będą chcieli ACTA podpisać to ruszymy na ulice, bo nie będzie się wtedy dało dalej scrollować kwejka.

Strona główna mojego Twittera jest spełnieniem wizji Plutarcha Heavensbee z „W pierścieniu ognia” o przepływie informacji w mediach Panem

Jaką będzie miała suknię? Chłosty. Jaki będzie wyglądał tort? Egzekucje. Kto będzie na tym ślubie? Strach.

Zdjęcia ofiar przemieszały mi się z opiniami na temat najnowszego odcinka „Arrow”, a doniesienia o posunięciach Rosji z komentarzami z Oscarów. Tylko tyle, że w tym wypadku nie czuwa nad nami żaden prezydent Snow.

Pan Siergiej ma u mnie swój osobny kopczyk.

Powyższe akapity nawiały mi spod palców, czego się chyba spodziewałam, bo nie wiem, jak mogłabym napisać o Ukrainie, nie ujmując tego wątku. A muszę napisać, bo temat wdarł się niespodziewanie w tematykę poruszaną w niniejszym skrawku sieci.

Siergiej Łukjanienko to jedyny rosyjski pisarz fantasy i s-f, którego jestem w stanie czytać bez prześmiewczego chichotu. I od gimnazjum robię to z wielką przyjemnością, bo świat, który stworzył w „Patrolach” jest jednym z najbardziej klimatycznych i kreatywnych, w jakich było mi się dane znaleźć (aczkolwiek „Ostatni patrol” wdaje mi się być słabym zakończeniem serii). I WTEM! czytam sobie na BookLips, o tym, co nawypisywał na swoim blogu.

Zaznaczam, że nie znam rosyjskiego. Jestem więc skazana na tłumaczenia fragmentów zawarte w newsach, których kontekst nie jest dla mnie ujęty zbyt jasno (jak to w newsach). Autor pisze o tym, że Ukraińcy obrażają jego ojczysty język – nie uściślono, w jaki sposób. Można się tylko domyślać, że to coś poważnego, bo zakazał tłumaczenia swoich książek na ukraiński. Nazwał ukraińskich pisarzy, którzy wspierają protest na Majdanie i piszą w języku rosyjskim „półgłówkami” – ale nie jestem pewna za co (za to, że wg niego są hipokrytami?). Dlatego jeśli ktoś z was ma dostęp do tłumaczenia wpisu Łukjanienki w całości – bardzo poproszę. 

Nie ma takiego kraju, jak Ukraina, i nigdy nie powinno być. To będzie albo część Rosji, albo polski protektorat.

To jest kluczowe zdanie, które wywołało najwięcej kontrowersji. Znowu wyrwane z całości, ale można domyślić się jego ogólnego wydźwięku po reakcji samych Ukraińców, którzy w ramach protestu zaczęli odsyłać autorowi jego książki.

Jak to uczą – pojęcie „naród” zdefiniować trudno. I dlatego trudno narodom udowodnić, że są narodem, szczególnie tym, którzy się ocknęli w przeciągu ostatnich 100-150 lat. Palestyńczykom wszyscy wytykają, że nie było mowy o narodzie palestyńskim, do póki za płotem nie pojawili się Żydzi wracający z diaspory. Ale pokażcie mi jeden naród, który wykształcił się bez czynnika „wspólny wróg”. Ponoć narodowi należy się własne, suwerenne państwo. Uważam, że są to rzeczy, których nie można ludziom odmówić, jeśli wspólnie i spójnie wyrazi gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swój własny los.

I przez „suwerenność” mam na myśli głównie suwerenność wewnętrzną (bo w stosunki międzynarodowe i tak jesteśmy wszyscy zakałapućkani na amen, co z resztą widać na załączonym obrazku z Obamą i Krymem w tle). I tutaj Palestyńczyków i Ukraińców łączy to, że po wywalczeniu tego kawałka ziemi dla siebie, sytuacja wymknęła się z rąk owego narodu i przeszła z ręce grupki ludzi, która niekoniecznie temu narodowi odpowiada. Jak to się mogło stać? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem dlaczego w naszym kraju od kilku kadencji rządzą osoby, na których nikt z nas nie głosował (bo przecież nie chodzimy na wybory) i wszyscy się z nich nabijamy. Na szczęście – tylko się nabijamy, a nie boimy się ich.

Jeśli dobrze zrozumiałam, Łukjanienko dziwi się Ukraińcom. Ja się nie dziwię, choć widziałam Ukrainę tylko „z wierzchu”, ale już w tych górnych warstwach było widać, jak  bardzo choruje środek. O korupcji i prawdziwej średniej krajowej opowiadali mi miejscowi. O „zniknięciach” i warunkach, w jakich żyją ludzie w wioskach – też. Sama, oprócz kilku okolicznych wsi (w sensie dosłownym „zabitych dechami”) widziałam tylko Lwów. Miasto, w którym jeździ się albo najnowszymi modelami aut prosto z salonu, albo zardzewiałą blachą na kółkach. W którym przed lśniącą witryną sklepu znanego projektanta stoi babuszka z bukietem kwiatków w ręce, które sprzedaje na sztuki. W którym wszystko jest albo śmiesznie tanie, albo astronomicznie drogie. W którym ludzie „z góry” mają galeony i niedźwiedzie w ogródku za kradzione pieniądze, a zwykli ludzie po wejściu do marszrutki, nawet z końca busika przekazują przez współpasażerów hrywny za przejazd do kierowcy. I nikogo nie trzeba pilnować.

Tam nie było nic pośrodku. Były tylko skrajności. Dlatego uważam, że ewidentnie nie było tam dobrze. I dziwię się Panu Łukjanience, że dziwi się protestującym Ukraińcom. I że jeszcze ich obraża. Ludzi, którzy, jak już wspomniałam, zdołali zawstydzić Zachód i pokazać, że cierpi na chroniczne glinostopie.

Czy w takim wypadku wolno oddzielić osobę autora od (dobrej) literatury, która napisał? Czy należy się tylko dziwić, że „taki fajny autor, a taki dziwny człowiek”? Czy należy wyrzucić ze swojej biblioteczki wszystkich tych, którzy byli np. zadeklarowanymi antysemitami? Czy tylko wystrzegać się zakupu „Mein Kampf”?

A może zrobić coś zupełnie  innego?

Można nie kochać Wiedźmina. Za to piszczałki trzeba

Nie mam nic przeciwko pisaniu dla kasy, o ile owo pisanie jest (przynajmniej) tej kasy warte. Także nie fukałam po usłyszeniu wiadomości, że Sapkowski postanowił uraczyć nas uzupełnieniem sagi o Wiedźminie. Bardziej ciekawa byłam, jak autor wybrnie z tak niezręcznej sytuacji (bowiem niezręcznie robiło się przy czytaniu czyichś anonimowych komentarzy o tym, jak „Żmija mu nie wyszła, a wódka przecież kosztuje”).

Nie jestem jakimś wyznawcą Sapkowskiego. Podoba mi się świat, który stworzył w „Wiedźminie”, podoba mi się fundament mitologiczny. Lubię go też jako gryzipiórka – dialogi, które pisze i dynamiczną formę. Nie pałam wielkim uwielbieniem do bohaterów, których sobie obiera na pierwszy plan (szarość, praworządna neutralność starająca się zachować równowagę, nie opowiadając się po żadnej ze stron? Hm. Nawet sam Sapkowski się z tego nabija w trylogii husyckiej), ale nie jestem w stanie przejść obojętnie obok postaci drugoplanowych.

Do dzisiaj pamiętam pełne nazwisko Cahira. Parę razy udało mi się zaszpanować tym w towarzystwie.

I choć Sapkowski nie dźgnął mnie palcem w serduszko, to dźgnął mnie na pewno w główkę. Nie przez swoich bohaterów, a swoja własną, autorską osobę. Właśnie podczas czytania jego tworów w gimnazjum pomyślałam sobie po raz pierwszy, że fantastyka to swoiste traktaty filozoficzne, tylko trzeba wiedzieć, jak je czytać. Gdzieś w głębinach serduszka chyba nadal zgadzam się z tą tezą – jako czytelnik i jako autÓrka.

„Sezon burz” czytało się z lekkością i chichotem zrodzonym z sentymentu. Bardzo podobało mi się  ostatnie 20 stron. Ale ja mam słabość do Apokalipsy. Jej mini-odmian też.

Na tę specjalną okazję odgrzebałam coś naprawdę wyjątkowego. I równie sentymentalnego. Moją fascynację z liceum, którą wcisnęła mi w łapki Koleżanka Mru. Odkrywałam wtedy wszelakie odmiany folku i etno – od wikińskiego metalu typu XIV Dark Centuries przez melodyjnego Hevię i jego dudy, aż po tak zwany new age Adiemusa. Moi rodzice wspominają ten czas jako erę lekkiego niepokoju. Tym bardziej, że ich Altusy (głośniki takie) już od dawna stały w moim pokoju i dudniły wesoło razem z pogan-wiking-metalheadami.

Piękne czasy. W których nadszedł Maleńczuk. Bez Pudelsów już, za to z Consortem.

Nie tylko parapet. Na biurku też lubię siedzieć.

Maleńczuk, bo kto artyście zabroni, swego czasu nawrócił się na catingi, czyli średniowieczne pieśni poetyckie. Konkretnie na Cantigas de Santa Maria, które w XIII wieku był napisał w chwilach religijnego uniesienia król Kastylii i Leonu, Alfons X Mądry. Zrobił Maleńczuk na początku wieku XXI wersje swoje własne. Consort dostarczył porywającą wokalem Wandę Laddę i kilka średniowiecznych gadżetów: lirę walijską, piszczałki i różne kobzowate dziwy, a to wszystko uzupełniały perkusjonalia, wydawać się, bardzo współczesne. Kilka cantig był artysta zabrał królowi, parę historii sam dopisał i oto proszę. Płyta cała. „Cantigas de Santa Maria”.

Możliwe, że to był moment, w którym zakochałam się w piszczałkach. Spróbuj posłuchać i się nie rozradować. Albo nie jarać.