Dzienniki bateryjki*

  • SŁOWA: RAINBOW ROWELL, „ELEONORA I PARK”
  • MUZYKA: P.O.D. „PAYABLE ON DEATH”

– Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna… Wszystko dzieje się w latach 80. Główna bohaterka chodzi do liceum. Jest ruda, gruba i ubiera się w losowe ciuchy…

– O! To ja z gimnazjum!

Tak sobie rozmawiałyśmy miesiąc temu z Moniką Frankiewicz w siedzibie Wydawnictwa Otwarte (mają cudowny taras) o „Eleonorze i Parku”, których uczucie wyraża się nie tylko poprzez dzielenie jednego walkmana. Książkę od razu wgrano mi na Kundelka i zaczęłam swoją podróż sentymentalną w przeszłość.

Wróciłam aż do rzeczonego gimnazjum, przez które starałam się przebrnąć na początku aktualnego tysiąclecia. Owszem, byłam gruba, rudość na głowie miałam z tubki, a mój styl ubierania (wzorowany na tym, jak się nosili czołowi dziennikarze muzyczni tego kraju) był szeroko komentowany na korytarzach szkolnych przez ładne dziewczyny z kółka tanecznego. Oczywiście, zamiast się nimi przejmować zajmowałam się oglądaniem offowego kina amerykańskiego i czytaniem Orwella w niezachwianym przeświadczeniu, że czyni mnie to lepszą od nich (później przeświadczenie się zachwiało i padło na pyszczek).

Klisza, prawda?

Absolutną podstawą mojego życia były dwie rzeczy. Po pierwsze, muzyka. „Eleonora i Park” wydali mi się tym bardziej sentymentalni, że w gimnazjum nie miałam discmana. Nie mówiąc już o tej pożądanej nowince technicznej, jaką były odtwarzacze mp3 (creative zen na przykład).

 łokmen

Na discmana nie było mnie stać; albo inaczej: jeśli już miałam jakąś kasę, to wolałam ją wydawać na nowe płyty/ kasety. Za to miałam świetnego walkmana. I genialne, stare kolumny wielkości stołka barowego. Działają jeszcze. Dzisiaj już takich nie robią. Spędzałam mnóstwo czasu leżąc na podłodze z głową między nimi, rozkładając „Chateau” Roba Dougana na czynniki pierwsze („I obój!”*).

Drugą rzeczą było pisanie. Opowiadań, powieści, recenzji, wszystko „do folderu”. Pisałam też bloga. I dziennik. Postanowiłam, że nigdy tych nastu zeszytów nie spalę. I nie spaliłam.

„…I zostanę recenzentką muzyczną. To jedyne, na czym się znam, a pisanie, to jedyne co potrafię.

– to ja, lat 14. Proszę się nie śmiać. Zamiłowanie do egzaltacji zostało mi do dzisiaj.

Bardzo dużo piszę w nich o muzyce. Na przykład jest taki fragment, w którym starałam się przewidzieć, co się stanie z artystami, którzy wtedy byli na topie (pomyliłam się w przypadku Craiga Davida, niestety). Albo taki, naskrobany przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz w góry (do dzisiaj mam tak, że kiedy szlajam się po górach, nie słucham muzyki – no, chyba że tej, co wiecznie gra mi w głowie).

„Po co próbuję się nasłuchać P.O.D., skoro to niemożliwe?”

Pisałam o koncertach, na które chciałabym iść (kilka marzeń się spełniło) i o płytach, które nagminnie pożyczałam od znajomych. Poza tym, był to też czas, kiedy odkryłam muzykę filmową, głównie za sprawą „Matriksa” (który mnie wychował) i Roba Dougana (który jest odpowiedzialny za moją słabość do muzyki instrumentalnej mieszanej z elektroniką i australijskiego akcentu).

„Płyty przyszły. „Fundamental elements of Southtown” P.O.D. i muzyka z „Matrix: Reloaded”. (…) Znalazłam tam prawdziwy damencik, który odstaje od całości: Dave Matthews Band, „When the world ends”. Wokalista rewelacyjnie stopniuje emocje. Poza tym doszłam do wniosku, że Rob Dougan to geniusz.”

(Bo faktycznie tak jest. Aczkolwiek nie mogę odnaleźć moich zapisków z pierwszego przesłuchania „Furious angels”, jego pierwszej i jedynej solowej płyty. Znam jej każdą nutkę. Mogłabym ją wyśpiewać na jakimś karaoke bez tekstu pomocniczego.)

„Zmówiłam płytę OXY.GEN. W sklepie muzycznym zapytali mnie, czy to jakiś polski zespół. Ręce mi opadły…”

(Bardzo się cieszę, że ją kupiłam wtedy, bo dzisiaj jest praktycznie nie do dostania…)

„Kazik Staszewski i Tom Waits. Już mi się podoba ta płyta, a jestem dopiero przy trzeciej piosence.”

(Kazik zapoznał mnie z Tomem.)

I takie tam, takie tam… Dlatego podczas czytania „Eleonory i Parka” postanowiłam wybrać którąś z płyt zarzynanych przeze mnie w gimnazjum własnie. Padło na P.O.D. Musiało paść na P.O.D. I na „Payable on Death”. To pierwsza płyta, którą zakupiłam w dniu premiery, tak bardzo na nią czekałam. I do dzisiaj mam ciary słuchając „Sleeping Awake”.

Oprócz muzyki w dziennikach dużo piszę też o Bogu i, oczywiście, pierwszych miłościach. Takich na spojrzenia, dotykanie dłoni mimochodem i wmawianie sobie, że ktoś to uczucie odwzajemnia. Rainbow Rowell bardzo pięknie oddała tę subtelność i słodkość, która rządziła tamtymi zauroczeniami. Wypada bardzo realistycznie w porównaniu z treścią moich dzienników popełnianą w latach nastoletnich. Może dlatego, że kiedy odwinęłam skrzydełko „Eleonory i Parka”, żeby zobaczyć zdjęcie pisarki, mrugnęła do mnie Eleonora? Monika F. i Bartek W. z Otwartego też uważają, że to nie przypadek. Mamy teorię, że autorka chwyciła swoje dzienniki z „dawnych czasów”, poprawiła lekko składnię i wypuściła jako powieść.

Powieść nie tylko uroczą, ale i mądrą. Przez pół książki myślałam, że chodzi w niej tylko o to: pokazanie, jak rozwija się uczucie pomiędzy dwójką nastolatków w sposób bliższy prawdy niż „spojrzała na jego umięśniony tors i nagle zapragnęła się do niego przytulić, ale nie miała czasu, bo akurat atakowała ich chmara wrogich im istot nadnaturalnych (poza tym ich miłość była zakazana, no i musiała się jeszcze zdecydować, czy nie chce się przytulić do równie umięśnionego najlepszego przyjaciela, który również pojawia się w jej snach)”. Nawet gdyby Rainbow poprzestała na prostej opowieści i prostym uczuciu, jej empatia w przelaniu rzeczonego na papier by mi wystarczyła. Ale „Eleonora i Park” to nie laska lukrecji. I to też było w tej opowieści piękne.

Na szczęście z sytuacją Eleonory nie każdy się będzie utożsamiał dosłownie, ale wydaje mi się, że „Eleonora i Park” i tak jest książką biograficzną, na swój sposób. Dla każdego z nas. Nie tylko dla tych, którzy swoją „młodość” spędzali w towarzystwie walkmana, ale i dla tych, którzy polecają sobie rzeczy na spotifaju. Przynajmniej mam taka cichą nadzieję, że wy przeżywacie swoje gimnazjum tak samo jak przeżywałam ja. Właściwie to życzę wam, drogie pokolenie (która to już literka alfabetu?) tej uroczej subtelności w spojrzeniach i egzaltowanej dramy w przeżywaniu niespełnionej miłości (obyście nie mieli większych problemów). Bo to jest prawdziwe, szczere i realistyczne. Przede wszystkim jednak – dużo słowa i jeszcze więcej muzyki. Inspirującej. Takiej, która was ukształtuje i wychowa.

___________

*] Prywata. Tytuł zrozumie tylko anoriell. Której dedykuję wpis. Po mojej śmierci wszystkie moje dzienniki dziedziczysz Ty, zdania nie zmieniłam. I naprawdę nie chcę gryźć (choć piszesz naprawdę dziwne rzeczy o wojskowej propagandzie ;) ). There is no spoon. Still.

Reklamy

Wiatr od morza, wiatr od lądu

  • SŁOWA: NORMAN LEWIS, „GŁOSY STAREGO MORZA”
  • MUZYKA: ALEJANDRO AMENÁBAR, „MAR ADENTRO” („THE SEA INSIDE”)

Mam takie płyty, które trafiły na moją półkę zupełnym przypadkiem. Nie chodzi o te momenty, w których idziecie przez sklep i jakiś album nagle pojawia się w waszych rączkach i tak już zostaje. Albo kiedy jakaś płyta z promocji w supermarkecie wpadnie wam do koszyczka i zauważacie to dopiero przy pakowaniu zakupów („Ooooch, płyta Kowalskiej, która śpiewa Ciechowskiego za 14,99… Nie mam pojęcia, skąd ona się tu wzięła, przecież przyszłam tylko po najpotrzebniejsze rzeczy, mleko, ziemniaki i pomelo, pewnie już nie można zwrócić, no trudno, jakoś to przeżyję”).

Czasami ktoś chce zrobić miejsce na swoich półkach i pozbywa się płyt, a tak się składa, że ja prowadzę schronisko dla tych niechcianych. Przygarniam zatem, ale nie słucham ich wszystkich na raz od razu. Czasami się odleżą i czekają na swój moment. Czasami jest to moment idealny. Tak było z „The Sea Inside”. Albo „Mar adentro”, jeśli ktoś woli w najoryginalniejszym oryginale.

Na pracę domową w pracy zadano mi przeczytanie „Głosów starego morza” Normana Lewisa i słowem kluczowym w szukaniu odpowiedniej muzyki zostało to ostatnie w tytule. Niepotrzebni mi byli piraci, a większość morskich soundtracków, które znam, związana jest właśnie z czarną banderą. Już miałam wracać do „Cast Away” Silvestriego, ale zupełnie nie o to chodziło.

Chodziło o piszczałki, wyobraźnia podpowiadała mi szklane harmoniki, ba! dudy, coś na miarę Hevii, ale nie tak dosłownie wyspowe. To musiała być jednak Hiszpania, nie Szkocja. Tam musiała być gitara, koniecznie hiszpańska, ze strunami, które łaskoczą palce Hiszpana, bo przecież Lewis o Hiszpanii pisał.

To wszystko muzyką opowiedział mi Alejandro Amenabar, znaleziony w moim schronisku dla dźwięków. Człowiek-wszystko: potrafi sobie sam film wymyślić, napisać, nakręcić i jeszcze skomponować do niego ścieżkę dźwiękową. Do współpracy przy tym ostatnim zaprosił Carlosa Nuneza, który zagrał mi na tych wszystkich dudach, nie tylko irlandzkich, ale i tych ze wszystkich chyba zakątków Półwyspu Iberyjskiego (Tak! Mieli swoje własne, gaita!), birimbao, okarynach i flecikach.

I nie o morzu, którego trzeba się bać, albo z nim walczyć tylko o takim, które jest kapryśne, ale jednak współpracuje z tymi, którzy weszli z nim w jakiś związek. Tak, jak ludzie z „Głosów starego morza”.

Na kompie czytałam, jeszcze w erze przedKundlowej.

Lewis pięknie ich opisał – mieszkańców dwóch nadmorskich wiosek, jednej rolniczej, drugiej rybackiej, których życie i obyczaje zależą od wielkiej wody. I którzy ją za to szanują. Nic dziwnego, że Lewis właśnie tam postanowił spędzić trzy sezony wakacyjne. Druga wojna świata ledwo co się skończyła. Nie było wiele takich miejsc, szczególnie w Europie, którym darowała.

W pierwszym sezonie Lewis z dobrze opanowanym zachwytem opisuje tę szczególną relację ludzi z morzem. Sam się dostosowuje – nie pcha się, nie stara się przekupić rybaków pieniędzmi, żeby zabrali go na swoją łódkę. Stara się zdobyć ich zaufanie wytrwale ćwicząc łowienie, chce im się na coś przydać, wtopić się w nich. Nie narzuca się, nawet nie marudzi, kiedy kucharka gotuje mu na obiad jakieś ochłapy, bez pieczątki sanepidu. Je to, co wszyscy i je tak, jak oni.

[Chyba nie można dostąpić większego zaszczytu podróżując niż zaproszenie miejscowych do wspólnego posiłku – na ich zasadach, w ich gronie, według ich przepisu; coś cudownego]

A okładka wygląda tak. Ze strony Wyd. Czarne podebrałam.

Lewis odwiedza te nadmorskie wioski przez trzy sezony i te trzy sezony wystarczą, żeby zmieniły się nie do poznania. Bo pojawiają się w nich turyści, inni niż Lewis. Tacy z aparatami, wymaganiami i, przede wszystkim, pieniędzmi. Okazuje się, że są w stanie dać mieszkańcom większe bogactwa niż morze. To jest koniec układu, koniec tradycji i koniec wiosek, rybaków i rolników, takich, jakimi jeszcze zdążył poznać je Lewis.

Kiedy rozmawiałam z redaktorką książki, powiedziała jedno ważne zdanie. Że samo nasze pojawienie się w jakimś miejscu zmienia je.

Nawet jeśli chcemy tylko zrobić parę zdjęć i kupić na pamiątkę magnes na naszą lodówkę. A może właśnie szczególnie wtedy.

10, ale 12

Nominowali mnie kolega Radiowy Janek, Kasia Koczułap oraz Szaci, którego znałam jeszcze w czasach, kiedy filmy pożyczało się na płytach cd.

To nie są książki, które uważam za najlepsze, najbardziej wciągające czy nawet ulubione. One naprawdę zmieniły moje życie. Postanowiłam podejść do tematu poważnie. Dlatego jest ich dwanaście, nie dziesięć i to w kolejności chronologicznej.

1. „Przygody kota Filemona” – Marek Nejman , Sławomir Grabowski

Miałam pięć lat. Ledwo zaczęłam czytać. I pisać.

Była taka księgarnia na osiedlu, do której zawsze, ale to zawsze musiałyśmy wejść z moją Mum. Ja czułam zew, a ona uginała się pod dziecięcym terrorem. Nie pamiętam już JAK tam pachniało, ale wiem, że genialnie. No, i na wystawie była książka o kotach, które kochałam zanim jeszcze opanowały internety. Wielka, w twardej oprawie, z pięknymi obrazkami. Deptałam obok niej bardzo długo, zanim Mum mi ją kupiła, przeczytałam bardzo szybko, a później… cóż. Napisałam swój pierwszy i jedyny w życiu fanfik. Pamiętam, że traktował o Filemonie, który wlazł na strych, znalazł tam jakieś stare, rozpadające się łóżko i w materacu zrobił sobie domek.

Opowiadanie miało chwytliwy tytuł („Dom w łóżku”), sześć zdań, pięknie zdobioną okładkę i ilustrację. Rękopis zaginął, ale książkę, która je zainspirowała, mam do dzisiaj.

2. „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – C.S. Lewis

Ta książka była mi pisana. Kiedy miałam osiem lat jakaś opiekunka na koloniach nam ją opowiedziała (nie przyznając się, że to na motywach książki). Fakt ten odnotowałam skrupulatnie w dzienniczku, który zaczęłam w tym czasie prowadzić, a opiekunka została moją ulubioną. Parę miesięcy później trafiłam na książkowy pierwowzór w szkolnej bibliotece. I część za częścią…

Moje ulubione to dwie ostatnie. Kurczę, nie mogę przeżyć, że zarzucili ekranizacje, bo każdą swoją cząstką czekałam na część szóstą i pieśń stworzenia wyśpiewaną przez Aslana.

Kto by ją skomponował? Kto zaśpiewał? No? No?

P.S. Przy okazji chciałam przypomnieć, że za „Problem Zuzanny” Gaimanowi przebiję kiedyś opony w aucie. Albo przynajmniej mu wygarnę.

P.S. 2 Tak, byłam w Narnii.

P.S. 3 Doskonały dowód na to, że ta książka mnie prześladuje:

Pan na pchlim targu w Jafie sprzedawał jedną książkę, w dodatku za 10 szekli (normalnie książki w Izraelu kosztują ze 100). I co to było? No co? „Sipurej Narnia”.

3. Oczywiście Harry Potter Pani Rowling.

Tak, w Hogwarcie też byłam. W Gryffindorze. Proszszszsz:

W sumie nie wiem dlaczego wysłali mnie do brytyjskiej szkoły magii zamiast do polskiej, ale nie wnikam.

Potter z kilku powodów. To pierwsza książka, którą przeżyłam całą sobą i z którą się identyfikowałam w jakiś sposób. W zasadzie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli filmem, który mnie wychował jest „Matrix”, to książkowym odpowiednikiem jest seria o Potterze właśnie. Nie rzucam może cytatami z Dumbledora, ale do głowy wbił mi się ogólny pogląd na wartości, poświęcenie i konieczność zrozumienia zła. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak tak banalne kwestie udało się Rowling umieścić w tak niebanalnej otoczce.

Poza tym jestem dumnym rocznikiem, który rósł razem z Harrym, a nowe części zawsze pojawiały się w księgarniach w okolicach moich urodzin. Zarywałam noce, żeby je przeczytać za jednym zamachem. Szóstą część skończyłam o 6.30 nad ranem przy dźwiękach „Lux Aeterna” w wersji orkiestrowej („Requiem for a Tower”), od której zaczęła się moja słabość do muzyki z trailerów.

W ogóle to przekleję wam cytat z mojego starego bloga. Scenka rodzajowa, na faktach (autentycznych):

Mój Młody Padawan (nowa, oficjalna ksywka dla Siostrzeńca Harry’ego, który z wiekiem co raz bardziej, o zgrozo, wdaje się w ciotkę): A ja sobie rozwaliłem rękę! Patrz jaką mam bliznę! (pokazuje mi prosta kreskę długości maks trzech centymetrów)
Ciocia Fiol: Jaaaaaa! Jak prawdziwy wojownik!
Mój Młody Padawan: NO! Szkoda, że nie jak Harry Potter, w kształcie błyskawicy…
Ciocia Fiol: A pamiętasz, co mówił Dumbledore o swojej bliźnie?
Mój Młody Padawan: No! Że jest mapą!
Ciocia Fiol: No. I że jest bardzo przydatna, bo to mapa metra londyńskiego i dzięki temu nigdy się tam nie gubi.
Mój Młody Padawan: Fajnie…
Ciocia Fiol: A ty masz mapę metra warszawskiego, wiesz?
Mój Młody Padawan: Tak?…

Z „Improwizacji mniejszej„.

4. Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, musiał pojawić się drugi Inkling. Tolkien jest moim Mistrzem. Absolutnym. I to nie są puste słowa, które tak sobie wypisuję, żeby przyszpanować, jaka to nie jestem old schoolowa względem fantasy (i w dodatku trochę gadam w Sindarinie). Uważam, że Pan T. zaczyna się po „Hobbicie” i „Władcy Pierścieni”, a jego najcenniejszą rzeczą, którą nam po sobie zostawił są te zaczątki „Silmarillionu” i „Listy”, w których znajdziemy mnóstwo wyjaśnień na temat Śródziemia.

Bardzo cierpię, kiedy popkultura powiela wypaczone postrzeganie ras Śródziemia. Chyba najbardziej przykrym dla mnie przykładem są Elfowie (TAK! NIE ELFY!). Generalnie zawsze mają +3 do szybkości +5 do zręczności +7 do zniewieścienia i bonusy do magii.

A wiecie, że Elfowie Tolkiena nie używali magii? Wcale. Ani grama.

„Silmarillion” wyrobił we mnie pewne nawyki w kwestii samego pisania. Skrupulatności, staranności i nie chodzenia na kompromisy z tym, „co się sprzeda”. Przede wszystkim jednak nauczył mnie odpowiedzialności za to, co piszę.

Właśnie dlatego nie wydałam jeszcze żadnej książki.

P.S. Frodo nie oparł się Cieniowi i Pierścieniowi. Przegrał na samym, samiutkim końcu. Zauważyliście?

5. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” – Dorota Masłowska

To jest książka, która zwróciła mi uwagę na to, że słowa są narzędziem, które można wykorzystywać kreatywnie i nadal będzie to literatura. A jako że narzędzie to jest cudownie giętkie, można je dostosować pod siebie tak, żeby być sobą, kiedy się pisze. Po „Wojnie…” zaczęłam się przyglądać słowom dokładniej.

Poza tym, jako trzynastolatka, deklamowałam końcowe fragmenty tej książki na konkursie recytatorskim, podczas kiedy moja koleżanka, dla kontrastu, w repertuarze miała jakiś wiersz o osiołku.

Piszę o tym dlatego, bo dzisiaj obie robimy to, co kochamy (koleżanka śpiewa i tańczy w musicalach tudzież dubbinguje główne bohaterki seriali Disney Channel). Więc pointa jest taka, że spełnienie życiowych marzeń wcale nie zależy od tego, co się mówi na konkursach recytatorskich.

6. „Przesunąć horyzont” – Martyna Wojciechowska

Mam osiemnaście lat, jestem dziewczynką podróżującą głównie po Śródziemiu i WTEM! dostaję od siostry książkę Martyny Wojciechowskiej, którą znam głównie ze szklanego ekranu, którym gardzę. Pani Wojciechowska na okładce jest zasmarkana, scenicznego mejkapu brak. Zaglądam ciekawie na pierwszą stronę…

Przez tę książkę przypomniało mi się, że wcale nie jestem domatorem. Po niej wchłonęłam, oczywiście, wszystkie Pawlikowskie, Cejrowskich, „Dotknięcie pustki” i innych Pałkiewiczów.

Ciekawostka. Pamiętam, że jedną Pawlikowską czytałam przy tym (proszę przymknąć swoje estetyczne oko i cieszyć się świadomością, że nawet zaśpiewy mnichów buddyjskich można sprzedać w wersji pop):

… a później przyszedł czas na Kapuścińskiego, dzienniki misjonarzy z czasów hiszpańskiego podboju Ameryki, Marco Polo nawet… a później i na podróże własne znalazł się czas.

7. „Dziady” – Adam Mickiewicz

Zawsze chichoczę, kiedy ludzie opowiadają o „Panu Tadeuszu” jako o „epopei narodowej”. To jest coś, czego wam nie powiedzą na polskim, ale to dziełko było rozbudowanym i finezyjnym żartem komponowanym na potrzeby zapełnienia czasu na wieczornych spędach z kumplami (wśród nich: Fredro, który dopisał sławną XIII księgę). Cóż, nie było jutjóba. Mickiewicz cały dzień pisał, wieczorem odczytywał kolejny fragment ku uciesze i na zdrowie. No, ale że swój wiek już miał, to każdy żarcik przeradzał się w Dzieło ze Znaczeniem.

Wolę Mickiewicza młodego. Tego, który pisał nocami i zasypiał na swoim biurku. Którym targało coś tak niesamowicie silnego, że się z Bogiem chciał wykłócać. W którego „Wielkiej Improwizacji” natężenie egzaltacji czyni przester, ale jest to tak niesamowicie prawdziwe i szczere, że trudno się z tym nie zgodzić. To są emocje spotęgowane przez młodość i poezję. Dla mnie to kwintesencja nastoletniego buntu artysty (choć Mickiewicz, kiedy „Improwizację” pisał, nastolatkiem już nie był).

Jeśli jestem czyjąkolwiek fanką, to Mickiewicza właśnie. Serio, mogłabym nosić koszulkę z jego licem.

8. „Dzienniki rewolucyjne” – Ernesto „Che” Guevara

Jest tam taka scena, którą pamiętam szczególnie dobrze. Młody Guevara, w ogniu walki ma sekundę na to, żeby zdecydować, co zabiera ze sobą: torbę z przyrządami lekarskimi, czy skrzynkę z amunicją. Ponoć to był moment, kiedy określił, kim jest „BARDZIEJ”: lekarzem, czy rewolucjonistą.

Zawsze patrzę sobie na ręce po dokonaniu podobnych wyborów, bo wierzę, że mówią prawdę.

Btw, wybrał skrzynkę z amunicją.

9. Miasto śniących książek -Walter Moers

Kontynuując wątek „Cierpienia młodego pisarza”. Przeczytałam tę książkę, kiedy miałam kryzys na zasadzie „a jeśli nigdy mi się nie uda” tudzież „a jeśli wcale nie umiem pisać” jak również „to całe moje pisanie jest bez sensu”.

Fleszbek. Mam siedemnaście lat i poznaję Pana Pisarza, z którym rozmawiamy o „rzemiośle”. Na głos zastanawiam się, czy przypadkiem nie wmówiłam sobie tego pisania, czy tym pisarzem, to trochę samozwańczo nie zostałam, czy sobie sama korony na łepek nie założyłam. A on mi zadał jedno pytanie. Na które odpowiedziałam twierdząco. „A więc jesteś pisarką” – rzekł on.

Pytanie zachowam dla siebie.

Ale napiszę tyle, że kiedy czytałam „Miasto śniących…”, w szczególności fragmenty o Ormie, to wszystko we mnie grało ze wzruszenia i wdzięczności, że to znam, że wiem, jak to jest.

P.S. Nie, Orm to nie Wena. Wena do pisania nie jest do niczego potrzebna. W zasadzie tylko przeszkadza.

P.S. 2. „Miasto śniących…” jest dla mnie jedną z trzech najważniejszych książek w życiu. Mimo to, nie mam jej na półce. Mam za to dwa inne dzieła wpółanonimowego Pana Moersa.

10. „Twierdza Beaufort”  – Ron Leshem

Fascynują mnie żołnierze.

Cahal – najprzystojniejsza armia na świecie. Gdyby stali przodem, system by się wam zawiesił od nadmiaru przeżyć estetycznych.

Zainteresowanie to wykracza daleko poza słabość do munduru (przy ogólnej niechęci względem idei zabijania innych ludzi). Obserwuję ich, zbieram opowieści i dużo z nimi rozmawiam. (Na szczęście, potrafię wytłumaczyć dlaczego)

Nie mogę napisać, że wszystko zaczęło się od tej książki, bo postaci wojowników ciekawiły (i imponowały) mi od zawsze. Ale to Leshem odważył się zajrzeć tym chłopakom do głów i zmusił mnie do zadania kilku pytań na temat żołnierskiego umysłu, na które do dzisiaj szukam odpowiedzi.

11. „13 wojen i jedna” – Krzysztof Miller

Wojna mnie ciekawi. Bo „fascynuje” to nieodpowiednie słowo w jej kontekście, choć gdybym go użyła, wyszłoby fajne powtórzenie.

Chciałabym wyjaśnić wam, co mnie do niej ciągnie, dlaczego w Hebronie noce spędzałam siedząc na dachu i wsłuchując się w demonstracje, krzyki i wybuchy granatów. Nie wiem. Choć mam teorię na ten temat. Ja się po prostu bałam, że kiedyś ją zobaczę.

Taka myśl mnie naszła sześć lat temu, kiedy obejrzałam po raz pierwszy „Walc z Bashirem”. Później oglądałam co raz więcej filmów wojennych, czytałam co raz więcej reportaży, aż w końcu, niedawno trafiłam na książkę, której udało się wpłynąć na mnie tak, że uwierzyłam, że w końcu (?) ją zobaczyłam.

12. Księga Wyjścia – Szef Wszechmogący

Można by było cisnąc całą Bibilię ogółem, albo najlepiej w ogóle całe Qumran, żeby się nie rozdrabniać („Reguła Wojny”, mmmm… cud tudzież miód). Ale nie o to chodzi, żeby zrobić z tego jakiś manifest wiary, w twarz całemu internetowi. Nie.

W zasadzie moje życie zmieniła Księga Ozeasza, później Mądrości, ale szczegóły byłoby mi bardzo ciężko wyjaśnić. Natomiast Księga Wyjścia aktualnie jest dla mnie chyba najbardziej inspirująca. Otóż jest sobie gość, który wychował się w szampanie i blichtrze, później zostaje mordercą, a następnie pastuchem, w dodatku się jąka. I takiego oto Mosze – marudę Bóg wysyła na misję tak niemożliwą, że nawet Ethan Hunt by się jej nie tknął.

Generalnie urzeka mnie to, że Bóg w Biblii często wybiera sobie chudych, średnio ogarniętych, narwanych tudzież najmłodszych. Takich Peterów Parkerów tudzież Steve’ów Rogersów.

Czego i wam życzę.

Książka na mentalny jet lag

Mój problem polega na tym, że wcale nie wróciłam.

Kiedy wyjeżdżam zawsze mam przy sobie odtwarzacz z moim kawałkiem muzyki, ale tak naprawdę rzadko go słucham. Nawet, jeśli mam założone słuchawki na uszy (świetny sposób na to, żeby w TLV móc nadal podsłuchiwać miasto i spokojnie przechodzić jego ulicami bez odpowiadania tysiąc razy na pytanie „skąd jesteś?”, które podszyte jest nadzieją na romans z turystką z Ejropy). Za to staram się zawsze jakąś muzykę  przywieźć sobie na pamiątkę. Tym razem mój Izraelski Przyjaciel podzielił się ze mną Panem Avishaiem Cohenem. Jazzmanem. Proszę bardzo, oto dowód: powyższa piosenka w wersji podstawowej.

Muzyka i spotkania z miejscowymi to dla mnie najcenniejsze pamiątki, jakie mogę sobie przywieźć z podróży. Nawet nie widoki wyryte w pamięci, czy zdjęcia. Chyba rzadko potrzebuję turystyki: zwiedzania kościołów, wypisywania pocztówek, odpoczynku na plaży i robienia sobie zdjęć „na tle”. Z resztą tego ostatniego nie uskuteczniam wcale. Często śni mi się pustynia, rozmowy przy mocnej herbacie z miętą i łazęga. Taka, o jakiej pisze Raja Shehadeh w „Palestyńskich wędrówkach”, którymi leczyłam swój mentalny jet lag po powrocie.

Nie da się zrozumieć (ani tym bardziej osądzić – gdyby ktoś miał tak irracjonalne ambicje) tego skrawka Palestyny, na którym w 1948 roku powstało Państwo Izrael, po przeczytaniu najgrubszej nawet książki, najdokładniejszego przewodnika (którymi raczej gardzę), po zaczytaniu wszystkich możliwych reportaży. Jest to zjawisko tak złożone, osobiste, wrażliwe i zapalne, a logika tego miejsca jest dla „zachodniej” mentalności tak orientalna, że chyba należy przyznać rację Panu Smoleńskiemu – że jesteśmy w stanie tylko rozmawiać z konkretnymi ludźmi i opowiadać ich historie. Indywidualnie polerować każdy kamyczek tej mozaiki, nie ważąc się na jakieś uogólnienia. A przynajmniej ja na chwilę obecną nie jestem na to gotowa.

Mentalny jet lag zapija się koszerną kawą z kardamonem.

Zanim Raja Shehadeh porozmawiał z Pawłem Smoleńskim (obacz: „Oczy zasypane piaskiem”), sam opisał swoją historię na tle tej większej, o której czytamy w podręcznikach. „Palestyńskie wędrówki” to pierwsza książka tego autora, która wpadła mi pod oko, za to w idealnym czasie. Kiedy ciałem i główką musiałam być w 100% w okołokinowej pracy, a serduszko z myślą, korzystając z chwili wolnego, często uciekały na szczyt Masady, stary szuk i dachy Jerozolimy. Zatem dobrze było mi chodzić sobie z Panem Shahadehem, oprowadził mnie tu i ówdzie, opowiedział jak parę Ważnych Spraw wygląda z jego perspektywy (palestyńskiego prawnika) i z wyrozumiałością dla mojego mentalnego jet laga ugościł mnie u siebie. Dzięki jego wrażliwości na krajobraz i umiejętność jego opisywania łagodniej przeżyłam zderzenie z nawałem roboty, codzienności i zimnego deszczu.

Dwa tygodnie po powrocie spotkałam się z moją Przygodną Towarzyszką Podróży. Okazało się, że leczyła mentalny jet lag tą samą książką.

P.S. A Mark Twain, czego Shahadeh nie omieszkał mu wytknąć, pisał tak:

10296650_1476527432581879_1425851474_n

O ile z opisem Morza Martwego się zgodzę połowicznie (ostrość, kontrasty, jaskrawość, która zaskakuje człowieka tak, że pyta Boga, czy przypadkiem nie przesadził z retuszem koloru w tym miejscu) o tyle Jezioro Galilejskie, wzgórza, doliny widziałam zupełnie inne niż Pan Twain.

Niespokojni / „Yekeleni” i „The Journey”

Najpierw czynimy klik:

Każdy z nas kiedyś kochał się w Hansie Zimmerze. Prawdopodobnie 50% ludzkości zaczynało słuchać muzyki filmowej właśnie od jego partytur (druga połowa od ścieżki dźwiękowej Hornera do „Titanica”). Jedni pokochali „Gladiatora”, drudzy „Black Hawk Dawn”, a starcy jeszcze „Rain Mana”. Ja sama, kiedy w gimnazjum i liceum miałam zwyczaj bunkrowania się w kinie Katovitzkim na cały dzień, po jakimś czasie już się przyzwyczaiłam, że jeśli podoba mi się w filmie muzyka, to na pewno napisał ją albo Oakenfold, albo Zimmer właśnie.

A dobrze pamiętam, że wszystko zaczęło się od „Teras of the Sun”, w którym Bruce Willis dla odmiany nie ratuje świata, tylko skromny kawałek Afryki. Dzisiaj wiem, że nie jest to najlepszy film wojenny w historii kinematografii (ale prawdopodobnie od niego zaczęła się moja niezdrowa fascynacja tym gatunkiem). Wiem też, że nie jest to najwybitniejsza ścieżka dźwiękowa tego kompozytora i pewnie gdybym wcześniej usłyszała „Black Hawk Dawn”, to właśnie o tej partyturze bym teraz pisała. Ale czasami wszystko zależy od przypadku.

I, przede wszystkim, od pierwszego wrażenia.

Widzicie, w przedziale wiekowym 14-18 wydawało mi się, że jestem domatorem, którego środowiskiem naturalnym jest przestrzeń międzygłośnikowa, a najlepiej rozwijam się w warunkach inkubatoryjnych: pod kocykiem i z książeczką w łapce. Tylko serduszko mi niespokojnie drgało co jakiś czas: pierwszy raz, kiedy wlazłam na Smerek i kolejny, kiedy słuchałam sobie właśnie ścieżki dźwiękowej do „Tears of the Sun”. Konkretnie „Yekeleni Part 1 / Nigeria Crisis” i „The Journey / Kopano Part 3” (powyżej), w której słyszmy delikatne, Zimmerowe smyczki, mocne, afrykańskie bębny, gitarę Heitora Pereiry i głos pana Lebo M (tudzież pani Lisy Gerrard, Zimmer się bez niej nigdzie nie rusza). Człowiek zamyka wtedy oczy i wyobraża sobie, że wstaje i wychodzi. Na nogach by do tej Afryki doszedł.

W tej sentymentalne historii musi brać też udział książka, a jakże. Na osiemnastkę dostałam „Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej od mojej siostry, a później już poleciało. To był rok, w którym nadrobiłam (niezwykle wtedy modną z resztą) lekką literaturę podróżniczą, a jak mi zabrakło Cejrowskiego i Pawlikowskiej to się przerzuciłam na reportaże. Generalnie nie było już co ukrywać, że siedzi we mnie jakiś obrzydliwy, narwany włóczykij powsinoga, bo naprawdę trudno ukryć spazmatyczny szloch i zawodzenie, że „Ja chcę tam jechać”. Jeśli interesują was happy endy, to trzeba napisać, że Gandalfowi trochę to zajęło, ale w końcu stawił się w mojej norce (bez krasnoludów) i wysłał mnie na przygodę.

Czasami przed wyjazdem czytam sobie kompendium wiedzy o podróżowaniu autorstwa naszego, polskiego Indiany Dżołnsa – Jacka Pałkiewicza. Kupiłam je w zamierzchłych czasach na jakimś spotkaniu autorskim, na które poszłam po przeczytaniu dwóch jego książek, po których jawił mi się jako człowiek-głaz, który spokojnie mógłby się zmierzyć z Marvelowskim The Thing. Wiecie, jeden z tych bohaterów, który w amerykańskich filmach nie odzywa się zbyt często, zapatrzony jest dal, a wokół niego unosi się ta aura „widziałem już w życiu wszystko”.

Cóż. Nigdy nie oceniaj autora po jego książce. Ani przez pryzmat stereotypów utrwalanych przez kinematografię.

„Sztuka podróżowania” to czysta teoria na temat podróżowania w każdych warunkach z anegdotami. Głównie dla tych, którzy wyjeżdżają gdzieś w najbliższym czasie i potrzebują informacji o konkretnym miejscu. Pałkiewicz pisze zarówno o survivalu, jak i o turystyce, o dżungli i o pustyni, o przygotowaniach do podróży i o samoobronie. Przede wszystkim jednak o tym, jak się zachować, kiedy jesteśmy gościnnie w jakimś kraju. Bo myślę, że właśnie tego nam wszystkim bardzo brakuje – wiedzy o „innych” i szacunku dla „innego”. Zarówno człowieka, kultury, jak i środowiska (często nam nieprzyjaznego).

No. A teraz wstaję i wychodzę.

Z cyklu „Jak czytać, żeby przeczytać?”: 100/XX Antologia polskiego reportażu dwudziestego wieku, cz.1

To ważna książka. Wszyscy to wiemy.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że przeczytanie tego tomiszcza może stanowić pewien problem. Ba! Co tam czytanie! Już przyniesienie go do domu to zaawansowana logistycznie wyprawa. Pomyślałam, że warto stworzyć platformę wymiany doświadczeń. Dla potomnych. Dla przyszłych nabywców i czytelników. Co by żyło się łatwiej i, przede wszystkim, żeby się czytało. A nie tylko zakupiło i postawiło na półce obok trzydziestotomowej encyklopedii w neutralnym kolorze grafitu.

A więc.

Zebranie funduszy

159 złotych to, jak wiadomo, 548 kajzerek albo pierwsze cztery części sagi o Harrym Potterze w twardych okładkach. Piechotą nie chodzą. Kiedy jest się studentem, trudno sobie taką kwotę nawet wyobrazić (jak każda kwotą powyżej czternastu złotych dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy). Proponuję zatem przetrząsnąć wszystkie torebki, stare portfele i zimowe płaszcze, a w porywie desperacji – konta w programach lojalnościowych. Ja swoje szczęście odnalazłam na karcie payback, gdzie znajdowały się niewykorzystane punkty z czterech lat, które zbierałam bez fanatyzmu.

Ale zbierałam.

O, jak dobrze, że zbierałam.

Zamówienie

Pani sklepowa: (rzuca zamówienie na ladę) Uouch!… Co to jest, że takie ciężkie?

Moja skromna osoba: Miłość życia. Nie mają państwo mini-taczek jakichś na sklepie?

Pani sklepowa: Nie.

Moja skromna osoba: …a tragarzy do wynajęcia?

Pani sklepowa: Nie. Ale współczuję. Mamy czekoladki Lindt w promocji.

To ponad trzy kilo żywej wagi, więc jeśli jesteście samotna kobietą pełną goryczy do XXI wieku, w którym nikt nie chce wam drzwi otworzyć, nie mówiąc już o złożeniu spontanicznej propozycji poniesienia ciężkich pakunków, to „Antologia” tylko z dostawą do domu.

[!] Swoją drogą nie o takie równouprawnienie walczyłam.

W zasadzie nigdy nie walczyłam o równouprawnienie.

A, i jeśli już upieracie się przy swojej samowystarczalności, to chociaż zadbajcie o to, żeby wyprawa po „100/XX” była wyprawą TYLKO po „100/XX”. Nie „również po zakupy/ inne książki / złote runo”. Nie „przy okazji po uczelni, z której niosę również laptopa, podręczniki i kubek termiczny”. Nie. TYLKO po „100/XX”.

Uczcie się na moich błędach.

…i zrobić artystyczne zdjęcia instagramem, udając że rozumie się zabawę cieniami i półcieniami…

Lans i podjarka

Na Facebooku powstała grupa „Nie wrzuciłem Antologii Reportażu Szczygła na walla, choć to ważna książka”.

A przecież warto się posiadaniem tego tomiszcza pochwalić. Raz, bo jest drogie, a nas stać (ludzie nie muszą wiedzieć, że płaciliśmy walutą payback). Dwa, bo nasze podjaranie to zawsze jakiś dowód na obycie z literaturą ambitną. Trzy, niech zazdroszczą. A co. Chociażby tego, że udało nam się to przytachać do domu bez mini-taczki.

Ale ja się jaram. Jaram się tak bardzo, że z rozpędu, zaraz po wrzuceniu zdjęcia na twitta zaczęłam tomiszcze czytać. Zazdrośćcie. A co.

Czytanie

To dość gruba książeczka. Ale warto ją przeczytać, skoro już tyle za nią zapłaciliśmy. I naderwaliśmy tyle mięśni przy jej transporcie.

Słyszałam już różne rzeczy. Na Twitterze ktoś biadolił, że „Kiedy ja to przeczytam?”. A moja koleżanka baletnica (niezwykle zarobione dziewczę, ale z wielką miłością do reportażu w serduszku) powiedziała szczerze: „Ja wiem, że to kupię, ale nigdy tego nie przeczytam”. Wprost, ale z wielkim żalem i strachem, że faktycznie tak się może stać.

Ależ błagam was. Kto chce, ten przeczyta.

Tym bardziej, że to jest naprawdę świetna książka do czytania przy okazji, na boku, do podusi.

Ja obrałam system „Jeden reportaż dziennie”, aczkolwiek rzadko się z niego wywiązuję, bo jak czytam jeden, to zaraz chce mi się z rozpędu wciągnąć następny. A jak krótki, to i trzeci. Więcej na raz chyba i tak bym nie dała rady, bo to jednak coś, nad czym trzeba się pochylić i zaangażować nie tylko oko, ucho, móżdżek, ale też siły i cała naszą wrażliwość.

I tak oto, bez większego wysiłku, jestem już w połowie pierwszego tomu.

Bo czytam w kolejności.

Gdyby jednak ktoś wolał czytać na wyrywki (też można, czemu nie), potrzebował wskazówek i z jakiegoś powodu uznał, że jestem odpowiednią osobą do owych udzielania, przyda mu się dalsza część notki.

~ * ~

Pomyślałam sobie, że trudno napisać jest coś o reportażach zawartych w „100/XX”, bo Pan redaktor Szczygieł zrobił to lepiej (łatwo jest napisać o nich zbiorczo, a słowem-wytrychem w tym wypadku jest „monumentalna”). Zamieszczam jednak listę tych tekstów z pierwszej połowy pierwszego tomu, które poruszyły mnie najbardziej. Razem z komentarzami – tymi głupiutkimi i tymi mądrzejszymi.

Ciąg dalszy nastąpi.

~ * ~

Janusz Korczak

Znałam Korczaka głównie z jego tekstów na temat dzieci (czytanych po hebrajsku z resztą). To on. Ta sama wrażliwość i empatia dla ludzi, których nikomu nie chciało się zrozumieć.

Wacław Sieroszewski

„Kartka z podróży” tak sugestywnie napisana, że w pokoju rozpętała mi się burza śnieżna (połowa marca). TAKIE opisy czynić. Marzenie każdego grafomana.

Władysław Stanisław Reymont

„Uciekł do Niemiec z przygodnie poznanym spirytystą” – może bym jednak przeczytała jakąś jego powieść?

Juliusz Kanen-Bandrowski

Jeden z moich ulubionych reportaży z tego zbioru. Felek, wannabe-żołnierz, gimbaza wzruszająca. Aż mi się przypomniało opowiadanie Piekary ze zbioru „Księga wojny”, o którym już pisałam: „Artur Potter Lwie Serce”.

Stefan Bryła

Bardzo aktualny reportaż. Jedziemy zagranico i dziwimy się temu, co tam znajdziemy. Choć wydaje mi się, że częściej dziwujemy sie temu, co znajdziemy w swojej własnej ojczyźnie. I często dajemy temu wyraz na kwejku.

Tadeusz Staniewski

Superciekawy reportaż historyczny o strajku dzieci we Wrześni. Przynajmniej dla mnie, historyka.

Józef Moszyński

Motto Skalskiego we wstępie: „Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. I ja się z tym zgadzam.

Jan Parandowski

Który pojechał do Grecji dopiero po napisaniu swoich „Mitologii”. Czytałam z wielkim zrozumieniem i empatią, bo sama w podobnych okolicznościach pojechałam po raz pierwszy do Izraela – po latach wyczekiwania, tęsknoty i zaczytywania jej kolejnymi książkami.

Zofia Nałkowska

Z wstępu: „po przeczytaniu pointy czytelnik powinien być już trochę innym człowiekiem”. Plus, muszę przyznać, że opis spotkania Pani Liskiej i porucznika Oniewieckiego zmiękczył mi nogi jak prawdziwej babie.

Ewa Szelburg-Zarembina

Zawsze myślałam, że wsparcie lajkowe i wklejanie w opisy emotkowych zniczy to problem naszych czasów. Okazuje się jednak, że wirtualne zaangażowanie połowiczne istniało już wcześniej. Ostatnie linijki reportażu – bardzo mocne.

Myjcie owoce. Myjcie.

Zbigniew Uniłowski

Już na drugiej stronie tego reportażu byłam nieszczęśliwie zakochana w autorze. I zazdrościłam mu. Sytuacji, w której się znalazł, pióra, percepcji, reakcji. Po przeczytaniu całości zmieniło się tylko tyle, że pozazdrościłam mu jeszcze pointy.

Nie wiem, czy to moja słabość do munduru się tutaj odzywa, czy słabość do przezdolnych ludzi pióra. Ukochałam bardzo i idę wygrzebać spod ziemi inne dzieła Uniłowskiego.

Konrad Wrzos

Tego nie można pominąć. Po pierwsze: dla historii z obradami Rady Ministrów. Po drugie: dla mocnego wstępu. Po trzecie: dla samego reportażu – bo jak się już wstęp przeczyta, to i tekst należy. A później idziemy do kąta i robimy rewizję zachowań własnych.

W dodatku to reportaż o moim rodzinnym Zawierciu (którego „serce bić nie przestało” chyba tylko z uporu i przewrotności), które nadal nazywane jest „zagłębiem bezrobocia”. Tylko Argentyna jest już inna. Wieżowce zdążyły tam wyrosnąć. W jednym z nich kiedyś mieszkałam.

Antoni Słonimski

Znać Słonimskiego. Pisać recenzje jak Słonimski. Szczególnie to drugie.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, co do iluminacyjnego charakteru tej książki… Czy wersje na czytniki mają podobne bonusy?

Pocztówki ze Śródziemia (z podziękowaniami dla Eda Sheerana)

Fale widzów zalewają kina, a obsługa zasypywana jest pudełkami po popcornie zostawianym przez tłumy. Tak. Kolejna część „Hobbita” na ekranach.

Jako Tolkienowa konserwa z jednej strony mam marudne nastawienie do niektórych elementów, które pokazał nam Jackson w tym filmie, z drugiej zaś jestem w stanie skupić się na pozytywach. Przegiął z wątkiem romantycznym? Owszem, ale za to wygrzebał skądś Pace’a, który chyba jako jedyny aktor skumał, o co Tolkienowi chodziło z tymi całymi Elfami.

O! Ten moment! Ten!
O! Ten moment! Ten!

Tolkien chyba już czeka na niego w zaświatach z nabitą fajką i podziękowaniami.

[!] Naprawdę, wszyscy Ci, którzy przyczynili się do utrwalenia w popkulturze wizerunku Elfa jako zniewieściałego chłopca z bonusami do magii albo skocznej maszyny do zabijania z dystansu powinni iść na karnego jeżyka. Na wieczność.

Równie marudne nastawienie mam do ścieżki dźwiękowej, czego pełny wyraz dałam TUTAJ. Mnóstwo powtórzonych motywów, mnóstwo kalek i wszytko to, co już słyszeliśmy (aczkolwiek momentami całkiem urodziwe, jak na przykład w urzekającym „Feast of Starlight”, które udowadnia, że Shore nadal potrafi robić cuda z obojami i rożkami angielskimi). Marudzenia jednak powtarzać nie będę. Skupmy się na tym, co nie jest kalką z żadnej strony. Nie jest tak bardzo, że według niektórych w ogóle nie pasuje do konwencji.

Skupmy się na Edzie Sheeranie.

Sheeranie, który napisał „I See Fire” w kilka godzin. Sheeranie, który sam sobie nagrał chórki i zagrał na wszystkim, wyłączając wiolonczelę, włączając skrzypce, na których grać nie umiał. Ale potrzebował sobie zagrać, więc się dokształcił szybciutko („It’s similar to a guitar, I guess.” – powiedział w jednym z wywiadów). Sheeranie, który tekstem odwołał się do dzieła, ale tak osobiście, intymnie i indywidualnie, że trudno dopatrywać się w tym utworze choćby śladu legendarnej pieśni (jak to było w „Song of the Lonely Mountain” Neila Finna). Sheeranie, który nie potrzebował pełnej orkiestry, żeby słuchaczy po prostu, najzwyczajniej w świecie dotknąć. A warto dodać, że on pierwszy ze wszystkich artystów nagrywających piosenki promujące do tolkienowej sagi Jacksona się na to odważył. Bardzo dobrze, że ta piosenka powstała.

Generalnie gdyby ktoś mnie zesłał na dożywotnią banicję na pustynię Gobi i pozwolił zabrać ze sobą tylko trzy książki, to jedną z nich na pewno byłby „Silmarillion” Tolkiena.

Uważam i często to powtarzam, że Tolkien zaczyna się po „Władcy Pierścieni” i właśnie na tych ciężkich do przebycia rubieżach należy szukać sedna jego geniuszu. Rozumiem jednak, że łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. Z reguły człowiek żywi (niezrozumiałą dla mnie, historyka) awersję do podręczników, kronik, mitologii oraz legend. Wiem, że nie każdy potrafi przebrnąć przez tak gęste tomiszcza, nie mówiąc już o czerpaniu z tego przyjemności. „Silmarillion” czytałam po pierwszym roku studiów i może właśnie dlatego, że miałam jeszcze świeże rany po walce z sesją, zatopiłam się w to tomiszczę z  zachwytem i skupieniem. Toć to nic innego, jak podręcznik od historii mojego kochanego Śródziemia. Do tego doszedł jeszcze podziw gryzipiórka dla Pisarza.

Cudownie było zajrzeć Mistrzowi do głowy dzięki „Listom”. Z rozbawieniem porównać moje nawyki z jego procesem twórczym. Zagłębić się w pełne pasji wyjaśnienia dotyczące najdrobniejszych szczegółów uniwersum i jego niezwykłą korespondencję z C.S. Lewisem.  Poczytać marudne uwagi skierowane do wydawcy, złośliwe do filmowców i serdeczne do czytelników. A także takie, radosne, krótkie notki:

79134578752911e3b11312f22a685db9_8

Rozczuliłam i uśmiałam się nad tym tomiszczem nie raz. Tolkiena chyba do końca życia traktować będę z wielkim sentymentem. Bo Śródziemie zawsze przedkładałam ponad Narnię, a nawet ponad Hogwart.

[Scena Po Napisach:] Aha. Ed Sheeran niegdyś pisał piosenki dla One Direction.

Termin spożycia Hemingwaya

Pomyślałam sobie, że przeczytam coś z listy „The Big Read” BBC, czyli dwustu książek wszechczasów absolutnych. Nie to, że chcę je wszystkie przeczytać przed śmiercią, żeby mieć czym szpanować w zaświatach (albo w internetach). Po prostu uważam, że od czasu do czasu trzeba wychynąć z tego XXI wieku i sięgnąć po klasyków, dziadów, pradziadów, żeby sprawdzić, czy faktycznie byli tacy lepsi od współczesnych.

Często człowiek ma niespodziankę. Na przykład, że taka „Katedra Marii Panny w Paryżu” kończy się kapkę inaczej niż „Dzwonnik z Notre Dame” w wersji Dysney’a. No, i nie jest taką super-poważną literaturą, jak twierdzą nasze polonistki. Nigdy w życiu, przy żadnej innej książce nie plasnęłam się w czoło tak bardzo, jak wtedy, kiedy przeczytałam, że mój ulubiony Gringoire, „le prince des rues de Paris” głębokim uczuciem obdarzył Dżali. Jak wszyscy dobrze pamiętamy, Dżali była kozą.

Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie chwycenie za Hemingwaya. Może na fali przyzwyczajenia, wszak ostatnio przeczytałam mnóstwo książek o wojnie. Nie wiem dlaczego, ale utrwaliło mi się w głowie, że Hemingwaya trzeba koniecznie zacząć od „Komu bije dzwon”. Wylosowałam sobie w bibliotece najmniej rozwalony egzemplarz i jeździłam z nim komunikacją miejską w tę i nazad. Malita, która czyta, wyniuchawszy Ernesta w moim posiadaniu opowiedziała mi poruszającą historię. Otóż jej Pani Matka czytała „Komu bije dzwon” w latach wczesnej młodości i książka ta odbiła się w jej pamięci jako dzieło zachwycające, któremu nie brak niczego. Natomiast kiedy wróciła do niej po latach stwierdziła, że „trudno się to czyta”.

Panikuję.

Czy będę mieć tak samo np. z „Wojną polsko-ruską” Masłowskiej? Z „Władcą Much”? Z ukochanym Hellerem? (Bo nie wierzę, że z Orwellem i Tolkienem mogą się dziać takie rzeczy). Bo skoro TEN Hemingway potrafił się komuś lekko przeterminować, to co z takim Philipem Dickiem? Osobiście, na ten moment mam tak z Kingiem. Kiedyś potrafiłam żywić się nim tygodniami, ostatnio zmęczył mnie nawet „Roland”, który jest częścią ponoć wielkiego opus kingum w postaci „Mrocznej wieży”. Zmęczył mnie nawet serial na podstawie „Pod kopułą”. Czy to się nazywa „wyrastanie z autora”? Czy idzie to jeszcze dalej i wzrastający poziom „oczytania” równa się większe  zmęczenie czytelnicze? Czy da się to porównać do stopniowego głuchnięcia? A może książki po prostu mają swój niewidzialny przedział wiekowy (bo że niektóre trzeba przeczytać w odpowiednim momencie życia, już wiem)?

Panikuję po dwakroć.

Zanim jednak po raz drugi przeczytam dzieła, które przylgnęły mi do serduszka i sprawdzę, czy z nich wyrosłam (relacja wkrótce) – pozostaje rozpisać się w kwestii, kim jest dla mnie Ernest Hemingway. Póki co wychodzi na to, że Pat w „„Silver Linings Playbook”” wcale nie hiperbolizował w swojej reakcji na to, jak autor zakończył „Pożegnanie z bronią”:

W przypadku „Komu bije dzwon” zakończenie jest w porządku, ale może w porównaniu z tym, co musiałam przeżyć z tą książką zanim dobrnęłam do ostatniej strony. Albowiem towarzystwo miałam niesamowicie irytujące.

Robert Jordan trafił do wąskiego grona bohaterów płci męskiej, których już po wymianie grzeczności spoliczkowałabym, żeby się ogarnął (grono damskie jest o wiele mniej wąskie). Sprawa jest poważna, bo do tej pory był w tej grupie tylko doktor Judym [babskie marudzenie] „Joasiu, kocham cię tak bardzo, że muszę cię zostawić, bo trzeba mi chorej ludzkości się poświęcić”. Bardzo podobne do: „Mario, króliczku, kocham cię tak bardzo, ale nie zabiorę cię ze sobą z tej hiszpańskiej dziury z powodów tajemniczych i niewyjaśnionych”. Rozdarte sosny, pyhi. Krwi mi tylko napsuli, łajdaki jedne. [/babskie marudzenie]

217807096_1024
To serduszko <3

Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę lubię, kiedy autor psuje mi moje RH-. Pod warunkiem, że nie robi tego nieudolnymi próbami zrobienia ze mnie idioty (np. za pomocą naciąganej fabuły, albo dialogów, które nie miałyby prawa zaistnieć, kropka, NIGDY). Dobrze, kiedy psuje rękami swoich bohaterów, których charakteru i podejścia do życia znieść nie mogę. W których najbardziej frustruje mnie to, że nigdy nie będę miała szansy na nich nawrzeszczeć. Bo świadczy to tylko o ich wyrazistości. A Hemingway popsuł mi krew tak, jak lubię.

Zatem „klasykę literatury wojennej” skończyłam czytać szczęśliwa, w Wielkim Fochu Nie Wiadomo na Co. „Dobrze, że chociaż Pilar miała tam kapkę rozsądku” – mruknęłam pod nosem zamykając książkę w autobusie linii 101, moi współpasażerowie zignorowali radośnie ten komentarz…

…a później, kiedy chciałam odhaczyć kolejną pozycję na liście BBC, okazało się, że „Komu bije dzwon” wcale na niej nie ma.