Dzienniki bateryjki*

  • SŁOWA: RAINBOW ROWELL, „ELEONORA I PARK”
  • MUZYKA: P.O.D. „PAYABLE ON DEATH”

– Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna… Wszystko dzieje się w latach 80. Główna bohaterka chodzi do liceum. Jest ruda, gruba i ubiera się w losowe ciuchy…

– O! To ja z gimnazjum!

Tak sobie rozmawiałyśmy miesiąc temu z Moniką Frankiewicz w siedzibie Wydawnictwa Otwarte (mają cudowny taras) o „Eleonorze i Parku”, których uczucie wyraża się nie tylko poprzez dzielenie jednego walkmana. Książkę od razu wgrano mi na Kundelka i zaczęłam swoją podróż sentymentalną w przeszłość.

Wróciłam aż do rzeczonego gimnazjum, przez które starałam się przebrnąć na początku aktualnego tysiąclecia. Owszem, byłam gruba, rudość na głowie miałam z tubki, a mój styl ubierania (wzorowany na tym, jak się nosili czołowi dziennikarze muzyczni tego kraju) był szeroko komentowany na korytarzach szkolnych przez ładne dziewczyny z kółka tanecznego. Oczywiście, zamiast się nimi przejmować zajmowałam się oglądaniem offowego kina amerykańskiego i czytaniem Orwella w niezachwianym przeświadczeniu, że czyni mnie to lepszą od nich (później przeświadczenie się zachwiało i padło na pyszczek).

Klisza, prawda?

Absolutną podstawą mojego życia były dwie rzeczy. Po pierwsze, muzyka. „Eleonora i Park” wydali mi się tym bardziej sentymentalni, że w gimnazjum nie miałam discmana. Nie mówiąc już o tej pożądanej nowince technicznej, jaką były odtwarzacze mp3 (creative zen na przykład).

 łokmen

Na discmana nie było mnie stać; albo inaczej: jeśli już miałam jakąś kasę, to wolałam ją wydawać na nowe płyty/ kasety. Za to miałam świetnego walkmana. I genialne, stare kolumny wielkości stołka barowego. Działają jeszcze. Dzisiaj już takich nie robią. Spędzałam mnóstwo czasu leżąc na podłodze z głową między nimi, rozkładając „Chateau” Roba Dougana na czynniki pierwsze („I obój!”*).

Drugą rzeczą było pisanie. Opowiadań, powieści, recenzji, wszystko „do folderu”. Pisałam też bloga. I dziennik. Postanowiłam, że nigdy tych nastu zeszytów nie spalę. I nie spaliłam.

„…I zostanę recenzentką muzyczną. To jedyne, na czym się znam, a pisanie, to jedyne co potrafię.

– to ja, lat 14. Proszę się nie śmiać. Zamiłowanie do egzaltacji zostało mi do dzisiaj.

Bardzo dużo piszę w nich o muzyce. Na przykład jest taki fragment, w którym starałam się przewidzieć, co się stanie z artystami, którzy wtedy byli na topie (pomyliłam się w przypadku Craiga Davida, niestety). Albo taki, naskrobany przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz w góry (do dzisiaj mam tak, że kiedy szlajam się po górach, nie słucham muzyki – no, chyba że tej, co wiecznie gra mi w głowie).

„Po co próbuję się nasłuchać P.O.D., skoro to niemożliwe?”

Pisałam o koncertach, na które chciałabym iść (kilka marzeń się spełniło) i o płytach, które nagminnie pożyczałam od znajomych. Poza tym, był to też czas, kiedy odkryłam muzykę filmową, głównie za sprawą „Matriksa” (który mnie wychował) i Roba Dougana (który jest odpowiedzialny za moją słabość do muzyki instrumentalnej mieszanej z elektroniką i australijskiego akcentu).

„Płyty przyszły. „Fundamental elements of Southtown” P.O.D. i muzyka z „Matrix: Reloaded”. (…) Znalazłam tam prawdziwy damencik, który odstaje od całości: Dave Matthews Band, „When the world ends”. Wokalista rewelacyjnie stopniuje emocje. Poza tym doszłam do wniosku, że Rob Dougan to geniusz.”

(Bo faktycznie tak jest. Aczkolwiek nie mogę odnaleźć moich zapisków z pierwszego przesłuchania „Furious angels”, jego pierwszej i jedynej solowej płyty. Znam jej każdą nutkę. Mogłabym ją wyśpiewać na jakimś karaoke bez tekstu pomocniczego.)

„Zmówiłam płytę OXY.GEN. W sklepie muzycznym zapytali mnie, czy to jakiś polski zespół. Ręce mi opadły…”

(Bardzo się cieszę, że ją kupiłam wtedy, bo dzisiaj jest praktycznie nie do dostania…)

„Kazik Staszewski i Tom Waits. Już mi się podoba ta płyta, a jestem dopiero przy trzeciej piosence.”

(Kazik zapoznał mnie z Tomem.)

I takie tam, takie tam… Dlatego podczas czytania „Eleonory i Parka” postanowiłam wybrać którąś z płyt zarzynanych przeze mnie w gimnazjum własnie. Padło na P.O.D. Musiało paść na P.O.D. I na „Payable on Death”. To pierwsza płyta, którą zakupiłam w dniu premiery, tak bardzo na nią czekałam. I do dzisiaj mam ciary słuchając „Sleeping Awake”.

Oprócz muzyki w dziennikach dużo piszę też o Bogu i, oczywiście, pierwszych miłościach. Takich na spojrzenia, dotykanie dłoni mimochodem i wmawianie sobie, że ktoś to uczucie odwzajemnia. Rainbow Rowell bardzo pięknie oddała tę subtelność i słodkość, która rządziła tamtymi zauroczeniami. Wypada bardzo realistycznie w porównaniu z treścią moich dzienników popełnianą w latach nastoletnich. Może dlatego, że kiedy odwinęłam skrzydełko „Eleonory i Parka”, żeby zobaczyć zdjęcie pisarki, mrugnęła do mnie Eleonora? Monika F. i Bartek W. z Otwartego też uważają, że to nie przypadek. Mamy teorię, że autorka chwyciła swoje dzienniki z „dawnych czasów”, poprawiła lekko składnię i wypuściła jako powieść.

Powieść nie tylko uroczą, ale i mądrą. Przez pół książki myślałam, że chodzi w niej tylko o to: pokazanie, jak rozwija się uczucie pomiędzy dwójką nastolatków w sposób bliższy prawdy niż „spojrzała na jego umięśniony tors i nagle zapragnęła się do niego przytulić, ale nie miała czasu, bo akurat atakowała ich chmara wrogich im istot nadnaturalnych (poza tym ich miłość była zakazana, no i musiała się jeszcze zdecydować, czy nie chce się przytulić do równie umięśnionego najlepszego przyjaciela, który również pojawia się w jej snach)”. Nawet gdyby Rainbow poprzestała na prostej opowieści i prostym uczuciu, jej empatia w przelaniu rzeczonego na papier by mi wystarczyła. Ale „Eleonora i Park” to nie laska lukrecji. I to też było w tej opowieści piękne.

Na szczęście z sytuacją Eleonory nie każdy się będzie utożsamiał dosłownie, ale wydaje mi się, że „Eleonora i Park” i tak jest książką biograficzną, na swój sposób. Dla każdego z nas. Nie tylko dla tych, którzy swoją „młodość” spędzali w towarzystwie walkmana, ale i dla tych, którzy polecają sobie rzeczy na spotifaju. Przynajmniej mam taka cichą nadzieję, że wy przeżywacie swoje gimnazjum tak samo jak przeżywałam ja. Właściwie to życzę wam, drogie pokolenie (która to już literka alfabetu?) tej uroczej subtelności w spojrzeniach i egzaltowanej dramy w przeżywaniu niespełnionej miłości (obyście nie mieli większych problemów). Bo to jest prawdziwe, szczere i realistyczne. Przede wszystkim jednak – dużo słowa i jeszcze więcej muzyki. Inspirującej. Takiej, która was ukształtuje i wychowa.

___________

*] Prywata. Tytuł zrozumie tylko anoriell. Której dedykuję wpis. Po mojej śmierci wszystkie moje dzienniki dziedziczysz Ty, zdania nie zmieniłam. I naprawdę nie chcę gryźć (choć piszesz naprawdę dziwne rzeczy o wojskowej propagandzie ;) ). There is no spoon. Still.

Streszczenie bohatera

Dzisiaj będzie o jednej piosence, którą poznajemy w pierwszych minutach historii i kilku rozdziałach, które ją kończą.

Ścieżka dźwiękowa do „Paranoi” nie zachwyciła mnie, więc kiedy usłyszałam, że Junkie XL komponuje do „Divergent” jakoś specjalnie nie wyczekiwałam. Za to ciekawił mnie udział Ellie Goulding w całym przedsięwzięciu. Tymczasem okazało się, że temat przewodni całego soundtracku, udał się bardziej niż dobrze. Inspirowany jest postacią głównej bohaterki i po raz pierwszy możemy usłyszeń go w utworze „Tris”.

Porównanie „Tris” do ognia, który szybko się spala, bo płonie dwa razy jaśniej, jest dość banalne, ale w tym wypadku po prostu pasuje.

Zaczyna się bardzo delikatnie, dziewczęco i niepewnie. Tak, że od razu na myśl przychodzi pierwsza scena z „Niezgodnej”, kiedy mama Tris rozczesuje jej włosy, a ta stara się, mimo ciekawości, nie patrzeć zbyt długo w lustro.

Po około dwóch minutach długiego intro wchodzi wokal Ellie Goulding (tak, tej od „Burn”, hitu zeszłorocznych wakacji, który już do końca życia będzie mi się kojarzył z wieczorami spędzonymi na praktykach w radiowej redakcji programowej; wtedy nawet nie podejrzewałam, że potrafi zaśpiewać tak, jak śpiewa na „Divergent”). Towarzysząca jej gitara elektryczna gra tak, jakby chciała dodać jej odwagi. Po chwili własnie tak się dzieje: „Tris” nabiera śmiałości, najpierw śpiewa pełnym głosem, a później biegnie, do rytmu z perkusjonaliami i kilkoma gitarami. W tym momencie odzywają się skoczne smyczki, tylko po to, żeby zarysować okoliczności: pełne słońca i przestrzeni. Na pierwszy plan wysuwają się dopiero w części następnej, kiedy „Tris” nieco się zmęczy i przystanie na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza.

Po tym następuje fragment, w którym słyszymy bardzo niepokojącą wokalizę, a skrzypce załamują swoją skoczną manierę, żeby przejąć nas długimi pociągnięciami smyczków. Outro jest bardzo długie. Mieszanka sennego wokalu i sekcja smyczkowa z sekundy na sekundę oddalają się co raz bardziej. Do samego końca zostaje z nami tylko pianino, które niesie echem temat przewodni.

Ciekawa jestem, czy Junkie XL znał już zakończenie „Wiernej”, kiedy komponował „Tris”. Bo utwór brzmi tak, jakby Veronica Roth wszystko mu wygadała.

Autorzy literatury młodzieżowej poczynają sobie co raz śmielej, trzeba przyznać. „Igrzyska śmierci” pozostawiły mnie w stanie apatii ogólnej, a „Wierna” zasmuciła mnie tak mocno, że jeszcze na drugi dzień czułam się, jakby ktoś oderwał mi lewą komorę serca. A dawno nie miałam takiego kaca post-książkowego. I pomyśleć, że to tylko (?) jakieś (??) youth adult.

W zasadzie nawet nie do końca umiem to wyjaśnić, bo w trzeciej części „Niezgodniej” Veronica nadal nie miała dobrych argumentów, które przekonałyby mnie do jej wizji świata. Ani do wątku romansowego. Ani do swojego stylu pisarskiego. Nawet jakoś specjalnie nie lubiłam bohaterów jej książki. Ale te ostatnie rozdziały pod względem czysto emocjonalnym rozegrała tak szczerze i przejmująco, że nie byłam w stanie się uspokoić przez następne 36 godzin.

Ale może to wszystko dlatego, że poznałam wcześniej „Tris” Junkie XL. Może dlatego, że utwór szumiał mi w uszach przez ostatnie 50 stron książki. I bardzo długo potem.

„Tris” to streszczenie całej Tris.

Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Malita, która czyta jest niezmiernie wyczulona na słowną egzaltację i banał.

Wiem, bo daję jej do czytania swoje teksty (wypełnione jednym i drugim), w których zakreśla ostrą fuksją fragmenty napompowane emocjonalnym uniesieniem tej części mojej duszy, która kiedyś mogłaby stawać w zawodach (Wannabe-)Poetów Cierpiących na Wletschmerz (kategoria: teen, styl: wolny i z namysłem). Wszystkim grafomanom życzę takiej Mality.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Malicie (i mnie też) można wcisnąć historię prostą, miłosną, a nawet tak bardzo jednowątkową, że wręcz ociera się o banał. Ot, wystarczy ją niebanalnie napisać. Co zazwyczaj jest największym problemem.

[Tymczasem w przeszłości:]

Obracam w rękach książeczkę niedużą, lichą wręcz. Okładka raczej nieciekawa, na niej włosko brzmiące nazwisko. Tytuł: „Złomiarz”. I że to niby autora „Nakręcanej dziewczyny”, której nigdy się nie przeczytało, ale nasłuchało się przy okazji o nowym nurcie „eko-fantastyki” (z jakiegoś powodu wszystko, co przywłaszcza sobie przedrostek „eko-” wywołuje u mnie podejrzliwość).

– Polubię? – pytam Mality, bom nieprzekonana.

– Zakochasz się! – mówi ona z pewnością, która entuzjazmem zabija wszystkie moje wątpliwości. No, powiedzmy, że wszystkie, bo do przeczytania tej książki zbierałam się prawie rok.

Paolo Bacigalupi, jak na syna hipisów przystało, służy eko-idei, którą promuje w swoich eko-fantastycznych książkach. Mamy więc apokalipsę, oczywiście eko-, bez głębszych wyjaśnień (które akurat nie wszystkim książkom są potrzebne), morza pokryte maślana ropą, slumsy nadmorskie i porzucone wraki statków, które biedni mieszkańcy wybrzeża obierają do szkieletu z wartościowych odpadków. Proszę się jednak nie przestraszyć, w swojej służbie eko-idei autor nie jest natarczywy i nie będzie pukał do naszych drzwi z pytaniem „Czy mamy czas porozmawiać o ekologii?” (i tu parę cytatów z objawienia ojca Greenpeaca). Nie, nie. To tylko tło.

Bardzo niekonwencjonalne, klimatyczne, dobrze opisane, pachnące ropą naftową i rdzą tło dla… powszechnie znanej historii  z gatunku tych romantycznych.

Oto żebrak ratuje księżniczkę w przypływie (irracjonalnego?) współczucia dla bliźniego. Przedkłada ją ponad (jej) bogactwo (które mógłby spokojnie zwinąć), ratuje z opresji (licząc na to, że rodzina wyrazi wdzięczność pieniędzmi) i w końcu zakochuje się (tak troszkę, bez niekontrolowanego wykrzykiwania jej imienia w sytuacjach o podwyższonym ryzyku). Jest tu nawet zły wujek (wujowie i stryjowie to czarne charaktery prawie każdej z bliskowschodnich baśni, jestem bardzo na ten motyw wyczulona), jeszcze gorszy ojciec i jeden wątek, bez jakiejś politycznej, skomplikowanej obudówki (do której przyzwyczaiła nas fantastyka).

Nie pisze tego, żeby zedrzeć autorowi maskę z twarzy i krzyknąć „Aha! Mam cię!”. Tak naprawdę chciałam mu maskę pochwalić, bo jest wartością samą w sobie. Paolo Bacigalupi wymalował ją tak ładnie i tak klimatycznie, że tylko pozazdrościć pióra i wyobraźni. W czasie czytania „Złomiarza” można się utopić. W ropie naftowej. Jej ostry zapach drażni nos, tak samo z resztą jak pity przez bohaterów alkohol, jedzenie na ich talerzach i patroszone przez nich ryby. Warto zaznaczyć, że książka jest książką zwyczajną, nie pachnącą, jak niektóre wydania dzieł Cejrowskiego.

Serio. Kreacja tego mikro-świata jest tak intensywna, że człowiek czyta „Złomiarza” i odkrywa, że fabuła to czysta historia miłosna dopiero jak się głębiej nad tym zastanowi („No, dobra. Miłość. Coś jeszcze? Polityka? Nie. Eko? Bardzo trochę. Komentarz do problemów społecznych? Śladowy. Coś innego? Nie bardzo…”). Jakby ktoś chciał napisać coś takiego na poważnie i uniknąć egzaltacji, klisz, dotykania opuszkami palców, to powinien zapisać się do Pana Bacigalupiego na kurs korespondencyjny.

To było tak kontrastowe uniwersum, że dopasowanie do niego muzyki, bez konieczności komponowania jej samemu, było wyzwaniem. Najpierw szukałam u Japończyków, żeby było bardzo s-f apokaliptycznie, ale brakowało w tym otwartego morza i wiatru. Jak znalazłam błękitne morze i fale, to brakło rdzy i żelastwa. Wtedy zaczęłam tropić soundtracki po dzieciach w s-f, ale (genialne!) wiolonczele wojenne w „Ender’s Game” to byłby przerost. Ale Ender przypomniał mi o innej ścieżce dźwiekowej Steve’a Jablonsky’ego, którą męczyłam w wieku gimnazjalnym (czytając „Travelera” o ile dobrze pamiętam).

„Island” nie jest dopasowaniem idealnym. W swoich „jasnych” momentach („My name is Lincoln„) jest zbyt przestrzenna, co nie do końca pasuje do mikro-świata „Złomiarza” (nawet jeśli rzecz się dzieje na otwartym morzu). Mamy tu jednak wystarczająco „industrialne” (jak dla mnie) „Starkweather” i „Mass Vehicular Carnage„, choć brakuje w nich rdzy. W tej muzyce słychać, że „Island” to głównie pomieszczenia sterylne, niczym oddział położniczy w szwajcarskim szpitalu. Na szczęście, trochę przestrzeni i smaru pojawia się w jednym utworze z tej ścieżki dźwiękowej – „Renovatio„. Kto oglądał film, ten nie będzie widział w tym nic dziwnego.

Niezgodna. Książka, w której stres zajada się muffinami

Dobra muffinka nigdy nie jest zła.

Z całej książki Veroniki Roth najbardziej podobał mi się film.

Czasami tak jest.

Warto chyba zacząć od Enuma Elisz tej historii, kiedy to kilka miesięcy temu z czystej ciekawości klikam na trailer „Divergent” i słyszę ciężką elektronikę wzbogaconą nerwowymi pociągnięciami smyczków. Position Music raczej tak nie miało. Pan Trammell ma jakiś mocno dubstepowy kryz… fazę.

Ach, właśnie. Intymny fakt z mojego życia: mam niesamowita słabość do muzyki z trailerów: chórów, pompatycznej orkiestry wyrzucającej z trampek i mocnych uderzeń dźwiękowych wbijających w kinowy fotel (wszystko zaczęło się od Mansellowskiego „Lux Aeterna” w wersji epickiej). Moją ulubioną zabawą w kinie jest „Jaki to katalog?”, podczas której odgaduję, która firma wyprodukowała dany utwór pobrzękujący w zapowiedzi przed filmem. Swojego czasu zmuszałam do współzawodnictwa znajomych, aż ci w końcu przestali chodzić ze mną do kina.

(…bo kogo obchodzą kompozytorzy muzyki do zapowiedzi kinowych, c’mon)

W trailerze do „Niezgodnej” słyszymy utwór „Supercollider”, który do ucha nie każdemu wejdzie. Z zasadzie trudno jest przy czymś takim oddychać, bo człowiek czuje się, jakby ktoś go cały czas kopał w mostek. Bo napompowana epickością orkiestra nikogo już nie dziwi i co raz rzadziej rusza. Dodajmy do niej uderzenia dźwiękowe o wadze ciężarówki. A co.

Nie wiem jak wy, ale ja zawsze byłam za mieszaniem czystej krwi z mugolską dlatego gitara elektryczna i orkiestra to dla mnie połączenie idealne. Z mezaliansem elektronika – orkiestra też nie mam problemów, tym bardziej, że wychowałam się na muzyce do Matrixa: Robie Douganie („Clubbed 2 Death” – ciary do dzisiaj) i Donie Davisie w połączeniu z panem Juno (Reactorem). Nawet jeśli jest tak agresywnie, jak u Trammella na „Pillars of Creation”, z którego pochodzi „Supercollider” właśnie.

Bo „Supercollider” to nic. Spróbujcie sobie przesłuchać „Obsydian Butterfly” na słuchawkach. Albo „Filthy”. Doprawdy, nie wiem w jakich momentach życia można słuchać takiej muzyki. Ja raczę się nią bardzo często przy pisaniu. I pewnie będzie to mój album do rodzenia drugiej magisterki, jeśli kiedykolwiek zdecyduję się zacząć ją pisać.

W każdym razie, kiedy obejrzałam trailer „Divergent” pomyślałam sobie, że machnęłabym książkę. Ostatnio zaskoczyły mnie „Igrzyska śmierci”, które okazały się być historią niezwykle mądrą (żeby nie powiedzieć, że dzięki Collins odzyskałam wiarę w literaturę młodzieżową po moim zderzeniu z pierwszym tomem powszechnie znanej sagi wampirzej). Dałam szansę „Niegodnej”, mimo że już po zapoznaniu się z opisem uniwersum wiedziałam, że autorka będzie się musiała zdrowo napracować, żebym uwierzyła w jej wizję dystopii.

Więcej muffinków.

Generalnie cały pomysł chwieje się już w posadach. Nawet nie chodzi o to, że spędzanie ludzkości w stada według cechy (JEDNEJ) ich charakteru jest pomysłem niedorzecznym. Chodzi o to, że geneza takiego układu społecznego została wyjaśniona na tyle mętnie, że nie jest w stanie mnie przekonać (nie czepiam się tutaj szansy na zaistnienie czegoś takiego w prawdziwym świecie, bo III Rzesza tez nie miała prawa zaistnieć, a jednak jakoś tak wyszło, że).

Dystopijność tego świata wcale nie polega na tym, że bohaterowie sowicie obijają sobie mordki i mają naprawdę poważne siniaki. „Niezgodna” pokazuje rzeczywistość, w której system nas szufladkuje i zawęża naszą osobowość do jednego przymiotnika. Więcej! My sami tego przymiotnika pragniemy, bo inaczej przyjdzie nam żyć w skrajnej nędzy. To bardzo dobra nauka umoralniająca. Tylko trudno ją wyciągnąć spomiędzy tej krwi, niepokojąco częstego wstrzykiwania sobie serum w szyję, romantycznego dotykania się opuszkami palców tudzież jedzenia muffin.

Film Burgera poprawił książkę. Wydestylował współczynnik romansu dla nastolatek, ładnie wyznaczył mu granice i wtedy przesłanie stało się jakby bardziej przejrzyste.

Zrezygnował też z muffin (i od razu współczynnik dystopijności podskoczył). Świat, w którym ciągle je się muffiny nie może być taki zły.

Wszystkie strony kartki z Gatsby’ego

Podtytuł: wpis w trzech aktach, do kupy się składający i traktujący o jednym, choć pozbawiony zdań-łączników.

Pierwsza strona

Można też dopisać swoje komentarze – ale grzecznie, na post-icie.

Mam koleżankę baletnicę. Kiedy się na nią spojrzy po raz pierwszy, nie dostrzeże się w niej nic z tych rzeczy, które wiesz o baletnicach z filmów i książek. Jest w niej ta przysłowiowa baletowa delikatność, ale przybiera niezwykle wyjątkowa formę i nie rzuci się nam w oczy przy pierwszej rozmowie.

W zasadzie chyba nic nie jest w stanie zdradzić jej pasji do baletu (a nie jest to baletnica początkująca, o nie) i żeby się o niej dowiedzieć trzeba po prostu pogadać. Nawiedzić jej pokój, który ozdabia przywieszony na szafie pęk baletowego tiulu. Prześledzić wzrokiem jej książki i spomiędzy tłumnie obecnej literatury faktu wygrzebać „Wielkiego Gatsby’ego”. Przeczytać, zwracając uwagę na fragmenty, które podkreśliła.

Śródstronie

Oczy doktora Eckleburga wcale nie są opisanie jakoś wyjątkowo wzniośle – homerowski opis tarczy Achillesa, z którego wylewa się starożytna epickość może się nie czuć zagrożony. Jak się okazało, jest to billboard czasowników, a nie przymiotników, a już na pewno nie jest to reklama dygresyjna.

Fitzgerald i jego Gatsby nie są przesiąknięci słowną/tematyczną dekadencją ani deszczem. A już na pewno nie w sposób oczywisty. Choć tego właśnie się spodziewałam.

Oczywiste jest za to przesłanie – i pewnie wiele osób będzie ta banalność drażnić, aż do momentu, w którym sami się będą musieli z nią zmierzyć w tak zwanym realu.

Druga strona

Lubię koncepcje Baza Luhrmanna, choć musiałam się do nich przekonywać (nie polubiłam „Moulin Rouge!” od razu). Lubię jego duety z Craigiem Armstrongiem (bo nie ma to jak spojrzenie na kulturę wysoką przez pryzmat kultury pop). Konwencja ścieżki dźwiękowej do „Wielkiego Gatsby’ego” była naprawdę świetna (na ten temat rozpisałam się już kiedyś na Hatak.pl w tekście „Retro techno liryka„).

Spodobała mi się na tyle, że w trakcie czytania zamiast klasyki, poszukiwałam dźwięków elektronicznych, z bitem wyraźnym, lekko transowym, a jednocześnie kompletnie do klubów niepasujących. Takich, których słuchałam podczas letnich wieczorów pachnących ambientem, na wspomnianych przez Fitzgeralta „dużych przyjęciach” w momentach „intymnego nastroju”. Dźwięków patrzących na tłum z bezpiecznego dystansu – nie ze względu na pogardę, czy wyniosłość, ale wyjątkowa pokorę, życzliwość i wrażliwość.

Wiecie, jest taka płyta Schillera… „Leben” się nazywa i ma już ponad 10 lat. Wyobrażam sobie, że tak brzmi Berlin, kiedy nikt na niego nie patrzy.

Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

Z cyklu: trudne wyznania.

34de2ca8488111e3b55122000a1f9be7_8
Myszkovska (l.20-ileśtam). Twierdzi, że kocha swój parapet.

Trudna jest to miłość, bo niewygodnie, ale za to niezmiernie romantycznie.

Nie wiem kto jest winiem mojej słabości do czytania na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych. Prawdopodobnie wszyscy filmowcy, którzy umieszczali w swoich filmach przekaz nie do końca podprogowy, ze czytanie na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych jest osoom, i każdy fajny bohater, który później okazuje się głównym, to robi.

„Listy starego diabła do młodego” pewnie czyta.

To jest taka czytelnicza wersja „Cool guys don’t look at explosions”. Serio.

Swój parapet w Krakowie lubię, ale raczej głęboką nocą, kiedy Szalom Awenju na chwilę przestaje się tłuc milijonem aut, tramwajów i autobusów. Ale w lipcu, o trzeciej nad ranem nie ma lepszego miejsca do kontemplacji przysłowiowego życia, śmierci i gier RPG. To też mój ulubiony czas i okoliczności na pisanie, grafomanienie bezwstydne o moich własnych, prywatnych światach i innych tego typu bzdurkach.

Filmowcy wam tego że pokażą, ale kiedy zapalasz lampkę przy otwartym oknie o trzeciej nad ranem w lipcu, możesz się spodziewać stad irytujących ciem o skłonnościach samobójczych roztrzaskujących się o żarówkę, która niezbędna ci w procesie czytania. Więc, czytasz, powiedzmy, do czwartej, a do piątej wyrzucasz z pokoju nabyty niechcący inwentarz.

(w przypadku gałęzi jest tak, że zaraz oblezą cię pająki i skorki, a w rdzeń kręgowy wbijać ci się będzie wyjątkowo irytująco wypukły kawałek kory)

ec53442248bd11e3a82a1204e629ce97_8Naprawdę nie rozumiem tej swojej trudnej miłości, ale pewnie wynika to jakichś typowo kobiecych kaprysów serduszka. Na parapecie na przykład (tym w stronach rodzinnych, nie-krakowskich) pochłonęłam bite 500 stron „Czasu Żniw” Samanthy Shannon, jeszcze w listopadzie, w czasie bardzo krótkim, bo spieszno mi było przed wylotem.  Z tempem nie było problemu, bo książka należy raczej do lekkich, łatwych i dziewczęcych. Nie jest to może poziom „Igrzysk Śmierci” (których zawsze w towarzystwie bronię i na siłę wywlekam z szufladki „lekkie czytadełka dla gimnazjalistek”), ale też nie jest to rzecz nad którą załamywałam ręce z rozpaczy.

Z literaturę dla kobiet (tych starszych i młodszych) traktuję z pewną dozą wyrozumiałości. Nie tylko dla autorek (których zdjęcie na skrzydełku często mogłoby być ilustracją przedstawiającą główną bohaterkę, ale trudno mi jest w nie rzucać za to kamieniem, bo dobrze wiem, jak trudno jest się oprzeć pokusie w tej sytuacji), ale przede wszystkim dla samej siebie. Nie ma co ukrywać – może i bawiłam się karabinami, moje lalki musiały przeżyć nie jeden pożar/ eksplozję/ porwanie, a moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan (no, i ostatnio Obi van Kenobi) ALE. Ale wzdychało się czasami. W dawnych czasach podstawówkowych nad „Dziewczyną Ameryki” Meg Cabot na przykład. A i teraz nad Jane Austen nie raz („You transfix me quite”). Wzdycha się. W momentach tak literacko naiwnych, że gotowa jestem się do nich przyznać tylko Malicie, która czyta.

Nad „Czasem żniw” nie wzdychałam co prawda, ale jestem w stanie zrozumieć, że można. I nie protestuję, kiedy ktoś wydaje książce dobre recenzje (aczkolwiek porównanie do Matrixa i Dr Who ze skrzydełka to chyba lekka przesada; z gatunku tych mocnych; albo lekkich świętokradztw). Tym bardziej, że stylem autorka się wybija, a i wyobraźni trochę wodze popuściła. Momentami sięga do motywów i rozwiązań dość banalnych, ale potrafi je bardzo ładnie ubrać w słowa (karty tarota na przykład). Doceniam to.

To, co jednak dotyka mnie w tej książce najbardziej, to jej osobisty charakter. Czego dowodzi lista przebojów w aneksie, przy których autorka pisała swoje dzieło. I wiersze Johna Donna. I, oczywiście, zdjęcie Smanthy na skrzydełku. To jest zawsze dla mnie największy problem, jeśli chodzi o literaturę kobiecą/ dziewczęcą. Że trudno jest mi oceniać te twory jako dzieło literackie – owszem można odnieść się do uniwersum (które mnie nie oczarowało raczej), stylu czy fabuły, ale jeśli chodzi o rzecz najważniejszą (choć w tym wypadku jednak drugoplanową), czyli bohaterów i ich relację to trochę tak, jakby oceniać ją samą, jej sedno  i jej wśrodek. Jako kobietę, nie gryzipiórka. Można mówić o rozdziale dzieła od autora, ale czasami czyta się książkę i czujesz, że niektóre jej wątki są wbudowane w autora tak bardzo, że przestają być tylko i wyłącznie l’art pour l’art.

Staram się stąpać po takich książkach bardzo ostrożnie.

A czego wtedy słuchałam? Nie, nie listy przebojów, która autorka dołączyła w aneksie. W głośnikach (Myszkovska, l.20-cośtam. Twierdzi, że kocha swoje radzieckie głośniki wielkości stołka barowego) miałam to:

Uwielbiam SoundQ. Zakochałam się już w czasach EPki, w „Elephants’ Graveyard” konkretnie. Ukazanie się Long Play’a zwanego „Barbarians” bardzo mnie ucieszyło, a za pożyczenie krążka muszę podziękować Jankowi, który w naszym radiu prowadzi audycję dla malkontentów. On jest taki typ Trójkowy, wiecie. Dużo muzyki i dużo gadania o muzyce. I dobry gust ma. Czasami.

Po bardzo pracowitym styczniu mam kilka dni wolnego, więc czym prędzej rzuciłam się do domu rodzinnego odpocząć chwilę i nadrobić robotę, która mi się mocno nawarstwiła – w tym szczotkę „Długiej wojny” Pretchetta-Baxter, którą ofiarowano mi w celu napisania czegoś na Hatak.pl. I w końcu doznałam samo uświadomienia w kwestii nowego Wiedźmina (o czym napiszę). I, co by dokończyć obnoszenie się z osiągami, przeczytałam też „Wielkiego Gatsby’ego” z mojej listy postanowień noworocznych (o którym nie wiem czy napiszę cokolwiek w najbliższym czasie, bo Fitzgerald porzucił mnie smutną i w żałobie).

I to wszystko na parapecie właśnie. Twardo i cierpną nogi czasami, ale nic to, skoro za oknem potrafi być tak, o. Po babsku romantycznie.

201f8dc448be11e38fa71247c1292a16_8ddf54d7e6d8611e3b330122dbaf13212_8

Ale fotel też mam tutaj bardzo fajny.

Niecny Scott Lynch i crossover z Kydem

U mnie Lynch stoi błogosławiony między Tolkienami.

Blogerstwo odkryło Scotta Lyncha. Miło na to patrzeć. Na ten zachwyt, oczarowanie i entuzjazm. Miło jest w końcu spotkać kogoś, kto wie, o kim mówię. I miło, że wydawnictwo zrobiło tej książce W KOŃCU promocję, na jaką zasługiwała już od tomu pierwszego. Przynajmniej nie muszę już ludziom Lyncha wciskać z (wyćwiczoną) iskrą groźby w oczach („Jak mi oddasz bez przeczytania, to przyjdę do Twojego domu i pozaginam rogi we wszystkich Twoich książkach”). Lyncha, na reszcie! przeczytało pół internetu, nie marudząc na opasłość tomiska i brak ekranizacji (prawa wykupione, scenariusz się pisze).

Nie chcę tu podkreślić swojego (wątpliwego) hipstertwa, ani tego, że znałam Lyncha wcześniej niż Ty (choć prawdopodobnie tak było, HA!). Chcę podkreślić swoje cierpienie z Lynchem związane (albowiem o wiele bardziej lubię się nad sobą użalać niźli szpanować czymkolwiek). A samotność w przeżywaniu geniuszu jego dialogów i ciekawie skrojonych bohaterów była przez te pięć lat (słownie: PIĘĆ) problemem najmniejszym.

Odkryłam go już po wydaniu „Na szkarłatnych morzach”, więc oba tomy przeczytałam za jednym zamachem (co nie jest jakimś wyczynem, w przypadku prozy Lyncha odbywa się to naturalnie). Przypomnijcie sobie cliffhanger z jakim zostawił nas autor w drugiej części.

I teraz wyobraźcie sobie, że musicie czekać pięć (słownie: PIĘĆ!!) lat na ciąg dalszy.

Jestem prawie pewna, że Lynch w ten sposób stanął w kontrze do praw człowieka, konwencji genewskich i paru innych , wzniosłych ideologicznie dokumentów zakładających, żeby nie krzywdzić nikogo nadaremno.

Zapowiadało się, że „Republikę złodziei” będę musiała z żalem odłożyć jeszcze na dwa tygodnie, bo dostałam ją do recenzji na krótko (trzy dni) przed wyjazdem do Izraela. Poza tym miałam już napoczętą inną książeczkę, którą koniecznie chciałam dokończyć. Ale trzeba się było spiąć, zarwać noc, wyłączyć kompa i większość funkcji życiowych, bo z czymś takim się nie walczy. A recenzję, gdyby to kogokolwiek interesowało, napisałam po powrocie: [Tu jestem!].

Generalnie i w skrócie: uwielbiam przeintelektualizowane szermierki słowne bohaterów. Bardzo lubię też sposób, w jaki Lynch szpanuje swoją błyskotliwością. W każdej sytuacji.

scott
Noc 31.12.2013 / 1.01.2014.

Jego niecność nie drażni mnie w ogóle, wręcz buńczucznie śmiem twierdzić, że polubiłabym Go (a może i nawet vice versa), gdyby przyszło nam się ze sobą zetknąć na tym ziemskim padole. Jednakowoż czerwona lampka zapala się, kiedy w świecie przez niego kreowanym każdy (parobek, urzędnik, ochroniarz), ale to absolutnie każdy (karczmiarz, sierota z ulicy, staruszka) jest w stanie przeprowadzić z rozmówcą (piekarzem, szefem mafii, stajennym) zgrabną szermierkę słowną na wysokim poziomie intelektualnym. I jeszcze za sam koniec docisnąć jakąś ciętą ripostą.

To jest moja utopia. W myśl zasady, że „mój ograniczony mózg podświadomie odrzuca istnienie świata idealnego” (Agent Smith / „Matrix”) – nie wierzę. Ale nie marudzę tak znowu głośno, bo ogólnie Niecnego Lyncha, za niecność Jego, lubię i będę kontynuować moją krucjatę wciskania Go każdemu.

Podobnie terroryzuję ludzi w sprawie Jespera Kyda. Jest to kompozytor, który kiedyś tworzył muzykę do gier z pojedynczych piknięć na Commodorze, a dzisiaj ma do dyspozycji całą orkiestrę (albo bogate biblioteki sampli). Kto zna serię „Assassin’s Creed” ten zna Kyda: napisał muzykę do pierwszej i drugiej części gry, a także dodatków „Brotherhood” i „Revelations” (w duecie z uczniem Hansa Zimmera – Lorne Balfe). Szczególnie ochoczo wciskam ludziom muzykę z dwójki, do której z niezmierną radością wróciłam z okazji „Republiki złodziei”.

To, jaki przeskok zrobił Kyd pomiędzy pierwszą częścią AC, tworzoną raczej w starym duchu ścieżek dźwiękowych do gier (przypadkiem nie oderwij gracza od ekranu), jest fascynujące. Historia Ezia ma już wyraźny temat przewodni, bardzo złożony i, tutaj kryje się rewolucyjne podejście, kuszący do przerwania rozgrywki, żeby tylko móc się nim napawać.

Bardzo lubię Kyda za szacunek do historii i to, że nie ma oporów przed zagłębieniem się w podręczniki w celu wygrzebywania z nich jakichś fajnych instrumentów czy form muzycznych charakterystycznych dla miejsca i okresu, w którym dzieje się akcja gry. W tym przypadku są to renesansowe Włochy, zatem usłyszymy tamburyna, wszelkiego rodzaju piszczałki i prawdziwe włoską tarantellę („Florence Tarantella„). Poza tym jest piękny wokal, chóralne kołysanie i jest gitara. Niesamowita gitara. Przede wszystkim w tym, co lubię nazywać „tryptykiem Auditore”, czyli trzech pierwszych utworach ścieżki „Earth/Heart„, „Venice Rooftops” i „Ezio’s Family„. Jest tam zadziorność, upór i wytrwałość, ale również pewna wrażliwość i… słabość.

Tak sobie myślę, że zawodowy crossover Lyncha i Kyda mógłby się skończyć czymś bardzo ładnym. Czy ja już pisałam, że prawa do ekranizacji „Kłamstw Locke’a Lamory” zostały wykupione przez Warner Bros?

Jak to robią „specjaliści”

Po pierwszym przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej do „Grawitacji” nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mi się podoba.

A później poszłam na film i się dowiedziałam.

Muzyka Stevena Prica jest jak przekrój anatomiczny przez wszystkie rodzaje dynamiki: od piano possibile do fortissimo. Długimi minutami ciszy i leniwych dźwięków brzmiących, jakby wydobyto je ze szklanej harmoniki potrafi uśpić czujność słuchacza po to, aby pod sam koniec utworu zaskoczyć równie nagłym, co szybkim wzrostem natężenia nut. Utwory rotują. Inaczej tego opisać nie umiem. Sandra Bullock wiruje w przestrzeni kosmicznej bezwładnie, jak laleczka, a dźwięki w efekcie Dopplera pulsują gdzieś dookoła niej. „Debris” brzmi dokładnie tak, jak wygląda scena, do której został napisany: nerwowo (żeby nie napisać, że przyprawia o zawał serca), groźnie i panicznie.

„Grawitacja” to ekranizacja wszystkich moich najgorszych koszmarów. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu to soundtrack grozy. Price napisał nutami panikę i desperacką walkę z nią. Niezwykle fascynująca rzecz. Może dlatego film tak bardzo mnie wciągnął. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz łączyłam się z bohaterami z ekranu w bólu i cierpieniu na tym poziomie – było bardzo empatycznie.

Zastanawiam się, jak oglądają takie filmy specjaliści w dziedzinie fizyki i astronomii. Czy jest na co kręcić nosem. Bo jeśli jest w tym filmie jakaś totalna bzdura, która popsułaby fabułę, to bardzo się cieszę, że moja wiedza z fizyki zatrzymała się na poziomie przyciągania papierków linijką.

Bo wiem dobrze, jak „specjalista” (w kontekście mojej skromnej osoby potrzebny jest cudzysłów) czyta takie książki. Ostatnio jedną czytałam.

Jeśli chodzi o twórczość Pana Dariusza Domagalskiego, to uczucia mam skrajnie mieszane – od piano irytacji po forte zachwytu. Miałam już tak przy trylogii fantasy z Krzyżakami w tle – tej, w której tomy mają poetyckie tytuły (i które radośnie parafrazował mój kolega na „Delikatne czknięcie komara”). Z jednej strony: wow, dwie strony opasłej bibliografii do wojen krzyżackich, samych Krzyżaków i polskiej wojskowości tamtego czasu. Dialogi oparte na kronikach Długosza. Bohater, który po wbiciu miecza w trzewia przeciwnika nie wyciąga go, jak z podtopionego smalcu, tylko zostawia, gdzie wbił (bo przecież anatomia normalnego człowieka nie pozwala na wyciąganie kozików kiedy komu pasuje). Z drugiej strony natomiast: wow, cały wątek magiczny oparty jest na mistyce żydowskiej, o której informacje autor czerpał chyba z wikipedii. Warto dodać, że hasła „mistyka merkawy”, „bereszit” czy „kabała luriańska” nie grzeszą dokładnością, za to grzeszyły (a przynajmniej w czasach, tuż po wydaniu książki, sprawdzałam) drobnymi błędami merytorycznymi, na które Pan Domagalski dał się złapać.

Po latach zdecydowałam się przeczytać „Cherem”, gdzie już sam tytuł aktywizuje we mnie wewnętrznego judaistę. Tym razem autor zahacza o religie starożytnego Bliskiego Wschodu, konkretniej Kanaanu przy okazji działając na rzecz poszerzenia świadomości polskich czytelników w temacie teorii ewolucji religii.

Wszystko ok, niech sobie autor buduje fabułę na czym tam chce (żeby nie było:  pomysł odnalezienia „brakującego ogniwa” pomiędzy źródłami kananejskimi a Tanachem uważam za całkiem zgrabny). Niechże nawet wkłada autor w usta swoich bohaterów popularne-niepopularne marudzenie na religię zinstytucjonalizowaną. Niechże opiera to marudzenie na badaniach naukowych, ale niechże będą to faktyczne wyniki tych badań, a nie powtarzanie błędnych informacji zasłyszanych w mitycznym Gdzieśtam. No, i nie warto zagłębiać się w objaśnianie zawiłości języków semickich, bo zawsze się człowiek gdzieś machnie, a złośliwi czytelnicy, tacy jak ja, nie omieszkają błędu wytknąć.

Nie trafiłam nigdzie na żadne marudzenie specjalistów na „Grawitację”. Za to czytałam Gdzieśtam że to, co zrobiła Bullock na końcu (bez spoilerów) „Nie jest niemożliwe, ale byłoby niesamowicie trudne”. Błędy błędami, ale oglądać i czytać zawsze warto, nawet jak się jest sfrustrowanym „specjalistą” – choćby po to, żeby sobie poprężyć intelektualne muskuły przy szukaniu nieścisłości.

[* Mam jeszcze takę teorię, że cheremowy Archeolog, z które ust wyszedł ów marudny monolog z wbudowanymi błędnymi informacjami celowo jest błędny. Po to, żeby postać Archeologa uwiarygodnić – w końcu ci znają się na skorupkach, a nie na dokumentach, więc wcale nie musi wiedzieć, że cztery Ewangelie zostały wybrane do kanonu z bardzo prostego powodu – są po prostu najstarsze. Archeolog zadaje retoryczne pytanie „Dlaczego inne napisane w tym czasie Ewangelie nie trafiły do kanonu?”. Ja o żadnych „innych” z I w. n.e. nic nie wiem. Wikipedia z resztą też nie.]