10, ale 12

Nominowali mnie kolega Radiowy Janek, Kasia Koczułap oraz Szaci, którego znałam jeszcze w czasach, kiedy filmy pożyczało się na płytach cd.

To nie są książki, które uważam za najlepsze, najbardziej wciągające czy nawet ulubione. One naprawdę zmieniły moje życie. Postanowiłam podejść do tematu poważnie. Dlatego jest ich dwanaście, nie dziesięć i to w kolejności chronologicznej.

1. „Przygody kota Filemona” – Marek Nejman , Sławomir Grabowski

Miałam pięć lat. Ledwo zaczęłam czytać. I pisać.

Była taka księgarnia na osiedlu, do której zawsze, ale to zawsze musiałyśmy wejść z moją Mum. Ja czułam zew, a ona uginała się pod dziecięcym terrorem. Nie pamiętam już JAK tam pachniało, ale wiem, że genialnie. No, i na wystawie była książka o kotach, które kochałam zanim jeszcze opanowały internety. Wielka, w twardej oprawie, z pięknymi obrazkami. Deptałam obok niej bardzo długo, zanim Mum mi ją kupiła, przeczytałam bardzo szybko, a później… cóż. Napisałam swój pierwszy i jedyny w życiu fanfik. Pamiętam, że traktował o Filemonie, który wlazł na strych, znalazł tam jakieś stare, rozpadające się łóżko i w materacu zrobił sobie domek.

Opowiadanie miało chwytliwy tytuł („Dom w łóżku”), sześć zdań, pięknie zdobioną okładkę i ilustrację. Rękopis zaginął, ale książkę, która je zainspirowała, mam do dzisiaj.

2. „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – C.S. Lewis

Ta książka była mi pisana. Kiedy miałam osiem lat jakaś opiekunka na koloniach nam ją opowiedziała (nie przyznając się, że to na motywach książki). Fakt ten odnotowałam skrupulatnie w dzienniczku, który zaczęłam w tym czasie prowadzić, a opiekunka została moją ulubioną. Parę miesięcy później trafiłam na książkowy pierwowzór w szkolnej bibliotece. I część za częścią…

Moje ulubione to dwie ostatnie. Kurczę, nie mogę przeżyć, że zarzucili ekranizacje, bo każdą swoją cząstką czekałam na część szóstą i pieśń stworzenia wyśpiewaną przez Aslana.

Kto by ją skomponował? Kto zaśpiewał? No? No?

P.S. Przy okazji chciałam przypomnieć, że za „Problem Zuzanny” Gaimanowi przebiję kiedyś opony w aucie. Albo przynajmniej mu wygarnę.

P.S. 2 Tak, byłam w Narnii.

P.S. 3 Doskonały dowód na to, że ta książka mnie prześladuje:

Pan na pchlim targu w Jafie sprzedawał jedną książkę, w dodatku za 10 szekli (normalnie książki w Izraelu kosztują ze 100). I co to było? No co? „Sipurej Narnia”.

3. Oczywiście Harry Potter Pani Rowling.

Tak, w Hogwarcie też byłam. W Gryffindorze. Proszszszsz:

W sumie nie wiem dlaczego wysłali mnie do brytyjskiej szkoły magii zamiast do polskiej, ale nie wnikam.

Potter z kilku powodów. To pierwsza książka, którą przeżyłam całą sobą i z którą się identyfikowałam w jakiś sposób. W zasadzie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli filmem, który mnie wychował jest „Matrix”, to książkowym odpowiednikiem jest seria o Potterze właśnie. Nie rzucam może cytatami z Dumbledora, ale do głowy wbił mi się ogólny pogląd na wartości, poświęcenie i konieczność zrozumienia zła. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak tak banalne kwestie udało się Rowling umieścić w tak niebanalnej otoczce.

Poza tym jestem dumnym rocznikiem, który rósł razem z Harrym, a nowe części zawsze pojawiały się w księgarniach w okolicach moich urodzin. Zarywałam noce, żeby je przeczytać za jednym zamachem. Szóstą część skończyłam o 6.30 nad ranem przy dźwiękach „Lux Aeterna” w wersji orkiestrowej („Requiem for a Tower”), od której zaczęła się moja słabość do muzyki z trailerów.

W ogóle to przekleję wam cytat z mojego starego bloga. Scenka rodzajowa, na faktach (autentycznych):

Mój Młody Padawan (nowa, oficjalna ksywka dla Siostrzeńca Harry’ego, który z wiekiem co raz bardziej, o zgrozo, wdaje się w ciotkę): A ja sobie rozwaliłem rękę! Patrz jaką mam bliznę! (pokazuje mi prosta kreskę długości maks trzech centymetrów)
Ciocia Fiol: Jaaaaaa! Jak prawdziwy wojownik!
Mój Młody Padawan: NO! Szkoda, że nie jak Harry Potter, w kształcie błyskawicy…
Ciocia Fiol: A pamiętasz, co mówił Dumbledore o swojej bliźnie?
Mój Młody Padawan: No! Że jest mapą!
Ciocia Fiol: No. I że jest bardzo przydatna, bo to mapa metra londyńskiego i dzięki temu nigdy się tam nie gubi.
Mój Młody Padawan: Fajnie…
Ciocia Fiol: A ty masz mapę metra warszawskiego, wiesz?
Mój Młody Padawan: Tak?…

Z „Improwizacji mniejszej„.

4. Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Oczywiście, musiał pojawić się drugi Inkling. Tolkien jest moim Mistrzem. Absolutnym. I to nie są puste słowa, które tak sobie wypisuję, żeby przyszpanować, jaka to nie jestem old schoolowa względem fantasy (i w dodatku trochę gadam w Sindarinie). Uważam, że Pan T. zaczyna się po „Hobbicie” i „Władcy Pierścieni”, a jego najcenniejszą rzeczą, którą nam po sobie zostawił są te zaczątki „Silmarillionu” i „Listy”, w których znajdziemy mnóstwo wyjaśnień na temat Śródziemia.

Bardzo cierpię, kiedy popkultura powiela wypaczone postrzeganie ras Śródziemia. Chyba najbardziej przykrym dla mnie przykładem są Elfowie (TAK! NIE ELFY!). Generalnie zawsze mają +3 do szybkości +5 do zręczności +7 do zniewieścienia i bonusy do magii.

A wiecie, że Elfowie Tolkiena nie używali magii? Wcale. Ani grama.

„Silmarillion” wyrobił we mnie pewne nawyki w kwestii samego pisania. Skrupulatności, staranności i nie chodzenia na kompromisy z tym, „co się sprzeda”. Przede wszystkim jednak nauczył mnie odpowiedzialności za to, co piszę.

Właśnie dlatego nie wydałam jeszcze żadnej książki.

P.S. Frodo nie oparł się Cieniowi i Pierścieniowi. Przegrał na samym, samiutkim końcu. Zauważyliście?

5. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” – Dorota Masłowska

To jest książka, która zwróciła mi uwagę na to, że słowa są narzędziem, które można wykorzystywać kreatywnie i nadal będzie to literatura. A jako że narzędzie to jest cudownie giętkie, można je dostosować pod siebie tak, żeby być sobą, kiedy się pisze. Po „Wojnie…” zaczęłam się przyglądać słowom dokładniej.

Poza tym, jako trzynastolatka, deklamowałam końcowe fragmenty tej książki na konkursie recytatorskim, podczas kiedy moja koleżanka, dla kontrastu, w repertuarze miała jakiś wiersz o osiołku.

Piszę o tym dlatego, bo dzisiaj obie robimy to, co kochamy (koleżanka śpiewa i tańczy w musicalach tudzież dubbinguje główne bohaterki seriali Disney Channel). Więc pointa jest taka, że spełnienie życiowych marzeń wcale nie zależy od tego, co się mówi na konkursach recytatorskich.

6. „Przesunąć horyzont” – Martyna Wojciechowska

Mam osiemnaście lat, jestem dziewczynką podróżującą głównie po Śródziemiu i WTEM! dostaję od siostry książkę Martyny Wojciechowskiej, którą znam głównie ze szklanego ekranu, którym gardzę. Pani Wojciechowska na okładce jest zasmarkana, scenicznego mejkapu brak. Zaglądam ciekawie na pierwszą stronę…

Przez tę książkę przypomniało mi się, że wcale nie jestem domatorem. Po niej wchłonęłam, oczywiście, wszystkie Pawlikowskie, Cejrowskich, „Dotknięcie pustki” i innych Pałkiewiczów.

Ciekawostka. Pamiętam, że jedną Pawlikowską czytałam przy tym (proszę przymknąć swoje estetyczne oko i cieszyć się świadomością, że nawet zaśpiewy mnichów buddyjskich można sprzedać w wersji pop):

… a później przyszedł czas na Kapuścińskiego, dzienniki misjonarzy z czasów hiszpańskiego podboju Ameryki, Marco Polo nawet… a później i na podróże własne znalazł się czas.

7. „Dziady” – Adam Mickiewicz

Zawsze chichoczę, kiedy ludzie opowiadają o „Panu Tadeuszu” jako o „epopei narodowej”. To jest coś, czego wam nie powiedzą na polskim, ale to dziełko było rozbudowanym i finezyjnym żartem komponowanym na potrzeby zapełnienia czasu na wieczornych spędach z kumplami (wśród nich: Fredro, który dopisał sławną XIII księgę). Cóż, nie było jutjóba. Mickiewicz cały dzień pisał, wieczorem odczytywał kolejny fragment ku uciesze i na zdrowie. No, ale że swój wiek już miał, to każdy żarcik przeradzał się w Dzieło ze Znaczeniem.

Wolę Mickiewicza młodego. Tego, który pisał nocami i zasypiał na swoim biurku. Którym targało coś tak niesamowicie silnego, że się z Bogiem chciał wykłócać. W którego „Wielkiej Improwizacji” natężenie egzaltacji czyni przester, ale jest to tak niesamowicie prawdziwe i szczere, że trudno się z tym nie zgodzić. To są emocje spotęgowane przez młodość i poezję. Dla mnie to kwintesencja nastoletniego buntu artysty (choć Mickiewicz, kiedy „Improwizację” pisał, nastolatkiem już nie był).

Jeśli jestem czyjąkolwiek fanką, to Mickiewicza właśnie. Serio, mogłabym nosić koszulkę z jego licem.

8. „Dzienniki rewolucyjne” – Ernesto „Che” Guevara

Jest tam taka scena, którą pamiętam szczególnie dobrze. Młody Guevara, w ogniu walki ma sekundę na to, żeby zdecydować, co zabiera ze sobą: torbę z przyrządami lekarskimi, czy skrzynkę z amunicją. Ponoć to był moment, kiedy określił, kim jest „BARDZIEJ”: lekarzem, czy rewolucjonistą.

Zawsze patrzę sobie na ręce po dokonaniu podobnych wyborów, bo wierzę, że mówią prawdę.

Btw, wybrał skrzynkę z amunicją.

9. Miasto śniących książek -Walter Moers

Kontynuując wątek „Cierpienia młodego pisarza”. Przeczytałam tę książkę, kiedy miałam kryzys na zasadzie „a jeśli nigdy mi się nie uda” tudzież „a jeśli wcale nie umiem pisać” jak również „to całe moje pisanie jest bez sensu”.

Fleszbek. Mam siedemnaście lat i poznaję Pana Pisarza, z którym rozmawiamy o „rzemiośle”. Na głos zastanawiam się, czy przypadkiem nie wmówiłam sobie tego pisania, czy tym pisarzem, to trochę samozwańczo nie zostałam, czy sobie sama korony na łepek nie założyłam. A on mi zadał jedno pytanie. Na które odpowiedziałam twierdząco. „A więc jesteś pisarką” – rzekł on.

Pytanie zachowam dla siebie.

Ale napiszę tyle, że kiedy czytałam „Miasto śniących…”, w szczególności fragmenty o Ormie, to wszystko we mnie grało ze wzruszenia i wdzięczności, że to znam, że wiem, jak to jest.

P.S. Nie, Orm to nie Wena. Wena do pisania nie jest do niczego potrzebna. W zasadzie tylko przeszkadza.

P.S. 2. „Miasto śniących…” jest dla mnie jedną z trzech najważniejszych książek w życiu. Mimo to, nie mam jej na półce. Mam za to dwa inne dzieła wpółanonimowego Pana Moersa.

10. „Twierdza Beaufort”  – Ron Leshem

Fascynują mnie żołnierze.

Cahal – najprzystojniejsza armia na świecie. Gdyby stali przodem, system by się wam zawiesił od nadmiaru przeżyć estetycznych.

Zainteresowanie to wykracza daleko poza słabość do munduru (przy ogólnej niechęci względem idei zabijania innych ludzi). Obserwuję ich, zbieram opowieści i dużo z nimi rozmawiam. (Na szczęście, potrafię wytłumaczyć dlaczego)

Nie mogę napisać, że wszystko zaczęło się od tej książki, bo postaci wojowników ciekawiły (i imponowały) mi od zawsze. Ale to Leshem odważył się zajrzeć tym chłopakom do głów i zmusił mnie do zadania kilku pytań na temat żołnierskiego umysłu, na które do dzisiaj szukam odpowiedzi.

11. „13 wojen i jedna” – Krzysztof Miller

Wojna mnie ciekawi. Bo „fascynuje” to nieodpowiednie słowo w jej kontekście, choć gdybym go użyła, wyszłoby fajne powtórzenie.

Chciałabym wyjaśnić wam, co mnie do niej ciągnie, dlaczego w Hebronie noce spędzałam siedząc na dachu i wsłuchując się w demonstracje, krzyki i wybuchy granatów. Nie wiem. Choć mam teorię na ten temat. Ja się po prostu bałam, że kiedyś ją zobaczę.

Taka myśl mnie naszła sześć lat temu, kiedy obejrzałam po raz pierwszy „Walc z Bashirem”. Później oglądałam co raz więcej filmów wojennych, czytałam co raz więcej reportaży, aż w końcu, niedawno trafiłam na książkę, której udało się wpłynąć na mnie tak, że uwierzyłam, że w końcu (?) ją zobaczyłam.

12. Księga Wyjścia – Szef Wszechmogący

Można by było cisnąc całą Bibilię ogółem, albo najlepiej w ogóle całe Qumran, żeby się nie rozdrabniać („Reguła Wojny”, mmmm… cud tudzież miód). Ale nie o to chodzi, żeby zrobić z tego jakiś manifest wiary, w twarz całemu internetowi. Nie.

W zasadzie moje życie zmieniła Księga Ozeasza, później Mądrości, ale szczegóły byłoby mi bardzo ciężko wyjaśnić. Natomiast Księga Wyjścia aktualnie jest dla mnie chyba najbardziej inspirująca. Otóż jest sobie gość, który wychował się w szampanie i blichtrze, później zostaje mordercą, a następnie pastuchem, w dodatku się jąka. I takiego oto Mosze – marudę Bóg wysyła na misję tak niemożliwą, że nawet Ethan Hunt by się jej nie tknął.

Generalnie urzeka mnie to, że Bóg w Biblii często wybiera sobie chudych, średnio ogarniętych, narwanych tudzież najmłodszych. Takich Peterów Parkerów tudzież Steve’ów Rogersów.

Czego i wam życzę.

„Siku hauzu”, czyli wcale nie oglądam anime: Najlepsze piosenki z openingów

Mama nigdy nie pozwalała mi oglądać „japońskich bajek”, by były „krzykliwe” i „pełne przemocy”.

Zupełnie inaczej niż reszta bajek. Czy w ogóle współczesny świat. Przecież.

Ale nadrobiłam w gimnazjum i liceum. Nigdy nie oglądałam anime jakoś szczególnie nałogowo, ale parę serii się capnęło. Do dzisiaj kiedy jest mi wyjątkowo źle po obejrzeniu Kolejnego Filmu z Zachodu, którego zakończenie dało się przewidzieć już w trakcie odczytywania tytułu, zapuszczam sobie jakąś serię na pocieszenie, gdyż:

a] jeśli chodzi o nieprzewidywalność scenariusza na Japończyków zawsze można liczyć (często nawet trudną ją zrozumieć – zakończenia „The Third – Aoi Hitomi no Shōjo” do dzisiaj nie skumałam);

b] mechy;

c] to, do czego zachodni kompozytorzy potrzebują pełnej orkiestry, japońscy osiągają przy użyciu połowy keyboardu i trzech strun skrzypiec;

d] z piosenki wątpliwej jakości (dla zachodniego ucha) potrafią zrobić tak mocny opening/ending dla serii, że człowiek nagle przyłapuje się na tym, że słucha j-popu.

Słucham j-popu. Choć śladowo, jednostkowo, kapryśnie i wybiórczo. Cóż. Jest taki j-pop, który gdzieś tak od okresu kredy mam ustawiony na budzik. I to jest ten z rodzaju energetycznych i przyjemnych, nie wkurzających. Nawet się chyba tego nie wstydzę.

Zmierzając do meritum. Dżuli zainspirowała mnie, co by podzielić się ze światem moimi ulubionymi piosenkami z openingów/endingów anime (na całe ścieżki dźwiękowe kiedyś przyjdzie czas). Co niniejszym czynię. Póki co, część pierwsza, czyli piosenki otwarcia.

Nie jest to ranking, nie będę wybierać na siłę jakiejś określonej ich liczby, po prostu będzie to, powiedzmy, składanka z ostatniej dekady mojego życia. I kolejność też będzie przypadkowa.

MELL – „Red Fraction” [Black Lagoon]

„Black Lagoon” zachwyciło masy, może dlatego, że ma w sobie coś z Tarantino. Jedyne anime, które mogłabym obejrzeć drugi raz z angielskim dubbingiem (powód jest dość oczywisty dla tych, którzy widzieli). Jeśli chodzi o piosenkę MELL – nie wsłuchujcie się za bardzo w tekst. Poglądowo można zobaczyć jeszcze pełną wersję utworu z okolicznościowym teledyskiem i remix, na swój sposób przyjemny.

COOL JOKE – „UNDO” [Fullmetal Alchemist]

Już pomijam fakt, że „FullMetal Alchemist” jest w moim prywatnym top 3 ulubionych anime wszechczasów (i to w obu wersjach – oddaję szacunek wersji pierwszej za zakończenie, po którym ryczałam trzy dni). Jeśli chodzi o warstwę muzyczną zdecydowanie wolę wersję pierwszą, bez podtytułu „Brotherhood”: Michiru ponad Akirę. Temat przewodni był lepszy. Openingi / endingi też. „UNDO” jest własnie tym j-popem, który przez długi czas miałam ustawiony na budzik.

Fat Jon – „Way of the Samurai” [Samurai Champloo]

O ile „FMA” jest w top 3, „Samurai Champloo” jest najbliżej mojego serduszka. Watanabe pokochałam najpierw za „Kid’s Story” i „A Detective Story” z „Animatrixa”. Później za „Samurai Champloo” i dopiero na końcu za „Cowboy Bebop”. Uwielbiam jego skrupulatność historyczną, którą sobie odbija z nawiązką w warstwie muzycznej. Tak więc era Edo i hip-hop. Bo niby dlaczego nie?

„Inner Universe” – Yoko Kanno f. Origa f. Ben del Maestro [Ghost in the Shell Stand Alone Complex]

Ten utwór podrzucam w pełnej wersji, bo jest niesamowity. Po pierwsze: Yoko Kanno, która sama w sobie jest skondensowaną niesamowitością. W dodatku bardzo wszechstronną. Do tego Origa z genialnym wokalem (rzućcie okiem na jej bio, jak wam się chce). No, i… uwaga, uwaga, sam Ben del Maestro. Tak, ten chłopiec ze ścieżki dźwiękowej do „Władcy Pierścieni”.

Ikimono-gakari – „Blue Bird” [Naruto Shippuden]

Harmonijka ustna. I już się mordka śmieje. I to nie jakaś melancholijna, pitoląca, tylko harmonijka po całości (jest szansa, że wydobywają ją z syntezatora, ale kto by sięprzejmował). No, i bardzo lubię, jak Japonki śpiewają po zachodniemu, z przepony, ha.

Toshiyuki Omori – „The Sacred Moon” [Shingetsutan Tsukihime]

Bardzo specyficzne anime i na pewno nie każdy przez nie przebrnie. „Sacred Moon” w openingu niesamowicie gockie, ale ze smakiem. Od samego początku otula nas odpowiednim klimatem.

MONORAL – „Kiri” [Ergo Proxy]

Dla wielu anime kultowe, dla mnie dobre (spróbuje jeszcze raz, może wtedy czas nie był odpowiedni). Jeden z najpiękniejszych openingów, jakie widziałam w życiu. Piosenka, którą się zarzynało w głośnikach nie jeden raz. Lubię takie gitary. I taki wokal. Koniecznie dobrnijcie do pełnej wersji.

~ * ~

Na pewno o czymś zapomniałam. Także nie krępujcie się mi tego wytknąć.

A na endingi przyjdzie czas, więc stay tuned.

Ziemia zeswatana, czyli „sushi w picie”

Parę dni temu moja Towarzyszka Olgierd zrobiła mi iście serialową interwencję i zarezerwowała mi bilety do Izraela.

Przypomniało mi się, jak Kapuściński opisywał swoje przygotowania do podróży po Indiach, starając się przeczytać jak najwięcej na ich temat. Ponoć tak mu już zostało, że zanim gdzieś się wybrał, czytał na temat tego miejsca wszystko, co miał w zasięgu ręki. Czytał i zastanawiał się, czy można kraj dobrze opisać po miesięcznej, półrocznej, rocznej wizycie uzupełnionej lekturą.

Obrazek

Moje przygotowania do tej wyprawy trwają pięć lat. Zaczęły się na mojej pierwszej w życiu lekcji hebrajskiego, kiedy rozbawił mnie zestaw słówek do wkucia, wśród których była nie tylko „woda”, ale i „wino”. Pomyślałam sobie, że to tak, jakby autorzy podręczników od polskiego umieścili przy pierwszej lekcji obok „ja” i „ty” „piwo” i „kiełbasę”, przemycając w ten sposób charakterystyczny element naszej rzeczywistości. I nie pomyliłam się chyba, bo już cztery lekcje później wiedziałam jak się mówi „wojna” i „żołnierz”.

Przez te pięć lat na temat Żydów i Izraela przeczytałam naprawdę wiele, przy użyciu pięciu języków, zarywając noce. Opasłe opracowania historyczne, akademickie artykuły o kabale, słodko-gorzkie powieści Alejchema, reportaże, aktualne newsy z frontu, blog Cahalu (armii izraelskiej). Na początku bez miłości, bo było to małżeństwo typowo chasydzkie: zawarte w głębokim zaufaniu do swatki. Jak widać, była to niezła swatka.

…i tak nabawiłam się przerostu teorii nad pustką ziejącą po praktyce. Ale nie zmienia to faktu, że zawsze można coś tam jeszcze przeczytać przed wylotem. Tym bardziej, że to Eli Barbur, o ciętym piórze, wielkiej wiedzy i niesamowitej świadomości Bliskiego Wschodu w ogóle (tym, którzy z tym regionem chcą być na bieżąco bardzo stanowczo nakazuję śledzenie jego twitta). W dodatku widać w jego tekstach nieopisaną frajdę z łowienia absurdów, co utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy co najmniej trzy wspólne zainteresowania.

I zawsze zastanawia mnie, skąd on wie TAKIE rzeczy:

Obrazek

Ale jak się doświadczenie dziennikarskie mierzy w dekadach i to w dekadach spędzonych TAM, na miejscu wydarzeń, to zdziwienie powinnam schować sobie w buty. Na obcasach.

[przerwa na chichot, albowiem Ehud Barak: }klik{, obcasy: }klik{, do the math tudzież wyobraźnia pracuje]

„Strefę Ejlat” czytałam parę lat temu, „Własnie Izrael” zostawiłam sobie דווקא! na tę okazję przedwylotową (z tego miejsca uprasza się o opanowanie wszystkich polityków i powstrzymanie się od interwencji zbrojnych w Syrii przynajmniej do momentu, w którym moja stopa nie dotknie płyty lotniska Ben Guriona, dziękuję, תודה רבה). Jak wskazuje podtytuł jest to „gadany” przewodnik po Izraelu, pełen przydatnych informacji i równie przydatnych anegdot. Pytania zadaje Krzysztof Urbański, Barbur stara się wszystko ładnie wyjaśnić, od podstaw, aczkolwiek warto sobie połączyć „Właśnie Izrael” z „Balaganem…” Pawła Smoleńskiego. Po pierwsze: dla utrwalenia, po drugie, dla uzupełnienia. Panowie od wielu lat starają się jakoś ten Izrael przybliżyć i… no, właśnie. Przybliżyć. Bo wyjaśnić się go nie da. Izrael to takie „sushi w picie”, jak to powiedział Kiedyś Ktoś, a Barbur jego słowa prztoczył.Obrazek

Po spędzeniu kilku upojnych nocy na tłumaczeniu twórczości izraelskich hip-hopowców o lekko syjonistycznym zabarwieniu szukałam czegoś mniej… dosłownego. W takich przypadkach zawsze można liczyć na ścieżki dźwiękowe do animacji, w tym przypadku nie Disney, a DreamWorks. I „Książę Egiptu”.

Powiecie: Hans Zimmer, a ja wam powiem, że psikus, bo nie. Owszem, napracował się tam, ale moim skromnym zdaniem wszystkie najpiękniejsze rzeczy z tego soundtracku nie zostały skomponowane przez niego. O dziwo. I o dziwo #2: ścieżka jest momentami BARDZO musicalowa i właśnie te momenty uważam za piękne. Już na wstępie przekupuje „Deliver Us” z gościnnym udziałem zawsze dreszczogennej Ofry Hazy (izraelska ikona), która później nagrała jeszcze 16 innych wersji językowych tej piosenki.  Do tego „All I Ever Wanted” w pięknej, delikatnej aranżacji (duet Zimmer – Gregson-Williams, ale o wiele wyraźniej czuję tu tego drugiego Pana).

Utworem, który bardzo stanowczo przykuł mnie do siebie było „The Plagues”. Musical, jak w twarz napluł. Dwóch braci w dialogu wrzeszczących na siebie, emocje, kłótnia, dźwięki stanowcze i bezkompromisowe. Ile razy to już widzieliśmy?… Za każdy razem, w każdej formie, w każdej opowieści przeżywam tak samo. Tutaj trochę bardziej, bo co chwilę wtrąca się taki chór, że się człowiekowi odechciewa grzeszyć.

A to wszystko spod pióra Pana Stephena Schwartza.

I już wiem, czego będę słuchać w samolocie. Zatem „Deliver Us!„. Najwyższy czas!

Obyło się bez trybików

Rzadko tęsknię do czasów gimnazjum, ale kiedy już tęsknię…

…to do tego, jak się wtedy czytało książki. Wszystko było nowe, świeże, nie dało się tego z niczym porównać, więc absolutnie każda, największa nawet Kalka z Mistrzów była fenomenem na skalę (tu wstaw swój ulubiony fenomen). Człowiek nie był jeszcze na tyle oczytany, żeby w trakcie zagłębiania się odrzucić książkę zniecierpliwionym gestem i wyrecytować na głos dalszą przewidywalną część losów bohaterów*.
* (a później, mimo wszystko książkę czyta się do końca, bo a nóż widelec w którymś momencie się pomyliśmy. Ale raczej kończy się to depresja, że „już nic nas nigdy w życiu nie zaskoczy”)

Jako fantastofil z godnym stażem, co raz trudniej znaleźć mi książki, filmy, gry, które zachwyciłyby mnie czymś zupełnie nowym, ewentualnie dobrym miksem wyświechtanych elementów. Dlatego ze łzami wzruszenia wchłonęłam przez osmozę ostatnio dwa tomy „Przedksiężycowych” Anny Kańtoch przyturlane mi przez Malitę, która czyta.

Panią Annę pamiętam z „13 anioła”, jej powieści bodaj debiutanckiej, którą czytałam w liceum. Nie pamiętam fabuły (ale to dobrze, bo zamierzam przeczytać drugi raz), postacie mi się majaczą, ale za to uniwersum! Jakie to było uniwersum! Pani Anna ma do tego rękę jak mało kto, co widać też w „Przedksiężycowych”. Co więcej, nie wyjaśnia od razu wszystkich zasad nim rządzących, jak drużynie geeków przed rozgrywką RPG storytellin’, więc czytelnik czuje się jak Wojciech Cejrowski rzucony w sam środek wioski Indian amazońskich. Może nawet mniej pewnie, bo nie każdy ma tyle tupetu co on. Albo jak Daniel Pantalekis, jedna z postaci „Przedksiężycowych”.

Zatem witamy w Lunapolis, gdzie nic nie jest ważne tak bardzo, jak progres i nowoczesność. Co jakiś czas projektowani genetycznie mieszkańcy muszą przeżywać na własnej skórze „Skok”, który oddziela od ich rzeczywistości to, co przestarzałe. Zabiera nie tylko brud i popsute przedmioty, ale także ludzi, którzy nie są wystarczająco „postępowi”, tworząc dla nich zupełnie nowy-stary świat. Dodajcie do tego postacie mając możliwość za odpowiednią opłatą modyfikować nie tylko swój wygląd, ale i zdolności, dodajcie unoszący się klimat lekkiego steampunku i mechanoidy. Można się zakochać. Nawet polecam.

Chciałam, żeby podczas czytania w uszach terkotały mi trybiki, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy je ostatnio słyszałam, więc jak zwykle w takich przypadkach, włączam opcję shuffle i szukam. Zupełnie jak w książkach fantasy: nie wiem czego, ale jak już to znajdę, będę wiedzieć, że dokładnie o to mi chodziło (pozdrawiam serdecznie genialną Eleonorę Ratkiewicz i Elfów z jej książek). Trybików nie znalazłam, ale przydarzyła się ścieżka dźwiękowa z „Ghost In the Shell: Stand Alone Complex”, część trzecia dokładnie. I Ben del Maestro(tak, tak, ten sam, którego słyszeliśmy we „Władcy pierścieni”) w „Flashback Memory Stick”. I etno –chór w „Torukia”. I cudnie romantyczna gitara „Mikansei Love Story”. Yoko Kanno, odpowiedzialna za cały ten cudny eklektyzm, rządzi od „Cowboy Bebop” i robi to niepodzielnie.