TEN moment każdej wojny

  • SŁOWA: SUZANNE COLLINS, „KOSOGŁOS”; VICTORIA AVEYARD, „CZERWONA KRÓLOWA”
  • MUZYKA: PETER & JACOB „THE RED QUEEN”; „HUNGER GAMES: CATCHING FIRE OST”

Zaczęło się od piosenki.

Choć jeszcze wcześniej był telefon od kolegi z wydawnictwa, który zapytał, czy może podrzucić mi powyższą. Puenta rozmowy była taka, że owszem, może, razem z książką (ha, ha).

Lubię tę nową modę opakowywania książek w jakiś kolorowy marketing, bo jest na ambitnym poziomie (jeszcze, za kilka lat pewnie sprowadzi się do wkładek z reklamami wklejonymi między treść). To znaczy takim, że nawet jeśli sedno, czyli literatura, okaże się średnio interesująca, to nadal nie czuję się oszukana, bo opakowanie mi to rekompensuje (jak w przypadku „Endgame”). Wtedy cieszę się kreatywnością ludzi od promocji, po prostu. Zdolne chłopaki i dziewczyny z Otwartego wpadli na pomysł, żeby w Polsce promować książkę muzyką, w dodatku cudownie gitarową, uzupełnioną bardzo ładną animacją. I tak powstała piosenka Petera & Jacoba, którą wrzuciłam sobie na respirator mp3 i tak sobie chodzimy razem od jakiegoś czasu.

…kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „Czerwonej królowej” na mojej twarzy pojawiło się wielkie skrzywienie, bo liczyłam, że będzie to YA, które przyniesie zaszczyt gatunkowi. Podobne uczucie szarga mną w momentach, kiedy zakochuje się w ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, a później oglądam go w kinie i obraz nie trafia do mnie już tak bardzo. Dla pewności zajrzałam na blog Dżuli, żeby przeczytać jej recenzję i okazało się, że jej myśli w temacie ją odwrotnie proporcjonalne do moich, a wszak Dżuli dobra jest w te klocki. Aż przestraszyłam się, że po prostu gorzknieję w starości i już nigdy nie będę mogła przeczytać żadnego YA z myślą „O, jakie to dobre”. Tylko zawsze będę szukała drobiazgów (?), do których można się przyczepić, a na Twitterze będę prowadzić żałosną krucjatę „Czy naprawdę wszyscy to łyknęli?”.  Że niby jestem taka mądra, dorosła i światła.

Mam niezwykle duże wymagania względem gatunku, bo rozpieściła mnie Pani Collins. Niezwykła Pani Collins.

Chwyciłam więc powtórnie za „Igrzyska śmierci”, które prawdziwie mnie dotknęły, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest taka, jak ją zapamiętałam, czy po prostu przeczytałam ją w idealnym momencie życia, i trochę ją przez to idealizuję. Wyszło na to, że to naprawdę mądra książka. I cenna. A mój problem z „Czerwoną królową” leży głównie w tym, że te książki w ogóle ze sobą porównuję.

„Kosogłosa” czytałam w okolicach premiery adaptacji „Igrzysk śmierci” (tak, najpierw było kino, później książka, nie jestem purystą w tej kwestii). W głośnikach leciało „Sarvation” Thomasa Bergersena, a mnie, ze strony na stronę, każde zdanie zaskakiwało co raz bardziej, bo docierało do mnie, że

„Igrzyska śmierci” to nie jest książka rewolucji. Ani o zwyciężaniu złych przez tych dobrych.

Nie jest to książka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie jest to książka o tym, że miłość do rodziny czy „tej drugiej połówki” wszystko zwycięży. Nie jest to książka o słuszności i pięknie walki, nie usprawiedliwia ona agresji, ofiar i wojny. Nie jest to książka, która powie wprost, czy gra była warta świeczki. I choć nie jesteśmy do takich treści przyzwyczajeni i nie tego spodziewaliśmy się po YA, to gdzieś w środku czujemy, że właśnie tak to wszystko działa. I że jest w tym prawda.

Po lekturze wielu stron opasłych, akademickich podręczników od historii, reportaży, artykułów i wywiadów, po analizie danych, dat, cytatów, po rozmowach z żołnierzami i aktywistami, po tym, jak na placu Rabina wyzywano mnie od zdrajców i najgorszych, bo (w sensie cielesnym, nie ideologicznym) stałam po przeciwnej stronie barykady dochodzę do wniosku, że w każdej, nawet najszlachetniejszej ideologicznie wojnie w końcu ktoś wypowiada te słowa:

Niestety.

Może kiedyś wyśmieję ten akapit, ale dzisiaj, na świeżo po przeczytaniu „Kosogłosa” po raz drugi wydaje mi się, że scena, w której siódemka ocalałych zwycięzców głosuje w sprawie zorganizowania ostatnich Głodowych Igrzysk tłumaczy jakiś straszny mechanizm tego świata.

[!] I jeśli scena w filmie zostanie zmieniona albo pominięta, pogłębi się moja nieufność w stosunku do amerykańskiej kinematografii tzw. boksofisowej.

Jest w tej książce niewymuszony morał, bez rozpisywania recepty na to, jak POWINNIŚMY postępować, co często zniechęca, bo przecież jako przedstawiciele najmądrzejszego (aha) gatunku na tym ziemskim padole, nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza. „Igrzyska śmierci” punktują nam grzechy, ale bez wytykania ich, bez głośnego obśmiewania, a nawet bez usprawiedliwiania ich. Jedynym elementem oceniającym czyny bohaterów są ich konsekwencje.

I za to bardzo cenię Suzanne Collins.

 

Reklamy

2 thoughts on “TEN moment każdej wojny

  1. To jedno zdanie Katniss uważam za jeden z lepszych momentów igrzyskowej historii. W sensie, tak wiele mówi o jej charakterze i o całej książce. Bo z jednej strony, chciałoby się ideały i hepi-endy, a z drugiej strony takie to prawdziwe, takie to autentyczne.
    Nie wolno takich kwestii ruszać w ekranizacji.

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s