Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Malita, która czyta jest niezmiernie wyczulona na słowną egzaltację i banał.

Wiem, bo daję jej do czytania swoje teksty (wypełnione jednym i drugim), w których zakreśla ostrą fuksją fragmenty napompowane emocjonalnym uniesieniem tej części mojej duszy, która kiedyś mogłaby stawać w zawodach (Wannabe-)Poetów Cierpiących na Wletschmerz (kategoria: teen, styl: wolny i z namysłem). Wszystkim grafomanom życzę takiej Mality.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Malicie (i mnie też) można wcisnąć historię prostą, miłosną, a nawet tak bardzo jednowątkową, że wręcz ociera się o banał. Ot, wystarczy ją niebanalnie napisać. Co zazwyczaj jest największym problemem.

[Tymczasem w przeszłości:]

Obracam w rękach książeczkę niedużą, lichą wręcz. Okładka raczej nieciekawa, na niej włosko brzmiące nazwisko. Tytuł: „Złomiarz”. I że to niby autora „Nakręcanej dziewczyny”, której nigdy się nie przeczytało, ale nasłuchało się przy okazji o nowym nurcie „eko-fantastyki” (z jakiegoś powodu wszystko, co przywłaszcza sobie przedrostek „eko-” wywołuje u mnie podejrzliwość).

– Polubię? – pytam Mality, bom nieprzekonana.

– Zakochasz się! – mówi ona z pewnością, która entuzjazmem zabija wszystkie moje wątpliwości. No, powiedzmy, że wszystkie, bo do przeczytania tej książki zbierałam się prawie rok.

Paolo Bacigalupi, jak na syna hipisów przystało, służy eko-idei, którą promuje w swoich eko-fantastycznych książkach. Mamy więc apokalipsę, oczywiście eko-, bez głębszych wyjaśnień (które akurat nie wszystkim książkom są potrzebne), morza pokryte maślana ropą, slumsy nadmorskie i porzucone wraki statków, które biedni mieszkańcy wybrzeża obierają do szkieletu z wartościowych odpadków. Proszę się jednak nie przestraszyć, w swojej służbie eko-idei autor nie jest natarczywy i nie będzie pukał do naszych drzwi z pytaniem „Czy mamy czas porozmawiać o ekologii?” (i tu parę cytatów z objawienia ojca Greenpeaca). Nie, nie. To tylko tło.

Bardzo niekonwencjonalne, klimatyczne, dobrze opisane, pachnące ropą naftową i rdzą tło dla… powszechnie znanej historii  z gatunku tych romantycznych.

Oto żebrak ratuje księżniczkę w przypływie (irracjonalnego?) współczucia dla bliźniego. Przedkłada ją ponad (jej) bogactwo (które mógłby spokojnie zwinąć), ratuje z opresji (licząc na to, że rodzina wyrazi wdzięczność pieniędzmi) i w końcu zakochuje się (tak troszkę, bez niekontrolowanego wykrzykiwania jej imienia w sytuacjach o podwyższonym ryzyku). Jest tu nawet zły wujek (wujowie i stryjowie to czarne charaktery prawie każdej z bliskowschodnich baśni, jestem bardzo na ten motyw wyczulona), jeszcze gorszy ojciec i jeden wątek, bez jakiejś politycznej, skomplikowanej obudówki (do której przyzwyczaiła nas fantastyka).

Nie pisze tego, żeby zedrzeć autorowi maskę z twarzy i krzyknąć „Aha! Mam cię!”. Tak naprawdę chciałam mu maskę pochwalić, bo jest wartością samą w sobie. Paolo Bacigalupi wymalował ją tak ładnie i tak klimatycznie, że tylko pozazdrościć pióra i wyobraźni. W czasie czytania „Złomiarza” można się utopić. W ropie naftowej. Jej ostry zapach drażni nos, tak samo z resztą jak pity przez bohaterów alkohol, jedzenie na ich talerzach i patroszone przez nich ryby. Warto zaznaczyć, że książka jest książką zwyczajną, nie pachnącą, jak niektóre wydania dzieł Cejrowskiego.

Serio. Kreacja tego mikro-świata jest tak intensywna, że człowiek czyta „Złomiarza” i odkrywa, że fabuła to czysta historia miłosna dopiero jak się głębiej nad tym zastanowi („No, dobra. Miłość. Coś jeszcze? Polityka? Nie. Eko? Bardzo trochę. Komentarz do problemów społecznych? Śladowy. Coś innego? Nie bardzo…”). Jakby ktoś chciał napisać coś takiego na poważnie i uniknąć egzaltacji, klisz, dotykania opuszkami palców, to powinien zapisać się do Pana Bacigalupiego na kurs korespondencyjny.

To było tak kontrastowe uniwersum, że dopasowanie do niego muzyki, bez konieczności komponowania jej samemu, było wyzwaniem. Najpierw szukałam u Japończyków, żeby było bardzo s-f apokaliptycznie, ale brakowało w tym otwartego morza i wiatru. Jak znalazłam błękitne morze i fale, to brakło rdzy i żelastwa. Wtedy zaczęłam tropić soundtracki po dzieciach w s-f, ale (genialne!) wiolonczele wojenne w „Ender’s Game” to byłby przerost. Ale Ender przypomniał mi o innej ścieżce dźwiekowej Steve’a Jablonsky’ego, którą męczyłam w wieku gimnazjalnym (czytając „Travelera” o ile dobrze pamiętam).

„Island” nie jest dopasowaniem idealnym. W swoich „jasnych” momentach („My name is Lincoln„) jest zbyt przestrzenna, co nie do końca pasuje do mikro-świata „Złomiarza” (nawet jeśli rzecz się dzieje na otwartym morzu). Mamy tu jednak wystarczająco „industrialne” (jak dla mnie) „Starkweather” i „Mass Vehicular Carnage„, choć brakuje w nich rdzy. W tej muzyce słychać, że „Island” to głównie pomieszczenia sterylne, niczym oddział położniczy w szwajcarskim szpitalu. Na szczęście, trochę przestrzeni i smaru pojawia się w jednym utworze z tej ścieżki dźwiękowej – „Renovatio„. Kto oglądał film, ten nie będzie widział w tym nic dziwnego.

Reklamy

2 thoughts on “Zardzewiała baśń z tysiąca i jednego wraku

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s