Babski odwieczny konflikt wewnętrzny

Wchodzę do domu rodzinnego, wzrokiem sięgam do piramidki książek, które moja Mum łowi w miejscowej bibliotece. I co widzę? Michalak. No, to musi być przeznaczenie. Jedna z tych autorek, która zalazła za powiekę całemu Internetowi (relacja na żywo z czytania „Gry o Ferrin” via Zombie Samurai na przykład, czy Notka Usiana Facepalmami Zwierza). 320 stron, czcionka jak w „Poczytaj mi, mamo”. Myślę: machnę. A co. Co prawda to tylko „Poczekajka”, a nie osławione romas-fantasy, ale, jak to mówi moja babcia: „Starcy!”.

Na całe życie.

Literatura w spódnicy, wielkich wymagań nie mam. Nurkuję więc w lekkich dialogach, przymykając oko na kompletnie irracjonalne sytuacje, w których się toczą i od czasu do czasu pojawiający się czerstwy dowcip (słowo daję, to był pierwszy raz, kiedy nie rozśmieszył mnie błąd ortograficzny). Przymykam oko do póki, do póty nie stwierdzam, że bohaterka Pipi wcale nie jest uroczo trzepnięta, tylko po prostu głupia w najgorszy z możliwych sposobów – jest żałośnie głupia.

A później rzucam okiem na informacje o autorce i robi mi się nieswojo tudzież brzydko w serduszku, bo czuję, że nie obraziłam Pipi, tylko żywego człowieka. Niechcący. Bo z zasady zastanawiam się pięć razy, zanim nazwę kogoś żałośnie głupim.

Jedna z blogerek zadała Pani Michalak genialne pytanie: „Czy bohaterki z twoich powieści mają coś wspólnego z Kasią Michalak?(…)”. Nie wiem, jak na nie wpadła. Może zasugerowała się kilkoma wskazówkami w notce biograficznej na skrzydełku (znajdź pięć różnic w porównaniu z opisem Paprycji)?… Nie wiem. W każdym razie odpowiedź była równie zaskakująca:

Najbardziej utożsamiam się z Patrycją z Poczekajki, ale każda postać jest mi bliska. Kiedyś rzeczywiście czułam potrzebę umieszczania choć odrobiny siebie w książkach, teraz uważam, że istnieją ciekawsi bohaterowie, niż ja. :-)

„Odrobiny”.

Chęć umieszczania siebie samej w książkach, w roli heroiny idealnej, bez wosku + w świecie wymarzonym (czy to chatka, czy to elfie królestwo) + oczywiście, obok perfekcyjnego mężczyzny zabiegającego o nasze względy, jest tak odwieczna, jak najstarsi Indianie i legenda miejska o tym, że koka kola była kiedyś zielona. Jestem prawie pewna, że kiedy w ogrodzie Eden Bóg grzmiał „I będziesz dzieci rodzić, a mężczyzna będzie nad tobą panował” dodał jeszcze: „a bohaterka każdej książki, którą napiszesz będzie niebezpiecznie podobna do ciebie, na twój wzór i podobieństwo będzie stworzona”.

Bo myślicie, że niby skąd na świecie wzięło się tyle fanfickow. Wizja sprzątnięcia Pottera sprzed nosa Ginny jest niezmiernie kusząca. Pytanie tylko, skąd wzięła się w nas potrzeba dzielenia się tymi osobistymi fantazjami z szeroką publicznością (Ja tam nie wiem, bo nie dość, że nigdy nie napisałam żadnego fanficka, to jeszcze dwa tygodnie się zastanawiałam, zanim posłałam swoje opowiadanie na licealny konkurs literacki). I, przede wszystkim – dlaczego inni chcą to czytać (bo chcą).

Znajdź pięć różnic.

Przez pierwsze paręnaście stron „Poczekajki” byłam pewna, że to całkiem niezły pastisz, autoironia i satyra-na. Utwierdzał mnie w  tym przekonaniu dość przaśny (w sensie cepeliowym) motyw romansowy. Później się okazało, że ten Amre to tak na poważnie. W głowie zaświtała mi myśl, że może to jest powieść moralizatorska na zasadzie: jeśli jesteś 25-letnią dziewicą i nadal szukasz swojego idealnego ukochanego z wbudowaną elfią gracją (tak, tak, tam wszyscy faceci zeskakiwali z konia niczym Glorfindel himself), z którym zamieszkacie w leśnej chatce, to przestań, bo świat jest ZŁY (i ja ci ten mrok świata jeszcze przerysuję dwa razy w tasiemcowym rycie i manierze „Dlaczego ja?!”, żeby dotarło do tego naiwnego łebka). To by było nawet spoko. Choć cholernie niesprawiedliwe.

Ale nie. Bo następują dwie, ostatnie strony. Gdzie po tych wszystkich pożarach, ukrytych żonach, gwałtach, zwrotach akcji, palpitacjach, emocjach w deszczu, intryGACH (przez duże GACH) i pięknych-ale-złych mężczyznach następuje, a jakże, happy end.

Mój kolega Janek znalazł kiedyś w czeluściach internetów gifa idealnego na podobne okoliczności.

Tak więc zmagamy się ze sobą. Bo skłonności do happy endów mają w nas, kobietach, równie głębokie korzenie, co chęć stania się Heroiną Równie Epicką, co Historia, w której się Uczestniczy. Jedne z nas wygrały parę bitew (bo wojna nie dość, że odwieczna to jeszcze wieczna – co by podbić poziom jej epickości, rozmachu, chórów w tle). Inne przegrały. Po czym ktoś je wydał. I szczerze mówiąc, nie wiem, komu bardziej zazdrościć, bo te wydane wcale na tym tak źle nie wyszły. W sensie finansowym. Pisałam już, że nie skreślam na wstępie autorek, których zdjęcie na okładce mylę z ilustracją ich powieści przedstawiającą główną bohaterkę bo, trzeba przyznać, że niektórym udało się napisać o sobie dość jawnie, ale bez jakiejś większej żenady. Np. Jane Austen. Tak, Jane była w tym całkiem niezła.

Ale niektórym się nie udało. Więcej, z tego, co mi donieśli męczennicy „Gry o Ferrin” – motyw jest powtarzany, ciśnięty, recyklingowany i z uporem mielony na nowo, nawet bez zadania sobie trudu, żeby wymyślić sobie nowe, wymarzone imię. Pani Anaelo. W dodatku godząc w dobre imię fantasy, gatunku literackiego, który w dobrych, pisarskich rękach, potrafi zrobić z ludźmi i ich spojrzeniem na świat cuda.

Są rzeczy, które można sobie napisać, ale naprawdę nie godzi się ich wydawać. Dla własnego dobra.

[I dobra innych, bo przecież słowa to odpowiedzialność – jadąc prawdziwym banałem]

A wiem co mówię, bo sama nie wydałam jeszcze nic.

____

P.S. Taką „Poczekajkę” dla gimnazjalistek (choć emocje bohaterów były szargane w o wiele mniejszym stopniu) napisałam, kiedy miałam 14 lat i dostarczałam ją koleżankom z klasy w odcinkach NA DYSKIETKACH (same chciały). Często zastanawiam się, ostatnio nawet na poważnie, czy przypadkiem tego nie wydać pod pseudonimem. Żeby mieć na chlebek.

Smutne to czasy jednak.

Reklamy

18 thoughts on “Babski odwieczny konflikt wewnętrzny

  1. Czytać nie czytałam i nie zamierzam. Nie po tej fali facepalmów ogólnych ^^
    Niemniej, jak patrzę na plany wydawnicze p. Michalak, to szacuneczek, 10 pozycji na rok 2014 (vide statystyki pod przywołanym przez Ciebie wywiadem). Ilość, ilość. Bo chyba nie jakość, co?

    1. Niczym Stiwen K.

      Z jakością jest ciężko. (Pozytywnie) Rozbawiła mnie Pani radosnymi dialogami, ale… Pamiętasz jak gadałyśmy o mieszaniu archaizmów z kolokwializmami? Albo o składni łacińskiej, która w sumie spoko jest, ale nie nagminnie?
      A najbardziej mnie zabolało, jak w jednym akapicie przeskoczyła narratorem z punktu widzenia jednego bohatera wprost do mózgu drugiego.
      To już takie czyste technikalia…

  2. Wzruszyłaś mnie tym ptakiem :D :D :D
    Ta cała Michalakowa to jakieś nieporozumienie chyba, bo kto tak o sobie pisze w ogóle? Kto to wydaje? A przede wszystkim – KTO TO CZYTA? I czemu w ogóle na poważnie? [tutaj gif: Kowalska próbuje zrozumieć co się wydarzyło na polskim rynku wydawniczym] (tak, Kowalska to ja). Nie ogarniam w ogóle. I kijem nie dotknę.
    No masakra.

  3. Tralalala, jak ja lubię teksty o Autorkasi ;3 W Internecie niezmierzona ilość peanów, na jej blogu cenzura większa, niż na Esiątku Kominka, a na targach książki w Krakowie pani Michalak tuż obok Tokarczuk i Bator.
    Michalak ma całkiem lekkie pióro – gdyby człowiek pominął idiotyzmy, to czyta się jej książki całkiem szybko. Ot, wrzuca się je w siebie – jak mięso do maszynki – i równie szybko wypluwa. I działa terapeutycznie poprzez to swoje ciągłe wałkowanie tematu spełniania marzeń, księcia z bajki itp. Chociaż tak naprawdę ona tam ciągle spełnia swoje marzenia. Wciąż i wciąż jest bohaterką swoich książek (a czasem nawet faktycznie się w nich pojawia, jako czarownica pomagająca bohaterce lub jako jedna z bohaterek, wskazująca głównej heroinie drogę do gwiazd – i to pod swoim imieniem i nazwiskiem).
    Co do fanfików, to się wypowiem, albowiem namiętnie pisałam z sukcesami (a co!)- okazuje się, że fanfiki opakowane w „oryginalną fabułę” stanowią niezwykle dochodowy interes. „Gra o Ferrin” to nic innego, jak fanficzek z blogaska na Onecie, gdzie główna bohaterka jest Mery Sue, pół wilą, pół driadą, pół czarownicą czystej krwi, praprawnuczką Gryffindora, w której kocha się (czasem miłością cielesną, czasem duchową) Harry, Draco, Cedrik, Ron, Syriusz, Lupin i Snape. A na końcu okazuje się, że jest córką Voldemorta. I ratuje wszystkich siłą miłości. Nadaj bohaterom inne imiona i sukces wydawniczy murowany (patrz też casus Greya).
    Także Ty się nie zastanawiaj, tylko publikuj swoje opowiadanie pod pseudonimem i zarabiaj piniążki. A my Cię później, blogerzy-niespełnieni-sfrustrowani-grafomani zjemy :D

    Jesteś hardkorem? Zerknij tu! http://patrz.pl/filmy/poczekajka – teledysk do „Poczekajki”
    Mówią, porzuć marzenia, to wielka gra nie twój sen…. ;D

    1. Opo… opowiadanie?! Toż to było 313 uczciwych, pełnych stron książki dla nastolatek! Z okładką i podziękowaniami na końcu! Jedyna książka w moim życiu, którą zaczęłam i dokończyłam, tak btw.
      Nawet zaczęłam pisać sequel.

      Akurat opowiadania piszę takie, że nie ma wstydu. Więc luz.

  4. Weź wydaj te twoje dyskietki – pod pseudonimem, oczywiście. Wiesz jakim: Autorka Kasia, a jakże! Skoro poziom podobny, to będzie w sam raz, fanki różnicy nie zauważą i łykną jak pelikany, a wtedy Ty będziesz łykać tyle chlebka, ile tylko zapragniesz ;-)

  5. I aż ma się ochotę sięgnąć po takie grafomaństwo, tak z czystej przekory, żeby mieć swoje zdanie. Choć prawdopodobnie książka wiele by zyskała, gdyby na marginesie znalazły się przypisy sfrustrowanych czytelniczek – to, ja myślę, byłby dopiero hit wydawniczy.
    A dyskietki to można nawet spróbować w pleść w fabułę – ta konsternacja młodszych czytelników nad pojawieniem się nazwy ikonki z Worda w tekście. Wtedy by Internet szalał. ;)

    1. To jest genialny pomysł. Dzieła Pani Kasi z przypisami czytelniczek. Jak Talmud Babiloński z komentarzami Rasziego.

      Koszyki z tanią literaturą w Biedronce są nasze :D

  6. Tak, tak – widziałam i ja te facepalmy u zwierza, ale też postanowiłam sprawdzić, z jakiego powodu te peany na temat „twórczości” Pani K. M. w internecie. Los mi rzucił w rękę „Mistrza”… Niech Cię ręka, boska lub jakakolwiek inna, przed nią broni.
    Fakt, czytało się szybko, ale takich głupot to ja – nawet nastolatką kiedyś będąc, nie czytałam. I doprawdy – nie ogarniam skąd te fanki się biorą.

    Pozdrawiam

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s