Czy powinnam odesłać książki Łukjanience?

Sprawa Ukrainy od początku protestu na Majdanie zajmowała mi bardzo dużo RAMu. Jeszcze więcej zaczęła zajmować podczas eskalacji konfliktu – doszły emocje. Obrazki z telewizji przeżyłam bardzo, a do egzaminów uczyłam się z lewą ręką na linku do odświeżania Twittera. Chciałam tam być. Fizycznie też.

Nie miałam złudzeń, co do mocy sprawczej zachodniej dyplomacji w tej sprawie (pole manewru wąskie niczym wenecka uliczka), ale z rosnącą frustracją czytałam wszystkie oficjalne oświadczenia jej przedstawicieli. Jednak protestujący na Majdanie nie zawstydzili tylko zachodnich struktur politycznych. Zawstydzili też mnie samą, jako osobnika wyrosłego w zachodniej cywilizacji, który za przysłowiowy telefon służbowy i karnet do multisportu będzie siedział cicho i scrollował kwejka. Nawet jak podwyższą Ci wiek emerytalny, ceny za benzynę, wprowadzą czesne za drugi kierunek i podpiszą ACTA… a nie. Jak będą chcieli ACTA podpisać to ruszymy na ulice, bo nie będzie się wtedy dało dalej scrollować kwejka.

Strona główna mojego Twittera jest spełnieniem wizji Plutarcha Heavensbee z „W pierścieniu ognia” o przepływie informacji w mediach Panem

Jaką będzie miała suknię? Chłosty. Jaki będzie wyglądał tort? Egzekucje. Kto będzie na tym ślubie? Strach.

Zdjęcia ofiar przemieszały mi się z opiniami na temat najnowszego odcinka „Arrow”, a doniesienia o posunięciach Rosji z komentarzami z Oscarów. Tylko tyle, że w tym wypadku nie czuwa nad nami żaden prezydent Snow.

Pan Siergiej ma u mnie swój osobny kopczyk.

Powyższe akapity nawiały mi spod palców, czego się chyba spodziewałam, bo nie wiem, jak mogłabym napisać o Ukrainie, nie ujmując tego wątku. A muszę napisać, bo temat wdarł się niespodziewanie w tematykę poruszaną w niniejszym skrawku sieci.

Siergiej Łukjanienko to jedyny rosyjski pisarz fantasy i s-f, którego jestem w stanie czytać bez prześmiewczego chichotu. I od gimnazjum robię to z wielką przyjemnością, bo świat, który stworzył w „Patrolach” jest jednym z najbardziej klimatycznych i kreatywnych, w jakich było mi się dane znaleźć (aczkolwiek „Ostatni patrol” wdaje mi się być słabym zakończeniem serii). I WTEM! czytam sobie na BookLips, o tym, co nawypisywał na swoim blogu.

Zaznaczam, że nie znam rosyjskiego. Jestem więc skazana na tłumaczenia fragmentów zawarte w newsach, których kontekst nie jest dla mnie ujęty zbyt jasno (jak to w newsach). Autor pisze o tym, że Ukraińcy obrażają jego ojczysty język – nie uściślono, w jaki sposób. Można się tylko domyślać, że to coś poważnego, bo zakazał tłumaczenia swoich książek na ukraiński. Nazwał ukraińskich pisarzy, którzy wspierają protest na Majdanie i piszą w języku rosyjskim „półgłówkami” – ale nie jestem pewna za co (za to, że wg niego są hipokrytami?). Dlatego jeśli ktoś z was ma dostęp do tłumaczenia wpisu Łukjanienki w całości – bardzo poproszę. 

Nie ma takiego kraju, jak Ukraina, i nigdy nie powinno być. To będzie albo część Rosji, albo polski protektorat.

To jest kluczowe zdanie, które wywołało najwięcej kontrowersji. Znowu wyrwane z całości, ale można domyślić się jego ogólnego wydźwięku po reakcji samych Ukraińców, którzy w ramach protestu zaczęli odsyłać autorowi jego książki.

Jak to uczą – pojęcie „naród” zdefiniować trudno. I dlatego trudno narodom udowodnić, że są narodem, szczególnie tym, którzy się ocknęli w przeciągu ostatnich 100-150 lat. Palestyńczykom wszyscy wytykają, że nie było mowy o narodzie palestyńskim, do póki za płotem nie pojawili się Żydzi wracający z diaspory. Ale pokażcie mi jeden naród, który wykształcił się bez czynnika „wspólny wróg”. Ponoć narodowi należy się własne, suwerenne państwo. Uważam, że są to rzeczy, których nie można ludziom odmówić, jeśli wspólnie i spójnie wyrazi gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swój własny los.

I przez „suwerenność” mam na myśli głównie suwerenność wewnętrzną (bo w stosunki międzynarodowe i tak jesteśmy wszyscy zakałapućkani na amen, co z resztą widać na załączonym obrazku z Obamą i Krymem w tle). I tutaj Palestyńczyków i Ukraińców łączy to, że po wywalczeniu tego kawałka ziemi dla siebie, sytuacja wymknęła się z rąk owego narodu i przeszła z ręce grupki ludzi, która niekoniecznie temu narodowi odpowiada. Jak to się mogło stać? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem dlaczego w naszym kraju od kilku kadencji rządzą osoby, na których nikt z nas nie głosował (bo przecież nie chodzimy na wybory) i wszyscy się z nich nabijamy. Na szczęście – tylko się nabijamy, a nie boimy się ich.

Jeśli dobrze zrozumiałam, Łukjanienko dziwi się Ukraińcom. Ja się nie dziwię, choć widziałam Ukrainę tylko „z wierzchu”, ale już w tych górnych warstwach było widać, jak  bardzo choruje środek. O korupcji i prawdziwej średniej krajowej opowiadali mi miejscowi. O „zniknięciach” i warunkach, w jakich żyją ludzie w wioskach – też. Sama, oprócz kilku okolicznych wsi (w sensie dosłownym „zabitych dechami”) widziałam tylko Lwów. Miasto, w którym jeździ się albo najnowszymi modelami aut prosto z salonu, albo zardzewiałą blachą na kółkach. W którym przed lśniącą witryną sklepu znanego projektanta stoi babuszka z bukietem kwiatków w ręce, które sprzedaje na sztuki. W którym wszystko jest albo śmiesznie tanie, albo astronomicznie drogie. W którym ludzie „z góry” mają galeony i niedźwiedzie w ogródku za kradzione pieniądze, a zwykli ludzie po wejściu do marszrutki, nawet z końca busika przekazują przez współpasażerów hrywny za przejazd do kierowcy. I nikogo nie trzeba pilnować.

Tam nie było nic pośrodku. Były tylko skrajności. Dlatego uważam, że ewidentnie nie było tam dobrze. I dziwię się Panu Łukjanience, że dziwi się protestującym Ukraińcom. I że jeszcze ich obraża. Ludzi, którzy, jak już wspomniałam, zdołali zawstydzić Zachód i pokazać, że cierpi na chroniczne glinostopie.

Czy w takim wypadku wolno oddzielić osobę autora od (dobrej) literatury, która napisał? Czy należy się tylko dziwić, że „taki fajny autor, a taki dziwny człowiek”? Czy należy wyrzucić ze swojej biblioteczki wszystkich tych, którzy byli np. zadeklarowanymi antysemitami? Czy tylko wystrzegać się zakupu „Mein Kampf”?

A może zrobić coś zupełnie  innego?

Reklamy

5 thoughts on “Czy powinnam odesłać książki Łukjanience?

  1. Hm… Sądzę, że warto umieć oddzielić twórczość od jej twórcy, ale wiadomo – czasami bywa to bardzo trudne. Łukjanienki nigdy nie czytałam, ale od zawsze czułam się niespokojnie zachwycając się filmami Polańskiego, a ostatnio, po oskarżeniach jego córki, bardzo nieswojo uwielbiając filmy Woody’ego Allena. Z jednej strony nie chce oceniać ich dzieł przez pryzmat życia prywatnego, a z drugiej, przyglądając się uważnie nagle doszukuję się dewiacji w samych filmach. Trudna decyzja i zdecydowanie bardzo nieprzyjemna.

  2. Ja mam do niego takie samo podejście jak do Cejrowskiego. Świetny pisarz / podróżnik ale jako człowiek… udusiłabym gołymi rękami!

      1. Bardzo często na spotkaniach autorskich wypływają tematy polityczne i zaczyna robić się niebezpiecznie :) W polemikę z Cejrowskim bym nie weszła, bo by mnie zmiażdżył więc mogłabym użyć tylko siły haha ;)

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s