Można nie kochać Wiedźmina. Za to piszczałki trzeba

Nie mam nic przeciwko pisaniu dla kasy, o ile owo pisanie jest (przynajmniej) tej kasy warte. Także nie fukałam po usłyszeniu wiadomości, że Sapkowski postanowił uraczyć nas uzupełnieniem sagi o Wiedźminie. Bardziej ciekawa byłam, jak autor wybrnie z tak niezręcznej sytuacji (bowiem niezręcznie robiło się przy czytaniu czyichś anonimowych komentarzy o tym, jak „Żmija mu nie wyszła, a wódka przecież kosztuje”).

Nie jestem jakimś wyznawcą Sapkowskiego. Podoba mi się świat, który stworzył w „Wiedźminie”, podoba mi się fundament mitologiczny. Lubię go też jako gryzipiórka – dialogi, które pisze i dynamiczną formę. Nie pałam wielkim uwielbieniem do bohaterów, których sobie obiera na pierwszy plan (szarość, praworządna neutralność starająca się zachować równowagę, nie opowiadając się po żadnej ze stron? Hm. Nawet sam Sapkowski się z tego nabija w trylogii husyckiej), ale nie jestem w stanie przejść obojętnie obok postaci drugoplanowych.

Do dzisiaj pamiętam pełne nazwisko Cahira. Parę razy udało mi się zaszpanować tym w towarzystwie.

I choć Sapkowski nie dźgnął mnie palcem w serduszko, to dźgnął mnie na pewno w główkę. Nie przez swoich bohaterów, a swoja własną, autorską osobę. Właśnie podczas czytania jego tworów w gimnazjum pomyślałam sobie po raz pierwszy, że fantastyka to swoiste traktaty filozoficzne, tylko trzeba wiedzieć, jak je czytać. Gdzieś w głębinach serduszka chyba nadal zgadzam się z tą tezą – jako czytelnik i jako autÓrka.

„Sezon burz” czytało się z lekkością i chichotem zrodzonym z sentymentu. Bardzo podobało mi się  ostatnie 20 stron. Ale ja mam słabość do Apokalipsy. Jej mini-odmian też.

Na tę specjalną okazję odgrzebałam coś naprawdę wyjątkowego. I równie sentymentalnego. Moją fascynację z liceum, którą wcisnęła mi w łapki Koleżanka Mru. Odkrywałam wtedy wszelakie odmiany folku i etno – od wikińskiego metalu typu XIV Dark Centuries przez melodyjnego Hevię i jego dudy, aż po tak zwany new age Adiemusa. Moi rodzice wspominają ten czas jako erę lekkiego niepokoju. Tym bardziej, że ich Altusy (głośniki takie) już od dawna stały w moim pokoju i dudniły wesoło razem z pogan-wiking-metalheadami.

Piękne czasy. W których nadszedł Maleńczuk. Bez Pudelsów już, za to z Consortem.

Nie tylko parapet. Na biurku też lubię siedzieć.

Maleńczuk, bo kto artyście zabroni, swego czasu nawrócił się na catingi, czyli średniowieczne pieśni poetyckie. Konkretnie na Cantigas de Santa Maria, które w XIII wieku był napisał w chwilach religijnego uniesienia król Kastylii i Leonu, Alfons X Mądry. Zrobił Maleńczuk na początku wieku XXI wersje swoje własne. Consort dostarczył porywającą wokalem Wandę Laddę i kilka średniowiecznych gadżetów: lirę walijską, piszczałki i różne kobzowate dziwy, a to wszystko uzupełniały perkusjonalia, wydawać się, bardzo współczesne. Kilka cantig był artysta zabrał królowi, parę historii sam dopisał i oto proszę. Płyta cała. „Cantigas de Santa Maria”.

Możliwe, że to był moment, w którym zakochałam się w piszczałkach. Spróbuj posłuchać i się nie rozradować. Albo nie jarać.

Reklamy

One thought on “Można nie kochać Wiedźmina. Za to piszczałki trzeba

  1. Muszę przyznać, że jednak bardziej niż piszczałki jara mnie wiedźmin. Nawet odgrzewany po tysiąckroć…
    (a z eksperymentów na pieśniach dawnych to zdecydowanie Sting i „Songs from the Labyrinth”, to co prawda renesansowo, ale cudne).

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s