Książka, której nigdy bym nie przeczytała

„Ależ to był gniot…” – rzekła koleżanka, kiedy po ekranie zaczęły pełznąć napisy końcowe – „Ale oglądało się tak przyjemnie!”

Trudno się było nie zgodzić. Z obiema uwagami. Tym bardziej w momencie, kiedy okazało się w ilu rolach obsadzony był Hugh Grant i co najmniej połowa była dla mnie zaskoczeniem (brawa dla kreatywnego charakteryzatora). Tym bardziej, że nie do końca jasne dla mnie było… w zasadzie wszystko. Kilka historii zlepionych w jeden film i cóż z tego, skoro każdą z nich kiedyś już widziałam. Fajnie, że w każdej wykorzystali ten sam zestaw aktorów. Fajnie, że łączy je kometa na skórze. Nie fajnie, że nic z tego nie wynika – oprócz tego, że strach przed inkarnacją w drzewo można z oddechem ulgi posłać do przeszłości i nazwać ciemnogrodem.

Skąd ten zachwyt nad książką? Oto wielka tajemnica wiary „Atlasu chmur”.

I nawet bym się nie pofatygowała, żeby ją odkryć, gdyby Malita, co czyta nie wcisnęła mi książki w łapki. Kiedy ktoś ci wciska książkę w łapki, to się nie odmawia. A kiedy robi to Malita, to nie tylko się bierze bez marudzenia, ale i oddaje dopiero po przeczytaniu.

Pidżamy w małpy jako symbol leniwego poranka
Pidżama w małpy jako środek artystyczny podkreślający leniwość poranka

Naprawdę sięgałam po „Atlas chmur” z myślą „A, miejmy to już za sobą”. Najpierw zwróciłam uwagę na jej budowę, która była pierwszym sygnałem, że adaptację nieco spaprano. Później przebrnęłam z bólem przez część pierwszą. I w końcu zakochałam się, po pierwszym akapicie części drugiej. Dalej poszło bardzo gładko.

Nie wiem, czy wiecie, ale pisanie o muzyce instrumentalnej, a w szczególności opisywanie, „streszczanie” jej jest bardzo trudne. O wiele trudniejsze od pisania o książkach, czy filmach. Nie tylko dlatego, że wypada mieć jako-takie pojęcie w zakresie teorii muzyki, odpowiednio rozbudowany słownik i, przede wszystkim, trzeba coś słyszeć (a o to bardzo trudno w kraju, gdzie większość obywateli klaszcze na raz). Trzeba mieć w sobie artystę, najlepiej muzyka, aktora i poetę jednocześnie, po to, żeby umieć się wsłuchać, wczuć, a później jeszcze umieć to wszystko przelać na papier. Tak, żeby czytelnik usłyszał te opisywane frazy.

Listy Roberta Frobishera. Tym rozmiękczył moje uprzedzenie autor „Atlasu chmur”. Opis snu o spadających naczyniach to idealny przykład tego, że pewne rzeczy warto jednak zostawić na papierze i nie starać się ich ekranizować. Choć doceniam próbę, to nie mogę wybaczyć reżyserowi i scenarzystom, że tak spłycili niektóre wątki (np. historia Sonmi-451). Mitchell nie dość, że pięknie włada słowem, miał świetnym koncept, to jeszcze udało mu się zawrzeć w „Atlasie chmur” kilka mądrych wniosków. Trochę przykro, że w filmie nie udało się pokazać nawet tego ostatniego.

I tak, w końcu, po latach, liberalne podejście do zasady „najpierw pierwowzór, później adaptacja” oraz „nie oceniaj książki po jej adaptacji filmowej” prawie się na mnie zemściło. Ba! Naprawdę nie tknęłabym patykiem „Atlasu chmur”, gdyby nie Malita, co czyta. Za co, z wdzięczności, popisałam jej trochę (bardzo) marginesy „Listów….” zapisem licznych przeżyć własnych i własnych wykrzyknień. Ołówkiem.

…i nic nie słuchałam podczas czytania, bo przez większość czasu byłam w lesie (w lesie i górach odtwarzaczo-respiratora używam z tak zwanego rzadka). Z resztą i tak bym nie mogła nic puścić, bo w głowie grała mi partytura Frobishera. Żal było zagłuszać.

Reklamy

8 thoughts on “Książka, której nigdy bym nie przeczytała

  1. A ja wciąż wyczekuję odpowiedniego momentu na tę powieść, chociaż wcale się do książki nie uprzedziłam po ekranizacji, bo… bardzo film lubię :D Dla pewności obejrzałam trzy razy, w różnych odstępach czasu, i autentycznie zachęcił mnie do powieści (co ja poradzę, że mam wyjątkową słabość do Toma Hanksa, do Halle Berry i Hugo Weavinga). A teraz, radując się Twoją recenzją, przesuwam „Atlas Chmur” na wyższą pozycję na liście oczekujących na przeczytanie, bo widzę, że naprawdę warto :D

    1. Warto. I w ogóle głęboki szacun za tłumaczenie.

      * Proszę się nie rozpędzać i nie określać moich tekstów „recenzjami” :D Wolę prostować podobne pomówienia od razu ;)

  2. „Atlas” mnie zachwycił bez miary, i film podobał się też, choć bez literackiego pierwowzoru bym się pogubiła galanto. A tłumaczenie jest po prostu znakomite!
    PS. Niniejszym uznaję powyższy wpis za zachętę do dalszego wciskania książek.

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s