Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

Z cyklu: trudne wyznania.

34de2ca8488111e3b55122000a1f9be7_8
Myszkovska (l.20-ileśtam). Twierdzi, że kocha swój parapet.

Trudna jest to miłość, bo niewygodnie, ale za to niezmiernie romantycznie.

Nie wiem kto jest winiem mojej słabości do czytania na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych. Prawdopodobnie wszyscy filmowcy, którzy umieszczali w swoich filmach przekaz nie do końca podprogowy, ze czytanie na parapetach/ gałęziach/ urwiskach skalnych jest osoom, i każdy fajny bohater, który później okazuje się głównym, to robi.

„Listy starego diabła do młodego” pewnie czyta.

To jest taka czytelnicza wersja „Cool guys don’t look at explosions”. Serio.

Swój parapet w Krakowie lubię, ale raczej głęboką nocą, kiedy Szalom Awenju na chwilę przestaje się tłuc milijonem aut, tramwajów i autobusów. Ale w lipcu, o trzeciej nad ranem nie ma lepszego miejsca do kontemplacji przysłowiowego życia, śmierci i gier RPG. To też mój ulubiony czas i okoliczności na pisanie, grafomanienie bezwstydne o moich własnych, prywatnych światach i innych tego typu bzdurkach.

Filmowcy wam tego że pokażą, ale kiedy zapalasz lampkę przy otwartym oknie o trzeciej nad ranem w lipcu, możesz się spodziewać stad irytujących ciem o skłonnościach samobójczych roztrzaskujących się o żarówkę, która niezbędna ci w procesie czytania. Więc, czytasz, powiedzmy, do czwartej, a do piątej wyrzucasz z pokoju nabyty niechcący inwentarz.

(w przypadku gałęzi jest tak, że zaraz oblezą cię pająki i skorki, a w rdzeń kręgowy wbijać ci się będzie wyjątkowo irytująco wypukły kawałek kory)

ec53442248bd11e3a82a1204e629ce97_8Naprawdę nie rozumiem tej swojej trudnej miłości, ale pewnie wynika to jakichś typowo kobiecych kaprysów serduszka. Na parapecie na przykład (tym w stronach rodzinnych, nie-krakowskich) pochłonęłam bite 500 stron „Czasu Żniw” Samanthy Shannon, jeszcze w listopadzie, w czasie bardzo krótkim, bo spieszno mi było przed wylotem.  Z tempem nie było problemu, bo książka należy raczej do lekkich, łatwych i dziewczęcych. Nie jest to może poziom „Igrzysk Śmierci” (których zawsze w towarzystwie bronię i na siłę wywlekam z szufladki „lekkie czytadełka dla gimnazjalistek”), ale też nie jest to rzecz nad którą załamywałam ręce z rozpaczy.

Z literaturę dla kobiet (tych starszych i młodszych) traktuję z pewną dozą wyrozumiałości. Nie tylko dla autorek (których zdjęcie na skrzydełku często mogłoby być ilustracją przedstawiającą główną bohaterkę, ale trudno mi jest w nie rzucać za to kamieniem, bo dobrze wiem, jak trudno jest się oprzeć pokusie w tej sytuacji), ale przede wszystkim dla samej siebie. Nie ma co ukrywać – może i bawiłam się karabinami, moje lalki musiały przeżyć nie jeden pożar/ eksplozję/ porwanie, a moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan (no, i ostatnio Obi van Kenobi) ALE. Ale wzdychało się czasami. W dawnych czasach podstawówkowych nad „Dziewczyną Ameryki” Meg Cabot na przykład. A i teraz nad Jane Austen nie raz („You transfix me quite”). Wzdycha się. W momentach tak literacko naiwnych, że gotowa jestem się do nich przyznać tylko Malicie, która czyta.

Nad „Czasem żniw” nie wzdychałam co prawda, ale jestem w stanie zrozumieć, że można. I nie protestuję, kiedy ktoś wydaje książce dobre recenzje (aczkolwiek porównanie do Matrixa i Dr Who ze skrzydełka to chyba lekka przesada; z gatunku tych mocnych; albo lekkich świętokradztw). Tym bardziej, że stylem autorka się wybija, a i wyobraźni trochę wodze popuściła. Momentami sięga do motywów i rozwiązań dość banalnych, ale potrafi je bardzo ładnie ubrać w słowa (karty tarota na przykład). Doceniam to.

To, co jednak dotyka mnie w tej książce najbardziej, to jej osobisty charakter. Czego dowodzi lista przebojów w aneksie, przy których autorka pisała swoje dzieło. I wiersze Johna Donna. I, oczywiście, zdjęcie Smanthy na skrzydełku. To jest zawsze dla mnie największy problem, jeśli chodzi o literaturę kobiecą/ dziewczęcą. Że trudno jest mi oceniać te twory jako dzieło literackie – owszem można odnieść się do uniwersum (które mnie nie oczarowało raczej), stylu czy fabuły, ale jeśli chodzi o rzecz najważniejszą (choć w tym wypadku jednak drugoplanową), czyli bohaterów i ich relację to trochę tak, jakby oceniać ją samą, jej sedno  i jej wśrodek. Jako kobietę, nie gryzipiórka. Można mówić o rozdziale dzieła od autora, ale czasami czyta się książkę i czujesz, że niektóre jej wątki są wbudowane w autora tak bardzo, że przestają być tylko i wyłącznie l’art pour l’art.

Staram się stąpać po takich książkach bardzo ostrożnie.

A czego wtedy słuchałam? Nie, nie listy przebojów, która autorka dołączyła w aneksie. W głośnikach (Myszkovska, l.20-cośtam. Twierdzi, że kocha swoje radzieckie głośniki wielkości stołka barowego) miałam to:

Uwielbiam SoundQ. Zakochałam się już w czasach EPki, w „Elephants’ Graveyard” konkretnie. Ukazanie się Long Play’a zwanego „Barbarians” bardzo mnie ucieszyło, a za pożyczenie krążka muszę podziękować Jankowi, który w naszym radiu prowadzi audycję dla malkontentów. On jest taki typ Trójkowy, wiecie. Dużo muzyki i dużo gadania o muzyce. I dobry gust ma. Czasami.

Po bardzo pracowitym styczniu mam kilka dni wolnego, więc czym prędzej rzuciłam się do domu rodzinnego odpocząć chwilę i nadrobić robotę, która mi się mocno nawarstwiła – w tym szczotkę „Długiej wojny” Pretchetta-Baxter, którą ofiarowano mi w celu napisania czegoś na Hatak.pl. I w końcu doznałam samo uświadomienia w kwestii nowego Wiedźmina (o czym napiszę). I, co by dokończyć obnoszenie się z osiągami, przeczytałam też „Wielkiego Gatsby’ego” z mojej listy postanowień noworocznych (o którym nie wiem czy napiszę cokolwiek w najbliższym czasie, bo Fitzgerald porzucił mnie smutną i w żałobie).

I to wszystko na parapecie właśnie. Twardo i cierpną nogi czasami, ale nic to, skoro za oknem potrafi być tak, o. Po babsku romantycznie.

201f8dc448be11e38fa71247c1292a16_8ddf54d7e6d8611e3b330122dbaf13212_8

Ale fotel też mam tutaj bardzo fajny.

Reklamy

8 thoughts on “Fajni goście nigdy nie czytają w fotelach

  1. Jest czas wzdychania i czas karabinów.
    Ja się odniosę nie do książki – bo właściwie pierwsze słyszę – a do parapetu: mój jest za wąski na takie eksperymenta. Ale mam fotel. Na fotelu leży torba. Ja w nim nie siedzę, bo czytam na krześle. Z nogami na oparciu fotela. I bądź tu mądry, gdy w grę wchodzi kobieta.
    I mało co dobija tak, jak Fitzgerald.
    PS. Fajni goście czytają też na podłodze. Męka dla kręgosłupa… chyba, że jesteś bogiem. http://www.robertestutts.com/wp-content/uploads/2013/09/Loki-reads.jpg

    1. „Jest czas wzdychania i czas karabinów.” – :D

      A z tym krzesłem i fotelem to zaiste, jest w Tobie coś kociego.
      (Ja jak siedzę na rzeczonym w ostatnim zdaniu fotelu, to nogi kładę na parapecie. Może jest w tym jakaś prawidłowość).

      Jak Ci trzeba będzie tej ksiązki to rzeknij.

      A to zdjęcie to nie Loki tylko iluzja Lokiego. Prawdziwy Loki leży gdzieś rozparty i wcale nie czyta. Tylko knuje.

      1. Jak wiemy z różnych znanych źródeł, wykładanie nóżek gdziekolwiek to wygodna praktyka, nawet jeśli to czynisz na biurko :P

        Książkę w wolnej chwili, ale najpierw jeszcze Hodder. I Lynch <3

        Oj tam oj tam. Loki i tak jest superior ^^

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s