Niecny Scott Lynch i crossover z Kydem

U mnie Lynch stoi błogosławiony między Tolkienami.

Blogerstwo odkryło Scotta Lyncha. Miło na to patrzeć. Na ten zachwyt, oczarowanie i entuzjazm. Miło jest w końcu spotkać kogoś, kto wie, o kim mówię. I miło, że wydawnictwo zrobiło tej książce W KOŃCU promocję, na jaką zasługiwała już od tomu pierwszego. Przynajmniej nie muszę już ludziom Lyncha wciskać z (wyćwiczoną) iskrą groźby w oczach („Jak mi oddasz bez przeczytania, to przyjdę do Twojego domu i pozaginam rogi we wszystkich Twoich książkach”). Lyncha, na reszcie! przeczytało pół internetu, nie marudząc na opasłość tomiska i brak ekranizacji (prawa wykupione, scenariusz się pisze).

Nie chcę tu podkreślić swojego (wątpliwego) hipstertwa, ani tego, że znałam Lyncha wcześniej niż Ty (choć prawdopodobnie tak było, HA!). Chcę podkreślić swoje cierpienie z Lynchem związane (albowiem o wiele bardziej lubię się nad sobą użalać niźli szpanować czymkolwiek). A samotność w przeżywaniu geniuszu jego dialogów i ciekawie skrojonych bohaterów była przez te pięć lat (słownie: PIĘĆ) problemem najmniejszym.

Odkryłam go już po wydaniu „Na szkarłatnych morzach”, więc oba tomy przeczytałam za jednym zamachem (co nie jest jakimś wyczynem, w przypadku prozy Lyncha odbywa się to naturalnie). Przypomnijcie sobie cliffhanger z jakim zostawił nas autor w drugiej części.

I teraz wyobraźcie sobie, że musicie czekać pięć (słownie: PIĘĆ!!) lat na ciąg dalszy.

Jestem prawie pewna, że Lynch w ten sposób stanął w kontrze do praw człowieka, konwencji genewskich i paru innych , wzniosłych ideologicznie dokumentów zakładających, żeby nie krzywdzić nikogo nadaremno.

Zapowiadało się, że „Republikę złodziei” będę musiała z żalem odłożyć jeszcze na dwa tygodnie, bo dostałam ją do recenzji na krótko (trzy dni) przed wyjazdem do Izraela. Poza tym miałam już napoczętą inną książeczkę, którą koniecznie chciałam dokończyć. Ale trzeba się było spiąć, zarwać noc, wyłączyć kompa i większość funkcji życiowych, bo z czymś takim się nie walczy. A recenzję, gdyby to kogokolwiek interesowało, napisałam po powrocie: [Tu jestem!].

Generalnie i w skrócie: uwielbiam przeintelektualizowane szermierki słowne bohaterów. Bardzo lubię też sposób, w jaki Lynch szpanuje swoją błyskotliwością. W każdej sytuacji.

scott
Noc 31.12.2013 / 1.01.2014.

Jego niecność nie drażni mnie w ogóle, wręcz buńczucznie śmiem twierdzić, że polubiłabym Go (a może i nawet vice versa), gdyby przyszło nam się ze sobą zetknąć na tym ziemskim padole. Jednakowoż czerwona lampka zapala się, kiedy w świecie przez niego kreowanym każdy (parobek, urzędnik, ochroniarz), ale to absolutnie każdy (karczmiarz, sierota z ulicy, staruszka) jest w stanie przeprowadzić z rozmówcą (piekarzem, szefem mafii, stajennym) zgrabną szermierkę słowną na wysokim poziomie intelektualnym. I jeszcze za sam koniec docisnąć jakąś ciętą ripostą.

To jest moja utopia. W myśl zasady, że „mój ograniczony mózg podświadomie odrzuca istnienie świata idealnego” (Agent Smith / „Matrix”) – nie wierzę. Ale nie marudzę tak znowu głośno, bo ogólnie Niecnego Lyncha, za niecność Jego, lubię i będę kontynuować moją krucjatę wciskania Go każdemu.

Podobnie terroryzuję ludzi w sprawie Jespera Kyda. Jest to kompozytor, który kiedyś tworzył muzykę do gier z pojedynczych piknięć na Commodorze, a dzisiaj ma do dyspozycji całą orkiestrę (albo bogate biblioteki sampli). Kto zna serię „Assassin’s Creed” ten zna Kyda: napisał muzykę do pierwszej i drugiej części gry, a także dodatków „Brotherhood” i „Revelations” (w duecie z uczniem Hansa Zimmera – Lorne Balfe). Szczególnie ochoczo wciskam ludziom muzykę z dwójki, do której z niezmierną radością wróciłam z okazji „Republiki złodziei”.

To, jaki przeskok zrobił Kyd pomiędzy pierwszą częścią AC, tworzoną raczej w starym duchu ścieżek dźwiękowych do gier (przypadkiem nie oderwij gracza od ekranu), jest fascynujące. Historia Ezia ma już wyraźny temat przewodni, bardzo złożony i, tutaj kryje się rewolucyjne podejście, kuszący do przerwania rozgrywki, żeby tylko móc się nim napawać.

Bardzo lubię Kyda za szacunek do historii i to, że nie ma oporów przed zagłębieniem się w podręczniki w celu wygrzebywania z nich jakichś fajnych instrumentów czy form muzycznych charakterystycznych dla miejsca i okresu, w którym dzieje się akcja gry. W tym przypadku są to renesansowe Włochy, zatem usłyszymy tamburyna, wszelkiego rodzaju piszczałki i prawdziwe włoską tarantellę („Florence Tarantella„). Poza tym jest piękny wokal, chóralne kołysanie i jest gitara. Niesamowita gitara. Przede wszystkim w tym, co lubię nazywać „tryptykiem Auditore”, czyli trzech pierwszych utworach ścieżki „Earth/Heart„, „Venice Rooftops” i „Ezio’s Family„. Jest tam zadziorność, upór i wytrwałość, ale również pewna wrażliwość i… słabość.

Tak sobie myślę, że zawodowy crossover Lyncha i Kyda mógłby się skończyć czymś bardzo ładnym. Czy ja już pisałam, że prawa do ekranizacji „Kłamstw Locke’a Lamory” zostały wykupione przez Warner Bros?

Reklamy

6 thoughts on “Niecny Scott Lynch i crossover z Kydem

  1. Chciałam tylko zeznać, że czuję się nawrócona na Lyncha (lekturę tomu numer dwa odkładam sobie, żeby przedłużać przyjemność) i idę się nawracać na Kyda. Dziękuję, dobranoc.

  2. Wspieram Cię w Twoim hipsterstwie. Co do samych powieści, to jeszcze nie czytałam i nie jestem zdecydowana, czy to coś na pewno dla mnie, ale oczywiście nie mówię nie, bo byłabym głupia. No a muzykę z Assassin’s Creed (szczególnie dwójki) uwielbiam :)

  3. Ha! Ja też Lyncha znałem jeszcze za czasów białych okładek, a co!

    Ten cytat czytam sobie przed każdym egzaminem (rzecz jasna wchodzę w rolę Locke’a):

    “Some day, Locke Lamora,” he said, “some day, you’re going to fuck up so magnificently, so ambitiously, so overwhelmingly that the sky will light up and the moons will spin and the gods themselves will shit comets with glee. And I just hope that I’m still around to see it.”
    “Oh please,” said Locke, “it’ll never happen”.

    I wiesz co, dotychczas rzeczywiście never happen ;)

    1. No, pacz. A Lamorze happened i to nie raz :D
      Może jemu się obrywa za Ciebie?

      W każdej, ale to w każdej recenzji, na którą odważyłam się rzucić okiem, był ten cytat.
      I w ogóle się nie dziwię.
      I nie zdziwię się, jak potomni naszych potomnych będą go przytaczać, niczym pierwszą linijkę Bogurodzicy i Inwokacji.

      1. Przecież on zawiera w sobie tyle treści! Konflikt starego pokolenia z młodym, mit ikaryjski… bla, bla, bla i jeszcze więcej! ;)

        Generalnie jest całkiem fajowski no :]

        Swoją drogą narobiłaś mi ochoty na ten trzeci tom – jakoś nie było mi z nim po drodze, inne lektury wskakiwały nim się obejrzałem, a przecież Locke to Locke i trochę niemiłe z mojej strony, że nie daję mu się okraść z czasu.

        1. Bezczelne nawet, powiedziałabym. W tym przypadku każesz czekać również Sabeth… yyy, kobiecie.
          (sucharki o poranku)

          P.S. Mit ikaryjski, motyw walki zła ze złem i Ocean’s 11. :)

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s