Holmes kontra Burton

Aktualnie dwie sprawy zaprzątają moje myśli. Pierwsza: Elfia akrobatyka bitewna, którą zaserwował nam Jackson w „Pustkowiu Smauga” (piękne rzeczy często się wspomina). Druga: jak Moffat i Gatiss wyjaśnią zmartwychwstanie Sherlocka w nadchodzącym, trzecim sezonie.

Tupię również zniecierpliwioną nóżką w oczekiwaniu na kolejną ścieżkę dźwiękową Davida Arnolda i Michaela Price’a. Kompozycje z drugiego sezonu przezywam do dzisiaj (bo jak tu nie wzruszyć się przepięknym tematem Irene Adler i „Sherlocked”?). Pierwszy sezon musiałam już sobie odświeżyć, ale była ku temu naprawdę świetna okazja. Miała (urzekający) tytuł „Mark Hodder przedstawia Burtona i Swinburne’a w dziwnej sprawie Skaczącego Jacka”. Trzeba przyznać, że autor już samym tytułem potrafi czytelnika porwać i zatopić w konwencji.

I tu na scenę wkracza sir Richard Francis Burton – postać jak najbardziej historyczna, badacz, lingwista, naukowiec, fechmistrz i główny bohater powieści Hoddera. Skojarzenia z Sherlockiem Holmesem pojawiły się w mojej główce już na pierwszych stronach, gdzie opiewany jest ekscentryzm Burtona, jego zamiłowanie do kryminalnych puzzli i dwa słowa: Scotland Yard. Ostatecznie jednak przekonała mnie para rękawic wisząca na ścianie jego pokoju. Owszem, był to Sherlock bliższy wizji Ritchiego i Downey’a Jr., jednak do dzisiaj nie jestem w stanie zapałać miłością do ścieżki Zimmera (ani do „Sherlocka Holmesa” ani do „Gry cieni”). Choć może i na tę miłość przyjdzie czas.

Tymczasem jednak Arnold i Price. Pierwszy sezon to przede wszystkim bardzo wyrazisty temat przewodni z  „The Game is On”: przewrotny, zadziorny i jednocześnie bardzo… brytyjski. Duet smyczków i strun (mandolina! zawsze wzbudza u mnie jakiś niewytłumaczalny entuzjazm), natomiast w tle rytmiczna, „paradna” sekcja dęta. Wszystko na tej ścieżce jest bardzo porządne. Opening wyróżnia się gitarowym charakterem (reszta partytury oparta jest raczej na wspomnianych już skrzypcach) oraz mocną perkusją. Nagle okazuje się, że kawałki w stylu action score (tutaj: druga część „The Game is On” czy „Targets”) wcale nie muszą polegać tylko na pulsującej elektronice, ale i instrumenty „żywe” skutecznie potrafią popędzić tętno. Nawet utwory underscorowe (czyli te, które w zamierzeniu mają zagęszczać klimat i nie odrywać widza od ekranu swoją genialnością) skomponowane przez Price’a i Arnolda nie są nudne (a jest to wyczyn w przypadku underscoringu) i potrafią żyć własnym życiem nawet poza serialem, w słuchawkach (co jest jeszcze większym wyczynem w przypadku underscoringu). Patrz: „Light-Fingered”.

No, i cudowne „Elegy”:

Gdybym nagle, przez przypadek, odbyła podróż do Londynu XIX wieku, prawdopodobnie trafiłabym tam ze słuchawkami na uszach (czysty rachunek prawdopodobieństwa – rzadko je ściągam). Łaziłabym wtedy po londyńskim bruku właśnie ze ścieżką dźwiękową z „Sherlocka” w uszach. I natychmiast sprawiłabym sobie jakiś cylinder. Zawsze chciałam posiadać cylinder (najlepiej taki kobiecy, z ładnym piórkiem, czy czymś podobnym). Niestety, podróżnik w czasie z książki Hoddera nie mógł potraktować swojej wycieczki do XIX wieku tak luźno. Generalnie bardzo się tym wszystkim stresował. A już o największą frustrację przyprawiał go tytułowy Burton i Swinburne, którzy w służbie Koronie, koniecznie chcieli rozwikłać zagadkę Skaczącego Jacka.

W książce Hoddera podobało mi się wiele rzeczy. Po pierwsze: jego pomysł na wyjaśnienie starej legendy o Spring Heeled Jack. Po drugie: aneks, w którym przedstawia postacie historyczne pojawiające się w jego książce (Oscar Wilde!) wyraźnie zaznaczając, które „fakty” przedstawione w opowieści nie są „autentyczne”. Po trzecie: jego wizja modnego ostatnio stampunku. Pomysł, na świat, który cierpi na konsekwencje wcześniejszego rozwoju genetyki i szaleńczego tworzenia użytecznych krzyżówek. Oraz jego kreatywność przy wymyślaniu owych krzyżówek:

Przyznaję, że nie zapałałam nawet iskierką sympatii ani do Burtona ani do Swinburne’a – jeśli mieliby stawać do pojedynku o moje serce razem z klasycznym Sherlockiem Doyle’a, zdecydowanie wygrałby ten drugi. Ale historię i świat Hodder stworzył przeciekawy. Chętnie wrócę tam na następne dwie części. I nie obchodzi mnie, że w hodderowym Londynie XIX wieku śmierdzi, unosi się brudna mgła, a człowiek wiecznie ślizga się po błocie i ociera się o sadzę. Ważne, że są tam papugi-gońce, które w przekazywane wiadomości wplatają okazałe wiązanki przekleństw. I że można nosić cylinder.

Reklamy

5 thoughts on “Holmes kontra Burton

  1. Bardzo tak dla cylindrów (ja zawsze chciałam mieć frak), Sherlocków (trzeci sezooon!) i elfich wygibasów (przy spływie beczkami Van Damme i Chuck Norris wymiękają). A jeśli w pakiecie Londyn – to ja bardzo proszę. Pożyczysz aby?

    1. Aby owszem, pożyczysz. Wtoreczkiem za tydzień pozostawię w radyjku część pierwszą (bo drugą zapewne będę mieć przed okiem swym).

      Co zaś się tyczy elfiej akrobatyki… myślisz, że tą sceną Legolas pobił swój taniec z olifantem z „Powrotu króla”? :3

      1. Dziękiiii! :))

        I nic, ale to NIC nie pobije tańca z olifantem. No, chyba, że w trzeciej części „Hobbita” będzie taniec z dwoma olifantami (już to widzę: one szarżują, Legolas balansuje na ich trąbach – jedna stopa na jednej trąbie, jak z beczkami – i dziarsko miota strzałami we wszystko dookoła. Mom, please)!

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s