Parental Advisory Mansell & Gaiman

Clint Mansell świetnym kompozytorem jest. Nawet jeśli pisze dla kogoś innego niż Aronofsky. Powinno się go przedstawiać nie tylko jak twórcę tematu „Lux Aeterna” dla „Requeim for a Dream”. Zdecydowanie zasługuje jeszcze na kilka tytułów przy nazwisku za temat „Mass Effect 3″ i ścieżkę dźwiękową do „Stokera”. Tak pomiędzy innymi zasługami. Generalnie, jak Mansell coś stworzy, to już stworzy, a jak stworzy, to roztropnie. I bardzo go wspieram w jego ideologii życiowej, żeby nie brać się za boxofficowe pewniaki, jeśli nie czuje się do nich muzycznej chemii. Serio. Jeśli kiedyś będzie przez to miał problemy finansowe to pożyczę mu kasę po to, żeby mógł sobie tworzyć do filmów, których plakaty zawsze będą przysłaniane przez te promujące kolejną część „Avengersów”.

 Nazwisko Mansella powinno się wytłuszczać na płytach, plakatach, pudełkach i okładkach. Powinno się je uznać za nowy rodzaj znaczka „Parental Advisory” ostrzegający przed tym, że przez zawartość niniejszego produktu człowiek przez trzy dni będzie cierpiał na skutki uboczne w postaci nagłych ataków zamyślenia, niepokoju i wyobcowania. Innymi słowy, nadal będzie ów zawartość przeżywał. Tak było z „Pi”, „Black Swan„, „Requiem…” i „Mass Effect”. Bo wszystko, czego tyka się Mansell jest w podobnym duchu.

W „Stokerze” najbardziej przeżyłam muzykę. Przeżywam ją do dzisiaj w zasadzie. „Duet” Phillipa Glassa był inspiracją do stworzenia ścieżki mocno na pianinie stojącej. Utwór z resztą został umieszczony na albumie i pojawia się w bardzo ważnej, „miłosnej” jak uważa sam Mansell, scenie wspólnego występu Indii i dziwnego wujka Charliego. Sam kompozytor użył klawiszy do zbudowania nie tyle grozy, co ciężkiego, apatycznego klimatu z kilkoma, dobrze wyróżnionymi, momentami przełomowymi. Wysokie tony i dźwięk cymbałków w „Happy Birthday (A Death in the Family)” czy „Uncle Charlie” (uzupełnione o mgliste smyczki) wywołują w nas uczucie, że coś tu jest nie tak.

Nie jest to koszmar z rozmachem. Nie jest to nawet koszmar dziecięcy. To te chwile, kiedy chodziliśmy jeszcze do przedszkola, mama zgasiła nam światło w pokoju, a my, z jakiegoś powodu, baliśmy się zasnąć. To soundtrack zaprojektowany z niesamowitym wyczuciem. Nawet „Summer Wine” brzmi na nim tak, jakbyśmy dopiero co odkryli ten utwór. Nie mówiąc już o „Becomes the Color” w wykonaniu Emily Wells, który uczynił scenę końcową absolutnym majstersztykiem.

Ścieżka ta skojarzyła mi się z „Oceanem na końcu drogi” Gaimana mniej, więcej w okolicach strony trzydziestej, a im dalej, tym bardziej wszystko się zgadzało: dzieciak, którego przysłowiowe potwory spod łóżka okazują się być prawdziwe, tajemnicze zachowania mieszkanek farmy, no i, przede wszystkim, demoniczna Ursula.

Nazwisko Gaimana powinno się uznać za nowy rodzaj znaczka „Parental Advisory” ostrzegający przed tym, że przez zawartość niniejszego produktu i tak dalej, patrz wyżej. Nikt się nie znęca nad swoimi bohaterami tak, jak on. Wystarczy wspomnieć biednego Cienia z „Amerykańskich bogów”, któremu już do 50 strony książki nawymyślał w życiu tyle świńskich psikusów, że miałam ochotę tworzyć fundację na rzecz fikcyjnych postaci poszkodowanych przez swoich autorów. Toż to psychiczna przemoc w rodzinie. Jako że ja bym tak nie potrafiła (jeśli  chodzi o moich bohaterów ograniczam się do przemocy fizycznej) darzę go niejakim podziwem.

I nikt się tak nie znęca nad swoimi czytelnikami. Jedno z jego opowiadań  wysadziło pół moich wspomnień z dzieciństwa w powietrze, dziękuję Panu bardzo. Nie omieszkam Panu wygarnąć, jeśli kiedyś Pana spotkam. Najpierw powiem, jak bardzo sobie ukochałam „Nigdziebądź” i „Gwiezdny Pył”, a później puszczę wiązankę najsoczystszych wyzwisk we wszystkich językach, jakie znam, bo angielski nie wystarczy w tym przypadku. A później jeszcze raz powtórzę podziękowania za „Nigdziebądź” i „Gwiezdny pył”.

Najwspanialsze jednak w tym autorze jest to, że drażni się ze sztampą. To jest człowiek, który nawet baśń potrafi napisać tak, jakby sam ten gatunek wymyślił. To pisarz, który bierze w łapki jakiś totalnie wyświechtany motyw i zamienia go w świeżutki twarożek. I jest to twarożek najprawdziwszy, nie jakaś tam imitacja twarożkopodobna, jeśli już brnąć z uporem w tę metaforę.

Przyzwyczaiłam się do tego, że Gaiman wzbudza we mnie emocje, które można by mierzyć w skali Richtera. Dlatego kiedy skończyłam czytać „Ocean na końcu drogi” sprawdziłam raz jeszcze okładkę, czy to na pewno on. Niby ten klimat, niby ten styl, niby zakończenie bardzo jego, ale… ani razu nie miałam ochoty go uderzyć. Ani tym bardziej przytulić w porywie wzruszenia.

Doprawdy nie wiem, które z nas się starzeje.

(na wszelki wypadek machnę sobie którąś część Narnii, profilaktycznie)

Reklamy

3 thoughts on “Parental Advisory Mansell & Gaiman

  1. Dzień dobry!

    Moim ulubionym fragmentem z całego „Stokera” jest właśnie scena grania na pianinie. Jest taka… wymowna. A muzyka, cud miód i Mansell. :)
    Tak bardzo go uwielbiam.

    Pozdrawiam świątecznie,
    W.

    Świetny pomysł na bloga, będę zaglądać częściej! :)

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s