Termin spożycia Hemingwaya

Pomyślałam sobie, że przeczytam coś z listy „The Big Read” BBC, czyli dwustu książek wszechczasów absolutnych. Nie to, że chcę je wszystkie przeczytać przed śmiercią, żeby mieć czym szpanować w zaświatach (albo w internetach). Po prostu uważam, że od czasu do czasu trzeba wychynąć z tego XXI wieku i sięgnąć po klasyków, dziadów, pradziadów, żeby sprawdzić, czy faktycznie byli tacy lepsi od współczesnych.

Często człowiek ma niespodziankę. Na przykład, że taka „Katedra Marii Panny w Paryżu” kończy się kapkę inaczej niż „Dzwonnik z Notre Dame” w wersji Dysney’a. No, i nie jest taką super-poważną literaturą, jak twierdzą nasze polonistki. Nigdy w życiu, przy żadnej innej książce nie plasnęłam się w czoło tak bardzo, jak wtedy, kiedy przeczytałam, że mój ulubiony Gringoire, „le prince des rues de Paris” głębokim uczuciem obdarzył Dżali. Jak wszyscy dobrze pamiętamy, Dżali była kozą.

Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie chwycenie za Hemingwaya. Może na fali przyzwyczajenia, wszak ostatnio przeczytałam mnóstwo książek o wojnie. Nie wiem dlaczego, ale utrwaliło mi się w głowie, że Hemingwaya trzeba koniecznie zacząć od „Komu bije dzwon”. Wylosowałam sobie w bibliotece najmniej rozwalony egzemplarz i jeździłam z nim komunikacją miejską w tę i nazad. Malita, która czyta, wyniuchawszy Ernesta w moim posiadaniu opowiedziała mi poruszającą historię. Otóż jej Pani Matka czytała „Komu bije dzwon” w latach wczesnej młodości i książka ta odbiła się w jej pamięci jako dzieło zachwycające, któremu nie brak niczego. Natomiast kiedy wróciła do niej po latach stwierdziła, że „trudno się to czyta”.

Panikuję.

Czy będę mieć tak samo np. z „Wojną polsko-ruską” Masłowskiej? Z „Władcą Much”? Z ukochanym Hellerem? (Bo nie wierzę, że z Orwellem i Tolkienem mogą się dziać takie rzeczy). Bo skoro TEN Hemingway potrafił się komuś lekko przeterminować, to co z takim Philipem Dickiem? Osobiście, na ten moment mam tak z Kingiem. Kiedyś potrafiłam żywić się nim tygodniami, ostatnio zmęczył mnie nawet „Roland”, który jest częścią ponoć wielkiego opus kingum w postaci „Mrocznej wieży”. Zmęczył mnie nawet serial na podstawie „Pod kopułą”. Czy to się nazywa „wyrastanie z autora”? Czy idzie to jeszcze dalej i wzrastający poziom „oczytania” równa się większe  zmęczenie czytelnicze? Czy da się to porównać do stopniowego głuchnięcia? A może książki po prostu mają swój niewidzialny przedział wiekowy (bo że niektóre trzeba przeczytać w odpowiednim momencie życia, już wiem)?

Panikuję po dwakroć.

Zanim jednak po raz drugi przeczytam dzieła, które przylgnęły mi do serduszka i sprawdzę, czy z nich wyrosłam (relacja wkrótce) – pozostaje rozpisać się w kwestii, kim jest dla mnie Ernest Hemingway. Póki co wychodzi na to, że Pat w „„Silver Linings Playbook”” wcale nie hiperbolizował w swojej reakcji na to, jak autor zakończył „Pożegnanie z bronią”:

W przypadku „Komu bije dzwon” zakończenie jest w porządku, ale może w porównaniu z tym, co musiałam przeżyć z tą książką zanim dobrnęłam do ostatniej strony. Albowiem towarzystwo miałam niesamowicie irytujące.

Robert Jordan trafił do wąskiego grona bohaterów płci męskiej, których już po wymianie grzeczności spoliczkowałabym, żeby się ogarnął (grono damskie jest o wiele mniej wąskie). Sprawa jest poważna, bo do tej pory był w tej grupie tylko doktor Judym [babskie marudzenie] „Joasiu, kocham cię tak bardzo, że muszę cię zostawić, bo trzeba mi chorej ludzkości się poświęcić”. Bardzo podobne do: „Mario, króliczku, kocham cię tak bardzo, ale nie zabiorę cię ze sobą z tej hiszpańskiej dziury z powodów tajemniczych i niewyjaśnionych”. Rozdarte sosny, pyhi. Krwi mi tylko napsuli, łajdaki jedne. [/babskie marudzenie]

217807096_1024
To serduszko <3

Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę lubię, kiedy autor psuje mi moje RH-. Pod warunkiem, że nie robi tego nieudolnymi próbami zrobienia ze mnie idioty (np. za pomocą naciąganej fabuły, albo dialogów, które nie miałyby prawa zaistnieć, kropka, NIGDY). Dobrze, kiedy psuje rękami swoich bohaterów, których charakteru i podejścia do życia znieść nie mogę. W których najbardziej frustruje mnie to, że nigdy nie będę miała szansy na nich nawrzeszczeć. Bo świadczy to tylko o ich wyrazistości. A Hemingway popsuł mi krew tak, jak lubię.

Zatem „klasykę literatury wojennej” skończyłam czytać szczęśliwa, w Wielkim Fochu Nie Wiadomo na Co. „Dobrze, że chociaż Pilar miała tam kapkę rozsądku” – mruknęłam pod nosem zamykając książkę w autobusie linii 101, moi współpasażerowie zignorowali radośnie ten komentarz…

…a później, kiedy chciałam odhaczyć kolejną pozycję na liście BBC, okazało się, że „Komu bije dzwon” wcale na niej nie ma.

Reklamy

11 thoughts on “Termin spożycia Hemingwaya

  1. NIGDY WIĘCEJ HEMINGWAYA.
    Z całego „Komu bije dzwon” zapamiętałam dwie rzeczy: skąd się wziął tytuł (John Donne zawsze na tak) i co oznacza po hiszpańsku „cojones”. Dziękuję bardzo.
    Iii jeszcze dwie sprawy – nie spodziewałam się, że na tej epickiej liście BBC tyle Pratchetta i innych fantastycznych dóbr. Miło.
    A po drugie, oglądałaś musical „Notre Dame de Paris”! <3

  2. Napompowana dumą („Cytują mnie w internecie!) z pozycji prawie-że-klasyka chciałam się podzielić jedną refleksją, mam nadzieję, że cenną: należy bardzo ostrożnie wracać do książek, które czytało się w czasach nastoletniej egzaltacji (chyba że jest to „Przeminęło z wiatrem” albo „Ania z Zielonego Wzgórza”). Pamiętam, że czytałam „Komu bije dzwon” do trzeciej nad ranem z wypiekami na twarzy i nie mogłam uwierzyć, kiedy dużo, dużo później usłyszałam od mojej latorośli: „Koszmar”. Postanowiłam sprawdzić i poddałam się po trzydziestu stronach. Nie wiem, czy zestarzał się Hemingway, tłumaczenie, czy ja (oj, boli). Wiem za to, że trzeba było to zostawić i nadal nosić w sercu czułe wspomnienie Roberta Jordana, króliczka, a nawet generała Goltza/Świerczewskiego, co się kulom nie kłaniał i był patronem mojej szkoły podstawowej (!). Przez moment chciałam sprawdzić oryginał, ale się rozmyśliłam. Lepiej wierzyć, że ziemia nadal może się poruszyć. Jednym słowem, a nawet dwoma: No pasaran!

    1. Właśnie dlatego tak się tej Masłowskiej boję. Jej w szczególności. Bo mówiło się o niej różnie, kiedy debiutowała. Tymczasem, w mojej gimnazjalnej egzystencji (egzaltacji) niewiele było takich słów, które poruszyły mnie bardziej niż trzy ostatnie strony „Wojny…”, które dobitnie deklamowałam na konkursach recytatorskich, na przekór i pohybel polonistom (oraz ich uczniom, którzy wybierali Szymborską i „Ogniem i mieczem”). Taka byłam literacka rebeliantka, o!

      Ergo, boję się przeczytać Masłowską po raz drugi.

  3. Mi jakoś S. King nie przypadł do gustu, nawet „Mroczna wieża”. Ogólnie jakoś „mroczne” amerykańskie historie są dla mnie jakieś wyblakłe, trochę jak dla dzieci ;] Pozostałych książek tu podanych niestety nie znam, ale mogę polecić: Matthew Pearl „Klub Dantego” i Jesse Bullington „Smutna historia braci Grossbart”. To jednak specyficzne książki, szczególnie druga, ale jak na mroczne książki są moim zdaniem napisane bardzo dobrym językiem, czego u np. Kinga lub Gaimana nie uświadczyłem.

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s