Kot w stanie pysznym

Gdyby ktoś potrzebował przepisu na zamianę ołowiu w złoto, to proszę bardzo:

ebefd3fa35d611e3b79722000aeb11d7_7

Mam nadzieję, że przykułam waszą uwagę. Teraz przejdźmy do sedna.

Walter (WALTER, nie Łolter) Moers napisał jedną z najważniejszych książek mojego życia. Chwyciłam ją przez przypadek na Rajskiej, przygarnęłam do domu i o mały włos zwróciłabym ją bez czytania. Bez przekonania zagłębiłam się w treść z obrazkami dla przyzwoitości, po dwóch prolongatach. Kilkanaście godzin później stwierdziłam to, co zostało już napisane: „Miasto Śniących Książek” trafia na listę o patetycznym nagłówku „Książki życia mego, hej!”. Jest dla mnie tak ważna, że do dzisiaj jej sobie nie kupiłam (czekam, aż ktoś mi ją da – znajdź tu logikę). Tym bardziej, że Moers wydawany jest pięknie i prezentuje się na półce z największą godnością.

19f3cfe035d711e3a7f822000ae912d2_7
Stylizacja ze świeczką, czyli książkowe szafiarstwo.

Za to posiadam upolowane w taniej księgarni na Grodzkiej „Rumo” (rezerwowa lista „Książek życia mego, hej!”) i „Kota Alchemika”. Tę drugą skończyłam dopiero niedawno, albowiem kiedy ją zaczynałam, czas na nią jeszcze nie nadszedł. Niektóre książki po prostu trzeba czytać w odpowiednim momencie życia, inaczej nie działają.

Trudno opisać to, co robi Moers. Bo kiedy napiszę, że bohaterami jego książek są wybitnie nie-humanoidalne istoty, że to smoki-pisarze, kroty (nie koty – kroty, które umieją gadać wszystkimi językami świata), że to psy-wojownicy, to brzmi jak „niedzielne kino familijne prezentuje”. Tymczasem są to baśnie (!) cudownie mądre mądrością tak podstawową, że aż banalną i dzisiaj zapomnianą. Przy tym są bardzo współczesne w swoim zgryźliwym, garfieldowskim poczuciu humoru. Bardzo trudno się nie zakochać. Bardzo trudno powstrzymać się przed odruchem pakowania walizek. Równie trudno wytłumaczyć Panu z lotniska, gdzie leży ta cała walterowska Camonia (CAMONIA, ewentualnie ZAMONIA, nie Kamonia), do której tak bardzo chcemy się wybrać.

Pamiętam, jak wspaniała J.K. Rowling powiedziała w którymś z wywiadów, że uwielbia, kiedy w książce znajduje się dokładny opis tego, co bohaterowie jedzą. Sama z pasją opisywała, czym są zastawione stoły podczas uczt w Hogwarcie. W „Kocie Alchemika”, który jest „kulinarną baśnią”, jak głosi strona tytułowa, Moers nie ogranicza się tylko do wymieniania potraw. Jego bohater dokładnie opisuje proces ich przygotowania i robi to tak, że ślinianki pracują podwójnie. Naprawdę szkoda, że ani jednej z tych wykwintnych potraw nie da się przygotować w naszym świecie (pszczeli chleb na przykład). Właśnie dlatego przeraźnik Eisspin jest moim osobistym, moersowym odpowiednikiem Hannibala Lectera. Tym bardziej, że cała fabuła „Kota alchemika” opiera się na tym, że wszystkimi tymi smakołykami przez miesiąc jest tuczony krot, z którego pod koniec miesiąca Eisspin ma wygotować tłuszcz potrzebny mu do (sprawdź w treści).

Morał jest taki, że kto nie zna Moersa, poznać go musi. Bo szkoda nie.

A skoro już jesteśmy przy książkach życia naszego, hej! To bardzo wpasowała mi się w kontekst muzyka z „Harry’ego Pottera”. Nie z części pierwszej, której bliżej do bajki, i nie ostatnich – poważniejszych, doroślejszych, cięższych. „Prisoner of Azkaban” jest chyba moja ulubioną częścią sagi pod względem muzycznym – właśnie za to niezwykle precyzyjnie ujęte i oddanie tego momentu przejściowego. Ale przecież właśnie tego można oczekiwać od Johna Wlliamsa: doskonale przemyślanych arcydzieł na mistrzowskich poziomie (a kiedy maestro sobie odpuści, jak zrobił to np. przy „Lincolnie”, zaczynam marudzić). Nie bez powodu ścieżka w 2004 roku była nominowana do Oscara. Co prawda przegrała z „Marzycielem” Jana A.P. Kaczmarka, ale cóż… był to „Marzyciel”.

Jest zatem motyw przewodni, wygrany na magicznych cymbałkach, głębokie klarnety i oboje oraz sekcja smyczkowa, która zostaje doprowadzona do prędkości zawrotnych. W jednym z motywów, „Double Trouble”, pojawia się chłopięcy chór London Oratory School Schola, który mogliśmy usłyszeć też we „Władcy Pierścieni”, a tekst utworu przeklejony jest od samego Shakespeare‚a . Do tego „The Knight Bus” o iście jazzowym zacięciu. Dla równowagi niezwykle wzruszające „A Windows to the Past” na flet (i poprawione smyczkami). Jednym zdaniem: kiedy mam ochotę na muzykę z „Pottera”, zanim włączę Desplata, oddaję honory Williamsowi.

Reklamy

3 thoughts on “Kot w stanie pysznym

  1. Moers jest naj! A „Miasto Śniących Książek” spełnia prawie wszystkie wymogi Książki Idealnej: dużo książków, dużo mroku i SMOKI. Moersowa wyobraźnia mnie totalnie zachwyca, toż samo jego bohaterowie – zwłaszcza Hildegunst i Rumo.
    I jeszcze soundtrack do Pottera <3 (chóć mój ukochany to numer 6.)
    Cóż, to stanowczo mój ulubiony Twój post :D

    PS. Dostaniesz ode mnie "Miasto…" pod choinkę. I chętnie Ci pożyczę "13 i 1/2 życia Kapitana Niebieskiego Misia" ;)

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s