Antyhagiografia reportera

Na festiwalu „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym organizatorzy pokazali nam coś, co poruszyło mnie niezwykle. Animacja nagrodzonego Oscarem Zbigniewa Rybczyńskiego do utworu „Tribute to Lech Walesa” L.U.C-a:

Raper w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział: „(…) polska historia jest zajebista. To kawał dobrej sensacji, którą w szkołach rozbija się pod kilofem bezmyślnego kucia dat.”. I szacunek dla tej zajebistości wyraził w 2009 roku, nagrywając koncept-album „39/89 – Zrozumieć Polskę”.

Elektronika wymieszana z klasycznymi smyczkami i operowymi wokalizami. Tekstu lirycznego brak – zamiast tego mamy archiwalne wypowiedzi Wałęsy, Jaruzelskiego, Kaczorowskiego i innych mężów stanu ładnie wplątane w nowoczesne sample. „A więc wojna”, „Do roboty już bez IQ” i świetna „Bitwa na słowa – okrągłe zwycięstwo”. Jest to hołd, nie materiał edukacyjny dla gimnazjum. Wątpię też w jego moc motywowania młodego pokolenia do zainteresowania się czasami sprzed ery Internetu. Jednak jest to twórczość bardzo staranna, kreatywna i może wzruszyć ludzi wrażliwych na historię. Jak większości koncept-albumów nie da się go słuchać w kółko, ale przy „Kapuścińskim non-fiction”, gdzie w tle mieliśmy i wojnę, i PRL, i Solidarność, słuchało się z przejęciem.

Niedawno w Internetach podano informację o tym, że Świat Książki wycofuje z dystrybucji „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego. Nie na stałe. Książka wróci na półki, ale w okrojonej o cztery rozdziały wersji. O ile autor się na to zgodzi, a póki co – nie zgadza się.

Co robi myszkovska?

Zakupy, rzecz jasna. Zanim cena pierwszego wydania osiągnie na allegro równowartość trzech wsi z inwentarzem.

Przy okazji robię drugie podejście do tomiszcza, albowiem, pożyczone od kogoś, leży na mojej półce już jakiś czas. Tym razem wpadam. Oderwać się nie mogę. Całą sobą czytam ten żywot „Maestro Kapu”, utwór wybitnie antyhagiograficzny. Nie w poszukiwaniu sensacji i triumfalnego jej odnalezienia. Tym bardziej nie szukam w lekturze usprawiedliwienia dla „dziennikarza wieku” (bo nie mogę napisać, że Kapuściński jest przeze mnie wyznawany, jeszcze nie zdarzyło mi się pomyśleć What Would Kapuścinsky Do?, choć może kiedyś przyjdzie na to czas).

Przeczytałam większość książek Kapuścińskiego i kilka o nim samym. Dla mnie, nadal dorastającego wannabe-żurnalisty, „Kapuściński non-fiction” (paradoksalnie?) jest najbardziej inspirującą z nich wszystkich. Nawet bardziej niż „Autoportret reportera” z brązu odlany. Może to trend mojego pokolenia, że lubimy superbohaterów ze skazą, w myśl kinematograficznego „nolanizmu”. Może dlatego, że łatwiej jest się utożsamić ze snyderowskim Supermanem, który [spoiler!] w końcu jednak ukręca kark Zodowi [/spoiler!] niż z jego pierwszą, pomnikową wersją. Kapuściński, z brązu odlany jeszcze za życia, okazuje się być reporterem, którego praktyczne podejście do etyki zawodu wzorem z Sevres by zostać nie mogło. Jak żyć?

Ano tak, jak po poznaniu Prawdy: że w naszej szafie nie ma przejścia do Narnii, że nie każdej księżniczce należy się jeden, przydziałowy książę, a jeśli disnejowsko będziemy podążać „za głosem serca” to nie raz wylądujemy Mordorze. I to sami jak palec, bez Sama Gamgee.

Można się zawieść, zgorzknieć i otoczyć się mrokiem. Można wyśmiać Kapuścińskiego („dziennikarz wieku, taki ideał, buehehe”). Można nawet odebrać jego przypadek, jako usprawiedliwienie/ przyzwolenie na dziennikarstwo nieco bezczelne. Można również, i to wyjście polecam, zainspirować się wizerunkiem reportera idealnego, który Kapuściński wymyślił, później wykreował i w który starał się wcielić. „Starał się” jest dla mnie słowem kluczowym – dlatego nigdy przez gardło mi nie przejdzie, że te wszystkie światłe myśli o zawodzie z „Autoportretu reportera” były hipokryzją. Nie były, bo Kapuściński wyraźnie w nie wierzył. Określenie „wierzący-niepraktykujący”, tak popularne w naszym kraju, jest dla mnie mocno nielogiczne, bo kiedy wierzysz – praktykujesz z chęci. Wiem natomiast, że istnieje postawa „wierzący, ale niech pierwszy rzuci kamień ten…”. Bo wszyscy mamy jakiś swój kryptonit.

Boję się, że ten wzór reportera idealnego, który zostawił po sobie Kapuściński, może mierzić to moje pokolenie młodych dziennikarzy. Po pierwsze dlatego, że jemu samemu było daleko do ideału (więc czemu my się mamy wysilać). Po drugie, bo realia medialnego światka nie są podobne do tego, co widzimy w „Newsroom” Sorkina. Wszyscy dziennikarze, z którymi rozmawiałam na temat tego serialu wypowiadają się o nim cierpko i sarkastycznie, złośliwie wyśmiewając uproszczenia czyniące z każdego odcinka kolejną baśń ze stajni Disneya.

Jako osoba z wyboru naiwna twierdzę, że jeśli Narnii  nie ma w mojej szafie, to wcale nie znaczy, że nie ma jej gdzieś indziej. I warto gdzieś w sobie zakonserwować tego dzieciaka wpatrzonego w „Mulan” i „Śpiącą królewnę”. A takie pomniki idealne, ”bez wosku” są godnym wzorem, aby się nimi inspirować. Przynajmniej ja tak wolę. A na błędach, które się popełni – uczyć się, bo na biczowanie się szkoda czasu. Na razie to mi zostało po Kapuścińskim. Kilka notatek do użytku własnego zapisanych na marginesach jego opasłej biografii, seria „Jeśli będziesz kiedyś w takiej sytuacji, to…”. A na wszystkie pytania w stylu „czy cel uświęcał jego środki” może poważę się odpowiedzieć jak będę miała więcej doświadczenia, czyli nie wcześniej, niż za jakieś 30-40 lat.

Reklamy

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s