Miller ex machina

Nie wypieram się tego. Pałam nieskończoną miłością do ścieżek dźwiękowych do gier. Wyprowadziłabym się do Ósa czy Anglii tylko po to, żeby móc o nich pisać i zarabiać tym na chleb (u nas takie rzeczy nadal robi się pro okrojone publico bono i pro bono własne, niestety). To raz.

Dwa. Michael McCann. Jak do tej pory ten kanadyjski kompozytor nie napracował się zbytnio, ale za to bardzo efektownie. Jeśli ktoś należy do osób, które z radością marnują swoje życie na uciskanie wsadu na kompie (<3), na pewno tego Pana skojarzą. Wskazówka: oficjalny trailer „Deus Ex: Human Revolution”, w którym twórcy ożywili obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa” (stado facetów w kryzach ekscytuje się splotem mięśniowym martwego złodzieja płaszczy). W tle leci „Icarus” utwór, który spokojnie mógłby zastąpić „Rydwany ognia” Vangelisa, niezmiennie eksploatowane na wszystkich pokazach sztucznych ogni (biedny Vangelis…). Piękna rzecz. A na wokalu nie byle kto, bo sama Lisa Gerrard i jej genialny kontralt – tą Panią zachwycaliśmy się m.in. w „Gladiatorze” i, ostatnio, „The Bible”. 

Do  ścieżki dźwiękowej „Deus Ex: Human Revolution” wracam bardzo często (jeden z moich, tak zwanych „nocnych” score’ów). Bardzo przyjemny, niewymuszony ambient, który przekupi nawet najbardziej antyelektronicznych słuchaczy. To album, z którego nigdy nie wyrzuciłam żadnego utworu przy układaniu playlisty. Żadnego też nie omijam. Jest to produkcja tak równa, tak spójna i tak przemyślana, że po prostu nie sposób ustalić, kto tu właściwie jest najsłabszym ogniwem. Nieco przed szereg przebija się początkowy tryptyk, czyli wspomniany już „Icarus”, „Opening Credits” i muzyka z menu głównego. Warto od razu zagłębić się w edycję poszerzoną, bo na podstawce nie znajdziecie dwóch z moich absolutnych top 5 tego albumu: „After the Crash” (werble, wiadra, etno-wokal na kilka głosów, sprzedane). Do pary z „First and Last” – fuzją wspomnianych już „Main Menu”, „Opening Credits” i „Icarus”.

9c58243e253a11e39c2922000a9e48da_7

Muzyka do „Deus Ex: Human Revolution” jest bardzo… nocna: przejmuje, ale nie przytłacza, pozwala oddychać (wręcz do tego motywuje, mimo wszystko). Pozwoliła mi przetrwać historie prawdziwe Millera.  Są takie książki, które czytam bardzo długo, kilka miesięcy, czasem nawet nie potrafię skończyć ich latami. Zazwyczaj dlatego, że są potwornie nudne. Ale nie zawsze, bo parę z nich to książki-maratony, tomy długodystansowe, grzbiety, których nie można zdobyć niedzielnym trekkingiem. Trzeba się do nich aklimatyzować, jak przy wejściu na ośmiotysięcznik: zdobywasz trzecią bazę, ale na nocleg schodzisz do drugiej, żeby się nie pochorować. Albo kiblujesz tam dwa tygodnie, żeby Twoje płuca polubiły się z rozrzedzonym powietrzem.

„13 wojen i jedną” Millera czytałam od czerwca. Czasami odkładałam ją na dwie minuty, żeby rozmasować sobie czoło i przemyśleć rzeczywistość. Czasami na kilka dni, żeby przeczytać coś innego. Raz porzuciłam ją na ponad miesiąc. Jest to rzecz trudna, szczera i bezkompromisowa. Nieedytowalna, z jednego powodu. Ćwierka się na mieście, że korekta i redakcja wydawnictwa walczyła ze stylem pisania Millera zażarcie i uparcie, a jednak pokonać się go nie dało, bo autor nic zmieniać w dziele swoim nie chciał. Za co bardzo dziękuję. Ubranie opowieści Millera w jakiś klasyczny styl pisania (cokolwiek to znaczy) ukradło by im charakter.

Szkoła Kapuścińskiego mówi, że reportera powinno być w tekście jak najmniej, ma się przewijać gdzieś w tle, jako obserwator na służbie. Na pierwszym planie mają być ludzie, o których opowiada. Miller natomiast ważył się uczynić siebie bohaterem tych opowieści. Miller tam jest bardzo wyraźnie – ze swoimi wadami i zaletami (bo pomników sobie nie stawia), ze swoim komentarzem do rzeczywistości, ze swoją oceną i osądem, ze swoim gniewem i irytacją, jest tam również ze swoim, iście fotoreporterskim stylem pisania. Tę stylistyczną rebelię można kochać, można jej nie kochać. Osobiście argumentów tej drugiej grupy społecznej nie rozumiem. Ale ja się wychowałam na Masłowskiej, może to dlatego.

Nie zrozumcie mnie źle, Miller nawet nie pcha się na plan pierwszy. Nie jest bogiem z pudełka, który bohatersko zmienia bieg wydarzeń i decyduje o losach świata. On nadal pozostaje obserwatorem z biletem powrotnym w kieszeni. Poza tym, nie jest tam sam. Jest zatem Wojciech (nie mylić z Wojtkiem) Jagielski, jest Paweł Smoleński, jest Maria Wiernikowska. Są, oczywiście, bohaterowie-lokalsi. Czyli wszystko, jak Kapuściński przykazał. Ale oprócz tego jest i przekleństwo (dużo przekleństw), i narkotyki, i trauma powojenna, i reporterka, owszem, nadal w szatach nieco misyjnych, ale bez bijącej od nich poświaty.

6ffd3fe0253b11e3a34522000ae80008_7

„13 wojen i jedna”. Ciekawa jestem, co powiedziałby na to prawdziwy Kapuściński (nie ten odlany z brązu). Czy stężenie Millera w Millerze naprawdę jest TAKIM minusem (nie jest, wręcz przeciwnie), skoro poziom wojny w wojnie został zachowany na reporterskim poziomie?

Reklamy

2 thoughts on “Miller ex machina

  1. Deus Ex to faktycznie dobra seria (pierwsza część to gra mego życia, w ostatnią jeszcze nie grałem). Chyba czas przypomnieć sobie te dźwięki, bo klimat jest niesamowity… Ze swojej strony mogę polecić muzykę z Planescape:Torment i Max Payne (w 3. część też nie grałem, więc zdania nie mam). Ogólnie ambient zawsze jest dobry ;]

    Poza ambientem jeszcze na nocki polecam Riverside, szczególnie Night Session 1 i 2, a szczególnie 2:

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s