Ziemia zeswatana, czyli „sushi w picie”

Parę dni temu moja Towarzyszka Olgierd zrobiła mi iście serialową interwencję i zarezerwowała mi bilety do Izraela.

Przypomniało mi się, jak Kapuściński opisywał swoje przygotowania do podróży po Indiach, starając się przeczytać jak najwięcej na ich temat. Ponoć tak mu już zostało, że zanim gdzieś się wybrał, czytał na temat tego miejsca wszystko, co miał w zasięgu ręki. Czytał i zastanawiał się, czy można kraj dobrze opisać po miesięcznej, półrocznej, rocznej wizycie uzupełnionej lekturą.

Obrazek

Moje przygotowania do tej wyprawy trwają pięć lat. Zaczęły się na mojej pierwszej w życiu lekcji hebrajskiego, kiedy rozbawił mnie zestaw słówek do wkucia, wśród których była nie tylko „woda”, ale i „wino”. Pomyślałam sobie, że to tak, jakby autorzy podręczników od polskiego umieścili przy pierwszej lekcji obok „ja” i „ty” „piwo” i „kiełbasę”, przemycając w ten sposób charakterystyczny element naszej rzeczywistości. I nie pomyliłam się chyba, bo już cztery lekcje później wiedziałam jak się mówi „wojna” i „żołnierz”.

Przez te pięć lat na temat Żydów i Izraela przeczytałam naprawdę wiele, przy użyciu pięciu języków, zarywając noce. Opasłe opracowania historyczne, akademickie artykuły o kabale, słodko-gorzkie powieści Alejchema, reportaże, aktualne newsy z frontu, blog Cahalu (armii izraelskiej). Na początku bez miłości, bo było to małżeństwo typowo chasydzkie: zawarte w głębokim zaufaniu do swatki. Jak widać, była to niezła swatka.

…i tak nabawiłam się przerostu teorii nad pustką ziejącą po praktyce. Ale nie zmienia to faktu, że zawsze można coś tam jeszcze przeczytać przed wylotem. Tym bardziej, że to Eli Barbur, o ciętym piórze, wielkiej wiedzy i niesamowitej świadomości Bliskiego Wschodu w ogóle (tym, którzy z tym regionem chcą być na bieżąco bardzo stanowczo nakazuję śledzenie jego twitta). W dodatku widać w jego tekstach nieopisaną frajdę z łowienia absurdów, co utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy co najmniej trzy wspólne zainteresowania.

I zawsze zastanawia mnie, skąd on wie TAKIE rzeczy:

Obrazek

Ale jak się doświadczenie dziennikarskie mierzy w dekadach i to w dekadach spędzonych TAM, na miejscu wydarzeń, to zdziwienie powinnam schować sobie w buty. Na obcasach.

[przerwa na chichot, albowiem Ehud Barak: }klik{, obcasy: }klik{, do the math tudzież wyobraźnia pracuje]

„Strefę Ejlat” czytałam parę lat temu, „Własnie Izrael” zostawiłam sobie דווקא! na tę okazję przedwylotową (z tego miejsca uprasza się o opanowanie wszystkich polityków i powstrzymanie się od interwencji zbrojnych w Syrii przynajmniej do momentu, w którym moja stopa nie dotknie płyty lotniska Ben Guriona, dziękuję, תודה רבה). Jak wskazuje podtytuł jest to „gadany” przewodnik po Izraelu, pełen przydatnych informacji i równie przydatnych anegdot. Pytania zadaje Krzysztof Urbański, Barbur stara się wszystko ładnie wyjaśnić, od podstaw, aczkolwiek warto sobie połączyć „Właśnie Izrael” z „Balaganem…” Pawła Smoleńskiego. Po pierwsze: dla utrwalenia, po drugie, dla uzupełnienia. Panowie od wielu lat starają się jakoś ten Izrael przybliżyć i… no, właśnie. Przybliżyć. Bo wyjaśnić się go nie da. Izrael to takie „sushi w picie”, jak to powiedział Kiedyś Ktoś, a Barbur jego słowa prztoczył.Obrazek

Po spędzeniu kilku upojnych nocy na tłumaczeniu twórczości izraelskich hip-hopowców o lekko syjonistycznym zabarwieniu szukałam czegoś mniej… dosłownego. W takich przypadkach zawsze można liczyć na ścieżki dźwiękowe do animacji, w tym przypadku nie Disney, a DreamWorks. I „Książę Egiptu”.

Powiecie: Hans Zimmer, a ja wam powiem, że psikus, bo nie. Owszem, napracował się tam, ale moim skromnym zdaniem wszystkie najpiękniejsze rzeczy z tego soundtracku nie zostały skomponowane przez niego. O dziwo. I o dziwo #2: ścieżka jest momentami BARDZO musicalowa i właśnie te momenty uważam za piękne. Już na wstępie przekupuje „Deliver Us” z gościnnym udziałem zawsze dreszczogennej Ofry Hazy (izraelska ikona), która później nagrała jeszcze 16 innych wersji językowych tej piosenki.  Do tego „All I Ever Wanted” w pięknej, delikatnej aranżacji (duet Zimmer – Gregson-Williams, ale o wiele wyraźniej czuję tu tego drugiego Pana).

Utworem, który bardzo stanowczo przykuł mnie do siebie było „The Plagues”. Musical, jak w twarz napluł. Dwóch braci w dialogu wrzeszczących na siebie, emocje, kłótnia, dźwięki stanowcze i bezkompromisowe. Ile razy to już widzieliśmy?… Za każdy razem, w każdej formie, w każdej opowieści przeżywam tak samo. Tutaj trochę bardziej, bo co chwilę wtrąca się taki chór, że się człowiekowi odechciewa grzeszyć.

A to wszystko spod pióra Pana Stephena Schwartza.

I już wiem, czego będę słuchać w samolocie. Zatem „Deliver Us!„. Najwyższy czas!

Reklamy

4 thoughts on “Ziemia zeswatana, czyli „sushi w picie”

  1. Wstyd przyznać, ale Eliego Barbura nie znam wcale… ale mam cichą nadzieję na pożyczenie.
    Mam za to dwa komentarze na temat, otóż:
    a.) językowy: kiedy na drugim roku kulturoznawstwa moja grupa przerabiała swojskie japońskie słówka typu „handobaggu” czy „ajsu kriimu” (odpowiednio: „torebka” i „lody”), salę obok grupa arabska ćwiczyła również słówka podstawowe: karabin, zamach, czołg etc. Ech.
    b.) uważam „Prince of Egypt” za jeden z najgenialniejszych soundtracków EVER, refrenowy chór w „Deliver us” powoduje ciary ostateczne, „Plagues” zachwyca, ale równie ubóstwiam i na piedestał wynoszę „Death of the First Born”. Iiii filmowe (nie Houston, nie Carey) „When you believe”.
    Aż sobie normalnie muszę posłuchać no, stęskniłam się za tymi dźwiękami!

    1. a) „Handobaggu”! <3 Kiedyś z jednym kumpli godzinę śmialiśmy się z zasłyszanego w jakimś anime "siku hauzu!" (w sensie, że bohater miał dom patologiczny). Przecudne mają te angielskie zjapońszczenia. Tylko dla nich zaczęłabym się uczyć tego języka.

      Wymienionych przez Ciebie słówek nauczyłam się dopiero podczas czwartego roku nauki (+granat, spadochroniarz, wysadzić się, amunicja), bo najpierw trzeba było przerobić słowne dewocjonalia i słowniczek okołoholokaustowy.

      b) EVER!!
      Michelle Pfeiffer! Sally Dworsky! Turbo-tak! ;)

      Gdyby w 1998 istniały współczesne internety, to Ralph Fiennes za "The plagues" by je wygrał. A propo naszej rozmowy na temat TYCH wyczekiwanych momentów w piosenkach: jego solo od 2:01 (w "is this what you wanted?" ma takie fajne, nerwowe vibrato; więcej w tym aktorstwa niż śpiewu, ale dlatego to jest taaakie wiarygodne). Później jeszcze to kombo, jak śpiewa Finnes, wtrąca się Byram i chór na dobicie.
      Jej.

Tu, tu kliknij!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s